?
 
Titelbild
 
 
  Suche   

 
   
 
Startseite / Artikel Aktuell Detailansicht
 

Dr Ewald Stefan Pollok - Weryfikacja

 

 

Wojna jeszcze trwała a już strona polska zaczęła dzielić Ślązaków na tych prawdziwych i tych niepotrzebnych - do odrzucenia. A prof. Marek próbuje wmawiać, że to p.Król (Kroll) i p.Urban dzielą Ślązaków na dwie obce sobie grupy. To zrobił już Aleksander Zawadzki swoim zarządzeniem z 29.01.1945 w sprawie "likwidacji wszelkich śladów okupacji niemieckiej i dla zamanifestowania polskości Śląska". Ślązacy tu mieszkający, aby móc pozostać na swojej ojcowiźnie musieli się zadekować, a jednocześnie zadeklarować.

Wkraczająca na Śląsk Armia Radziecka, traktowała mieszkańców Śląska Opolskiego jako Niemców i wobec tego miała prawo grabić, gwałcić itd. Rosjanie skoszarowali mężczyzn w wieku 16-60 lat - nie patrząc na przynależność narodową - w kilkunastu obozach, a większość skoszarowanych wywieziono na teren ówczesnego ZSRR, gdzie pracowali o głodzie, w nieludzkich warunkach, w kopalniach, hutach oraz przy odbudowie kraju.

W lutym 1945 rozpoczęły się przygotowania do przejęcia Śląska Opolskiego. Władza radziecka przekazała w marcu 1945 r. prawobrzeżną część ziemi leżącej nad Odrą, a w maju lewobrzeżną.

Na wiecu, jaki odbył się 18.03.1945 r. w Katowicach, rodowity Opolanin Antoni Kłaka powiedział: "Nasze Matki Polki, będą nareszcie rodziły żołnierzy dla Polski". (!!??)

Na specjalnej odprawie w dniu 20.03.1945 wojewoda A.Zawadzki przekazał starostom i prezydentom ustalenia dotyczące weryfikacji, a 22.03.1945 ogłosił zarządzenie dotyczące wydawania tymczasowych zaświadczeń tożsamości dla Polaków Śląska Opolskiego. WOJNA JESZCZE TRWAŁA. Nie rozstrzygnięta była jeszcze sprawa polskiej granicy zachodniej. Na konferencji w Jałcie (luty 1945 r) powiedziano: “we właściwym czasie trzeba będzie zasięgnąć opinii nowego polskiego Rządu Tymczasowego Jedności Narodowej, co do wielkości przyrostu terytorialnego na północy i zachodzie”. Władze polskie zastosowały politykę faktów dokonanych.

21.03.1945 r. Gen. A. Zawadzki zostaje oficjalnie powołany na stanowisko Pełnomocnika Rządu tymczasowego na Śląsk Opolski.

W dniu 18.06.45 zostało ogłoszone zarządzenie A.Zawadzkiego. w którym polecał tworzyć dzielnice, gdzie tymczasowo zakwaterowana zostanie ludność niemiecka. Zabronił przewożenia koleją Niemców, chyba że "jadą na zachód".

Po tym zarządzeniu, niektóre lokalne władze nakazywały Niemcom noszenie widocznych oznak - we Wrocławiu białych opasek, w Kluczborku Niemcy nosili na plecach czerwoną literę N, w grodkowskim białe opaski, tak samo noszono opaski w Głogówku i Zabrzu.

Od czerwca 1945 r. władze polskie wysiedlały Niemców, mimo że nie było do tego żadnej podstawy prawnej - konferencja w Poczdamie zakończyła się dopiero 2 VIII 1945 r. i dopiero wówczas wiadomym było, jak prawdopodobnie przebiegać będą granice Polski z Niemcami. Te akcje, trwające 2-3 tygodnie, przebiegały szczególnie brutalnie. Częste były napady szabrowników i pobicia ze strony milicji. Znane są wypadki, gdy Niemców wysiedlano poza miasto, gdzie pozostawiano ich własnemu losowi, rekwirując w tym czasie ich mieszkania i dobytek.

"Wielu ludzi umierało z głodu i wyczerpania. Resztę dopełniły choroby i epidemie dziesiątkujące wysiedlanych, wegetujących w prymitywnych warunkach. Dopiero na interwencję władz rosyjskich, które bynajmniej nie kierowały się względami humanitarnymi, przerwana została faza "dzikich wysiedleń". Stalin obawiał się prawdopodobnie negatywnych reakcji aliantów zachodnich na wieść o tych poczynaniach".

Mieszkaniec Czarnowąs mówi o tamtych czasach: "Coraz straszliwiej szaleje milicja. Jeżeli do tej pory plądrowali tylko Rosjanie, teraz robią to jeszcze Polacy. Nic nie jest bezpieczne przed nową milicją. Tylko tyle, że nie gwałcą dziewcząt. Milicja przejęła rolę gestapo albo NKWD i grabi ludność...”

A zamieszkujący Szklarską Porębę wspomina: "Najbardziej boimy się marszy ku pamięci Adolfa Hitlera, organizowanych po to, byśmy mieli czas zastanowić się, dlaczego wybraliśmy Hitlera. Z domów wypędzają całe wsie, a więc przeważnie kobiety i dzieci - które przecież Hitlera naprawdę nie wybierały - starych i chorych i prowadzą ich potem przez około trzy tygodnie po okolicy. Z przodu Polacy na koniach, z tyłu Polacy na koniach. Te pochody przypominają przemarsz więźniów obozu koncentracyjnego w zimie 1945 roku”.

Inny świadek z Górnego Śląska opowiada, co działo się w czasie przesłuchań zamkniętych często bez powodu Niemców: "Gdy otwierały się drzwi celi, trzeba było w wyprężonej postawie meldować: "Cela nr 117 obsadzona niemieckimi świniami". Znowu bicie, bo zdaniem zaledwie dwudziestoletniego strażnika, meldunek nie był wystarczająco dokładny"

"Innym nowym wynalazkiem był pokój przesłuchań. Urządzono go w dawnej pralni. Jej obecne wyposażenie składało się ze stołu, kilku krzeseł i pnia do rąbania drewna. Wielu nowych więźniów, obojętnie czy mężczyzna, czy kobieta albo dziewczyna, musiało się całkowicie rozbierać i w tym stanie ich przesłuchiwano. Najciemniejsze średniowiecze nie było tak okrutne i wynalazcze w męczeniu ludzi jak Polacy, na których pastwę byliśmy wydani".

Świadek z Kamieńca Ząbkowickiego powiedział: "Wielu cierpi jeszcze dziś wskutek odniesionych tortur. Nieszczęsne ofiary całkowicie rozbierano i przywiązywano za nogi do deski. Potem bito ich tak długo ciężkimi pejczami, dopóki nie leżeli już bez przytomności we własnej krwi. Straszliwie rozbrzmiewały nocą po ulicach ich krzyki, chociaż nastawione na najwyższą głośność radia miały te krzyki zagłuszyć. Te potwory nie wahały się nawet bić ofiary tak długo, dopóki nie wyzionęła ducha".

Procedura wysiedlenia, która z założenia nie mogła być humanitarna, kiedy jedni zostali ograbieni ze wszystkiego i wysiedleni, a drudzy, należący do władz wysiedlających, się na tym bogacili, zapewniali sobie egzystencję. "Sam akt wysiedlenia - pozbawienie ludzi siłą ich domostw, wyrzucenie z kraju, z którym czuli się związani więzami rodzinnymi, emocjonalnymi, historycznymi, jest aktem brutalnym, który u poszkodowanych musi rodzić poczucie krzywdy. Gdy towarzyszą mu jeszcze szykany ze strony wysiedlających, jest on szczególnie bolesny".

Te szykany doprowadziły również do tego, że przy weryfikacji, niektórzy szybciej sięgali po pióro, by podpisać swoją polską przynależność, aby tylko nie wpaść w ręce nieodpowiedzialnych ludzi.

Wysiedlani Niemcy musieli dla pozorów legalności, podpisywać oświadczenie o dobrowolności wyjazdów i zrzec się wszelakiej własności na rzecz państwa polskiego. Mimo to, w czasie kontroli bagaży, które mogły ważyć od 10 do 20 kg, w zależności od tego z jakiej miejscowości byli wysiedlani, zabierano im ostatnie wartościowe rzeczy.

2 VII 1945 r. A. Zawadzki wydał kolejne zarządzenie, w którym zakazał ludności niemieckiej zamieszkiwania na terenie przedwojennego województwa Śląskiego, to samo dotyczyło Dolnego Śląska. Opolszczyzna uniknęła tego, gdyż tu musiała być najpierw przeprowadzona weryfikacja ludności. Zawadzki powiedział wówczas "nie chcemy ani jednego Niemca na naszych ziemiach, ale ani jednej duszy polskiej nie oddamy Niemcom".

Weryfikacja rozpoczęła się już w marcu 1945 r., trzeba było wypełnić prosty formularz z danymi osobistymi i podpisać zdanie: "Jestem narodowości polskiej i proszę o wydanie mi zaświadczenia o przynależności do tej narodowości". W sierpniu 1945 r. wprowadzono nowy formularz, rozszerzony, w jego punkcie 14 wyjaśniono, iż dla uzasadnienia wniosku można "powołać się na używanie języka polskiego w domu, w modlitwie, umiejętność czytania, pisania po polsku, uczęszczanie na kursy względnie do szkół polskich, branie udziału w wycieczkach do Polski, posiadanie dokumentów, modlitewnika lub kalendarza polskiego".

“Język również okazywał się kryterium nieadekwatnym do rzeczywistości. Z jednej strony, bezsprzecznie polska z pochodzenia ludność, przeważnie w młodszym pokoleniu, nie mówiła po polsku, albo mówiła bardzo słabo, a z drugiej strony, właśnie niemieccy osadnicy, w pełni świadomi swej narodowości, władali dobrze obu językami”.

Co robili Ślązacy? Uczyli swoje dzieci modlitwy polskiej. Rodzice lub dziadkowie nie musieli umieć, ale jeżeli dziecko umiało, to znaczy nauczyło się w domu, a jeżeli w domu, to znowu znaczy, że dom był polski. Kłamstwo od samego początku. Jak świat światem, ludzie zawsze próbowali się ustawić, w tym przypadku chodziło o pozostanie na ojcowiźnie. Należy pamiętać, że Ślązacy nie wywołali wojny, oni nie chcieli na nią iść, ani ci polscy ani niemieccy, zmuszono ich do tego. Jeżeli ktoś powie, że byli tacy którzy chcieli wojny, też mu przyznam rację. Wśród społeczeństwa zawsze znajdą się jednostki za, ale nie można tego wszystkim zarzucać. Wyciąganie generalnych wniosków jest krzywdzące.

Ślązacy polscy także musieli iść na wojnę, na ten sam front niemiecki. Nie pytano ich o zdanie. Ślązak opcji niemieckiej czy też polskiej, strzelał do Polaka czy Rosjanina. Schizofrenia !? Ale takie są fakty i tego nie da się odwrócić. Nie należy nagle mówić, "my Ślązacy polscy jesteśmy lepsi" (Tak samo Niemcy z NRD, według ich historycznych książek, byli lepsi, nigdy nie brali udziału w wojnie, nie było tam faszystów). Prawda była taka - obie grupy musiały iść na wojnę, inaczej kulka w łeb. I teraz kiedy wojna została zakończona, zmuszano Ślązaków opcji niemieckiej do opuszczenia swego miejsca zamieszkania. Za jakie grzechy? Najpierw Hitler był przeciw Ślązakom polskim, teraz "wolna" Polska uważa Ślązaków niemieckich za swoich wrogów. By móc pozostać, uciekano się do różnego rodzaju sztuczek.

"To właśnie Polacy wprowadzili na Śląsku Opolskim volkslistę. O ile hitlerowska dopuszczała wybór przynależności narodowej i uwzględniała kategorie pośrednie (czy grupy narodowościowe), to przyjęta przez władze polskie, opierała się na zasadzie klasyfikacji odgórnej, przymusowej i alternatywnej - wybieraj: jesteś albo Polakiem, albo Niemcem

Chłop śląski, którego wypędzono z gospodarstwa, bo okazał się zbyt hardy wobec komisji weryfikacyjnej, albo po prostu dlatego, że komuś spodobała się jego chałupa, nie myślał o Oświęcimiu, krematoriach i Pawiaku. Najczęściej o tym nawet nie słyszał. Wiedział tylko, że go wypędzono i zapamiętał, kto go wypędził".

Przytoczę kilka myśli napisanych na temat weryfikacji przez Z.Kowalskiego w swojej książce "Powrót Śląska Opolskiego do Polski".

Niedomagania w działalności komisji weryfikacyjnych wynikały m.in. z faktu, że w ich skład wchodzili nieraz ludzie, nie znający specyficznych problemów narodowościowych Śląska Opolskiego, a także osoby, które interes własny, swej rodziny i znajomych, stawiały wyżej niż sprawiedliwe rozwiązanie problemu.

Starostwo opolskie napisało: "Wobec ogromnej ilości wniosków i krótkiego terminu do zakończenia weryfikacji, wnioski w przeważającej większości zostały załatwione bez protokołów i bez podawania jakichkolwiek motywów".

A. Zawadzki napisał: "Również strona formalna w toku weryfikacji pozostawia wiele do życzenia - akta weryfikacyjne oraz rejestry wydanych zaświadczeń prowadzone są niedbale - wnioski o weryfikację rozpatrywane są w dowolnej kolejności. Zdarzało się, że dwukrotnie weryfikowano te same osoby. W samym Opolu przypadków takich do grudnia 1945 r. było 156".

Przy innej okazji wojewoda A.Zawadzki napisał: "Miały też miejsce "parszywe nadużycia, kiedy kanalia w polskiej powłoce, wydawała Niemcom za łapówkę zaświadczenia polskości". A o funkcjonariuszach aparatu bezpieczeństwa powiedział: "Czasem bywały wypadki, że taki pan, który dostał do ręki karabin i w głowie mu się z tego powodu przewróciło, pozwalał sobie podrzeć dokumenty władz państwowych, decydujące o życiu rodzin, dokumenty weryfikacyjne. Dokumenty darło się, a ludzi skierowywało do obozu. Jest to skandal i zbrodnia". A jeszcze innego dnia powiedział: "... do szeregu miejscowości, do szeregu urzędów dostali się ludzie niesumienni, nie rozumiejący tej polityki i niezdolni zrozumieć, albo ludzie o wyraźnie złej woli, kierujący się tylko własnymi korzyściami", a Komitet Wojewódzki PPR napisał, że dochodzi do "prawa pięści".

“Gazeta Robotnicza” z 12 VI 1945 roku informowała: “ludność polska mieszkająca na Śląsku Opolskim (...) z szeregów której wyszedł niejeden z powstańców śląskich, zaczyna się obecnie odżegnywać od polskości i przy wypełnianiu ankiet prosi, aby podawać ich jako Niemców. Nie chcą mieć nic wspólnego z tymi Polakami, którzy przynoszą z sobą największą hańbę dla bohaterskiego imienia Polaka - szaber”.

Weryfikacja nie dążyła prostą drogą. Wniosek poprzeć można było odpowiednią ilością mąki, szynki czy palonej okowity. Kto "smarował" to i tymczasowe obywatelstwo otrzymał. A to późniejsze poszukiwanie wroga klasowego ?! Nie wolno było pisać do krewnych w RFN, bo groziło to przykrymi konsekwencjami. Korespondencja była cenzurowana i nieopatrzne zdanie doprowadzało do więzienia. Znana jest sprawa z Opola, kiedy to mieszkanka tego miasta napisała do siostry w Niemczech i w liście wspomniała, że ma trudności z nabyciem żywności, bo wszystko jest na kartki. Niedługo później tych trudności nie miała, bo osadzono ją w więzieniu, "za szkalowanie Polski Ludowej".

Brak ściśle określonych zasad i kryteriów weryfikacji, rodził ogromną liczbę sytuacji, w których członkowie komisji nie potrafili podjąć właściwej decyzji. Przykładowo starosta opolski skarży się: "Specjalny problem stanowią członkowie partii hitlerowskiej, a zwłaszcza ich rodziny, często pochodzenia niewątpliwie polskiego", a starosta raciborski dodaje: "Osobny problem stanowi weryfikacja członków partii NSDAP, których na terenie powiatu jest dość pokaźna liczba. Są to w dużej mierze Polacy z pochodzenia". Arka Bożek, znany działacz śląski był zdania, że zwykłych członków partii należy weryfikować. Do końca III kw. 1946 r. wpłynęło 2447 takich wniosków.

Weryfikacja była problemem, widać to po stwierdzeniu K.Malczewskiego - członka miejskiej komisji weryfikacyjnej w Opolu: "nie weryfikowano tylko tych, którzy "nie mieli pierwiastków polskich" i posiadali psychikę niemiecką (!!?), natomiast w wypadku, gdy "wartości były trudno uchwytne" (!!??) zaliczano wnioskodawców do "grupy Polaków". (Znaki zapytania i wykrzykniki autora.)

A jak było w praktyce?

Były wypadki, kiedy przyznawano tymczasowe zaświadczenia rodzicom, zaś ich dzieciom odmawiano, tak się działo przykładowo w Niemodlinie. W tym samym powiecie, wysiedlono całą wieś, "gdzie mówiono po polsku", po to by przyspieszyć na innych terenach składanie wniosków.

W powiecie prudnickim odrzucono 60-80% wniosków, a wówczas zaprotestowali działacze Związku Polskiego w Niemczech. Jeden z wójtów na wnioskach o weryfikację pisał Polakom, mówiącym dobrze po polsku: "rodowita Niemka - odnosi się wrogo do Polski".

W miejscowości Kup "trzej starzy powstańcy śląscy, dali wyraz swemu oburzeniu stwierdziwszy, że zastali Niemców, udających Polaków, zweryfikowanych czynnych hitlerowców". Istnieje zapis w dokumentach: "Doszło do tego, że Niemcy głośno mówią, że za 5000 zł. można zostać Polakiem". Na Górze Św. Anny w ciągu jednego dnia (19 VI 1945) zweryfikowano 266 wniosków. Komisja powiatowa podawała w wątpliwość możliwość rozpatrzenia tylu wniosków w ciągu jednego dnia.

W Nowej Wsi, na 900 zakwestionowanych osób, które miały być prohitlerowskie, komisja wojewódzka zweryfikowała 831 osób.

Do 21 grudnia 1945 r. zweryfikowano 358.961 osób, z czego tylko 79.698 osób otrzymało zaświadczenia pozytywne. Większość ludności nie chciała weryfikacji, i nie brała w niej udziału. Ilość powyższa nie zadowalała odpowiedzialnych za weryfikację, wobec czego wojewoda A.Zawadzki stwierdził w styczniu 1946 r.: "Gdy chodzi o samą weryfikację, to muszę powiedzieć, że chociaż jesteśmy na ukończeniu formalnej strony tej akcji, jednak pozostanie ona przez pewien czas jako problem do ponownego przejrzenia i uporządkowania poważnej części już załatwionych spraw".

Aby złamać opór ludności do weryfikacji, podejmowano radykalne działania. We wrześniu 1945 r. wieś Ligota-Kuźnicka została wysiedlona a mieszkańcy osadzeni w obozie w Łambinowicach. Miało to nakłonić inne wsie do szybkiego zgłaszania się do weryfikacji. We wsi Sztum 174 osoby, które głosowały w plebiscycie za Polską, odmawiały poddania się weryfikacji. Argumentami kobiet było "jak mąż wróci to będzie wiedział co robić".

W "Tragödie Schlesiens" napisano o 1949 r.: "Pięciu obywateli, którzy odmówili podpisania deklaracji wierności Narodowi i Państwu Polskiemu, umieszczono w obozie pracy do czasu ich wysiedlenia".

Szerzono specjalnie pogłoski o przesiedleniach tych, którzy nie dadzą się zweryfikować, a w niektórych miejscowościach przeprowadzono weryfikację pod przymusem. W ten sposób sporo osób dało się zweryfikować, gdyż obawy wysiedlenia z ojcowizny były duże. Nie wiedziano co grozi tym, których odtransportowano, a każdy po tych ciężkich czasach wojny chciał teraz żyć, kiedy nareszcie pokój zajrzał do zagród.

W mojej wiosce Żyrowa, mówiono o złym traktowaniu przez władze polskie tych, którzy oczekiwali w obozach na odtransportowanie. Niedaleko był obóz pracy w Blachowni, mający złą reputację u Ślązaków z okolic Koźla i Strzelec. Dochodziły stamtąd złe wiadomości, bano się, by nie wywieziono ich do tego obozu. Sporo Ślązaków niemieckich próbowało być nagle Polakami.

Kilku gospodarzy z Żyrowy wywieziono do błotnickiego i strzeleckiego obozu dla przesiedleńców, aby odtransportować ich, do którejś ze stref okupacyjnych. Co ciekawsze, wybierano tych najlepszych gospodarzy, z ładnymi domami i dużą ilością roli. Nie chodziło tu o przynależność narodową, ale o gospodarstwa, które mieli zasiedlić przybysze zza Buga. Ale o takim traktowaniu ludzi wiedziano także na górze, bo A. Zawadzki na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach w styczniu 1946 roku powiedział: “Jeszcze powtarzają się wypadki, że Niemców szukają nie tam, gdzie oni rzeczywiście są, lecz tam, gdzie jest lepsza zagroda lub lepsze mieszkanie”. W 1946 roku było 12 tys. spraw spornych o gospodarstwa pomiędzy ludnością rodzimą a napływową.

Pan Antoni Kulosa z Żyrowy, wówczas w wieku 82 lat, wywieziony został do Błotnicy, skąd jako jeden z niewielu zdążył uciec. Pieszo szedł w kierunku Góry Św. Anny i w miejscowości Wysoka osłabiony położył się w polu, gdzie znalazł go młynarz, który był polskim Ślązakiem. Pan Kulosa wiedział z kim ma do czynienia i powiedział mu: "Teraz se możesz na mnie zemścić ! Jak mie oddołsz policji to tyż chyba dostaniesz takoł medalijoł, jaką joł dostoł od Gerharda Hauptmanna po powstaniu". Ale młynarz nie zdradził p.Kulosy, wysłał swoją córkę nocą do jego domu, do Żyrowy, gdzie zorganizowano pomóc. Ślązacy mimo wszystko stanowią jedność i ten przykład może być tego dowodem.

Następnego dnia poszukiwano go, a on tymczasem był w Zdzieszowicach a później w Koźlu. Ukrywał się przez rok.

Inni gospodarze, którym udało się zbiec ze Strzelec, powrócili różnymi sposobami do wsi, kilku zaraz, inni ukrywali się u krewnych i znajomych, mieszkających w różnych okolicznych miejscowościach. Jeden z Żyrowian poczynał sobie dość oryginalnie. Na gospodarstwie był już repatriant, ale prawowity właściciel zachodził przed dwunastą w nocy do swego chlewu. Przez sobie wiadome przejścia przedostawał się nad część mieszkalną domu i tam zaczynał “koncert łańcuchów”. Po północy w sobie znowu wiadomy sposób znikał. To trwało około dwóch tygodni; nowi mieszkańcy nie wytrzymali nerwowo i wyprowadzili się. Gospodarstwo przejęli znowu prawowici właściciele.

Przy weryfikacji musiano wnieść opłatę 25 zł, dlatego też część osób mówiła o obywatelstwie “za pięćdwadzieścia złotych”, tłumacząc sobie z Niemieckiego - fünfundzwanzig, na język polski..

Kiedy rozpoczął się drugi etap weryfikacji, wysokie progi przynależności do Polski zostały zlikwidowane. Wydano kolejne - 15 I 46 i 6 IV 46 r. - lżejsze kryteria weryfikacyjne, w myśl zasady "ani jedna kropla polskiej krwi dla Niemiec". MZO (Ministerstwo Ziem Odzyskanych) wydało 15 I 1946 r. poufny okólnik, w którym opowiedziało się stanowczo przeciwko prowadzeniu przesiedleń ludności niemieckiej ze Śląska Opolskiego.

Powołano komisje do kontroli list zweryfikowanych, gdyż w niektórych wypadkach "zbyt dużo zweryfikowano", a w innych "wielu Polaków jeszcze nie zweryfikowano". Przy kontroli stwierdzono przykładowo w Gościęcinie, że zweryfikowano 60 rodzin niemieckich. Przypadki takie odkryto jeszcze w powiecie nyskim - 300 osób, opolskim - 220 osób, razem 1062 osoby zostały niezgodnie zweryfikowane. Potwierdzano, iż przez weryfikację zdołało się "prześliznąć wielu Niemców", ale "wytworzyły się takie skomplikowane sytuacje, że nieraz było trudno rozróżnić, czy ktoś jest Polakiem czy Niemcem".

Niejaki Harry Duda napisał w “Trybunie Opolskiej”: “Zapewne - ten i ów autentyczny Niemiec, chcąc pozostać na ziemi (także) swoich przodków, w swej najbliższej ojczyźnie, w swoim Heimacie, mógł w 1945 roku zatajać swą niemieckość, gdy -zwyczajnie - żal mu było gospodarstwa, tradycji, wspomnień, a także szansy na poprawę sytuacji w “zwycięskim” (przynajmniej formalnie) państwie polskim. Wszak w zwyciężonej Rzeszy czekały głód, nędza, wyrzeczenia, upokorzenia. To normalna ludzka reakcja. Zrozumiałe i to, że nie każdy przecież poczuwał się do win wobec Polaków, nie każdy był winien, wielu było uczciwych i wzorowych. A tu - odpowiedzialność zbiorowa, decyzje mocarstw. Wszystko to miało prawo budzić jednostkowe opory, nawet najgłębszy wewnętrzny protest”.

Członek byłej Komisji Weryfikacyjnej w Szczedrzyku p. Maksymilian Kośny, oburza się na łamach prasy, na wypowiedzi niektórych Ślązaków, którzy twierdzą, że różnie to z tą weryfikacją bywało i twierdzi, że była przeprowadzona zgodnie z prawem i nie było żadnych niedomówień, przekręceń, łapówek itp. Choć przyznaje również, że UB wysiedliło kilku rolników z Chróścic, mimo że byli zweryfikowani jako Polacy. “Również w okolicy miały miejsca takie wypadki”- dodaje. Myślę, że po przeczytaniu tego rozdziału, trochę innym wzrokiem popatrzy na dzieje weryfikacji i wysiedleń. Podałem fakty i tylko fakty, a te mówią za siebie.

Liczby osób zweryfikowanych na Śląsku Opolskim mówią za siebie. Kiedy weźmiemy pod uwagę dane szacunkowe z 17 maja 1939 roku, co do ilości zamieszkałych Polaków na terenie Śląska Opolskiego, a od tego odejmiemy co najmniej 50.000 osób zaginionych w czasie wojny, to weryfikacja wskazała nagle, że Polaków jest 109%, co znaczy 9% więcej niż być powinno. W niektórych powiatach cyfry te są oszałamiające, np. w nyskim 83,5%, głubczyckim 15,4%, grodkowskim 47,3% więcej przyznaje się do pochodzenia polskiego, jak faktycznie być mogło.

Była także odwrotna strona medalu. Dużo Polaków zweryfikowano jako Niemców. Przykładowo w Bolesławcu znajdowało się w obozie 1700 osób oczekujących przesiedlenia, a wszyscy posiadali “warunki do pozytywnej weryfikacji narodowości, ponieważ byli pochodzenia polskiego”. Wagony numer 33 i 36 transportu jaki wyjechał 28 VIII 1946 r. zapełnione były osobami śpiewającymi piosenki w języku polskim, “polszczyzną niczym nie skażoną i miało się wrażenie, że to nie przesiedleńcy wyjeżdżają do Niemiec, ale jakaś wycieczka młodzieży polskiej wyrusza na podbój wrażeń i świata”.

“Interesującym jest niewątpliwie fakt, iż sześciu powstańców śląskich gromady Łowkowice “maltretowanych za udział w powstaniach i akcji plebiscytowej, nie stawiło wniosku weryfikacyjnego” na skutek doznanych krzywd i całego szeregu wypaczeń, jakie towarzyszyły akcji weryfikacyjnej w powiecie prudnickim”. W powiecie kluczborskim 3 tys. osób, które mówiły po polsku nie wzięło udziału w weryfikacji. W Klisinie zweryfikowano pozytywnie Teodora Cichosa a mimo to usunięto go z jego gospodarstwa.

W powiecie opolskim starosta Paweł Janus przeprowadził inspekcję obozów przejściowych dla ludności niemieckiej i stwierdził, że znajdowało się w nich 90 % Polaków.

Działacze PZZ (Polskiego Związku Zachodniego) szacowali, że co najmniej 77.000 osób pochodzenia niemieckiego zostało zweryfikowanych jako Polacy. W swoim piśmie z 28 I 1947 pisali: “sprawa właściwego oddzielenia Polaków od Niemców będzie musiała być prowadzona nadal, możliwym, iż potrwa jeszcze długo, nawet przez przeciąg życia jednego pokolenia”.

Według kurii opolskiej, w marcu 1946 r. było na Śląsku Opolskim 192.200 Niemców i 21.088 osób, których prośbę o weryfikację odrzucono.

Pismo okólne wojewody śląskiego z 17 IV 46 instruuje, że w wypadku kiedy Niemiec złoży oficjalne oświadczenie lojalności wobec państwa polskiego, to osobę tą należy pozostawić w Polsce. Jesienią 1946 r. "bardzo dużo osób" zwracało tymczasowe zaświadczenia i zgłaszało chęć wyjazdu do Niemiec.

"Trybuna Robotnicza" z 25 I 46 r. pisała: "należy izolować i wysiedlać wszystkie "elementy niemieckie", które zdołały przedostać się przez "sito weryfikacji". A Związek Polaków w Niemczech podkreślił: "...na niektórych terenach poprzez akcję weryfikacyjną przemycił się element niemiecki".

Na łamach tygodnika Związku Weteranów Powstań Śląskich "Ogniwo" z 1947 r., na pytanie czy na Śląsku są jeszcze Niemcy, odpowiedziano: "Niestety, są !".

A. Zawadzki w swoim sprawozdaniu z sierpnia 1946 roku powiedział: “Jeżeli chcemy wyplenić wszelkie chwasty niemieckie ze Śląska, musimy pilnie baczyć na te podejrzane elementy, które wśliznęły się i pracują w naszych fabrykach, kopalniach i innych zakładach (...). Faktem jest, że przez sito weryfikacyjne prześlizgnęli się wrogowie narodu polskiego, gorliwi żołnierze armii niemieckiej, SS czy członkowie hitlerowskich organizacji młodzieżowych”.

Edward Ochab, pierwszy sekretarz KW w Katowicach, napisał w poufnym piśmie z 2 VIII 1947 roku do powiatowych i miejskich komitetów PPR: “Musimy wychwycić te osoby, które prywatnie lub publicznie posługują się językiem niemieckim i musimy wyeliminować je jako Niemców ze społeczeństwa polskiego - to znaczy wydalić z terytorium Rzeczpospolitej (...) należy także zdemaskować osoby, które okazują współczucie niemieckim jeńcom wojennym i zapewniają im schronienie oraz materialną pomoc. Należy zająć się oznakami sympatii wobec Niemców. Sympatia ta wyraża się w używaniu języka niemieckiego, w czytaniu niemieckich książek w miejscach publicznych, w opiece nad grobami żołnierzy niemieckich, w zachowaniu niemieckich napisów w mieszkaniach prywatnych”

Na odprawie starostów w dniu 19 VI 1947 wyjaśniono: "nie należy dopuszczać do wyjazdu kobiet chcących połączyć się ze swymi mężami w Niemczech, a jeśli będzie to możliwe, to takie kobiety wraz z dziećmi wypuszczać indywidualnie".

"Niemcy często uzyskiwali potwierdzenie swojej polskości lub łączności z narodem polskim dzięki świadectwu sąsiadów, szczególnie na wsi. Zdarzały się dość często wypadki nadawania obywatelstwa Niemcom -reklamowanym specjalistom - stąd pogłoski wśród Niemców pojawiające się w roku 1946, że dla otrzymania polskiego obywatelstwa wystarczyło podpisać deklarację... Aby uzyskać polską przynależność państwową fałszowano dokumenty, zmieniano imiona i nazwiska. Niemcy, którzy nie uciekli z wycofującymi się wojskami w 1945 r., chcieli otrzymać polskie obywatelstwo przede wszystkim dlatego, że był to warunek konieczny do pozostania w Polsce. Chęć pozostania zaś wypływała z przyczyn ekonomicznych i przywiązania do stron rodzinnych. Dla Niemców wyjazd nie był repatriacją, ale wysiedleniem - ich ojczyzną była bowiem ziemia, którą kazano im opuścić".

Na ten temat pani Ursula Höntsch wydała książkę, jeszcze w byłym NRD, pod tytułem: “My, dzieci przesiedleńców”, w której między innymi napisała: “Wtedy jeszcze nie rozumiałam, jak wielką tragedią dla mojego ojca było opuszczenie jego małej ojczyzny. On z tej tęsknoty w końcu umarł. (...) Wiedział, że wypędzenie było skutkiem wojny i ceną, jaką Niemcom przyszło zapłacić za hitleryzm. Ta świadomość jednak nie uchroniła moich rodziców przed cierpieniem”.

Osobnym rozdziałem była sprawa negatywnego podchodzenia do weryfikacji przez przybyłych na Śląsk osadników z innej części Polski. Starosta kozielski skarżył się w listopadzie 1946 roku, na wrogie nastawienie ludności napływowej, a w szczególności repatriantów widzących w każdym miejscowym Niemca, swego wroga. W powiecie raciborskim część osadników podchodziła do akcji weryfikacyjnej negatywnie. Nie chciała uznać zweryfikowanych za pełnoprawnych obywateli i Polaków. W kluczborskim osadnicy uprawiali ”wrogą propagandę, aby miejscowa ludność nie składała wniosków o weryfikację, twierdząc że i tak będą uważani za Niemców i wysiedleni”. W powiecie głubczyckim repatrianci nie wpuszczali do domów prawowitych, zweryfikowanych właścicieli. W powiecie oleskim stwierdzono, że repatrianci mają nie najlepsze nastawienie do miejscowych, “ponieważ zależy im wyłącznie na majątku ludności miejscowej, a sprawy narodowościowe, względnie państwowe pozostawiają na boku”. W sprawozdaniu z kontroli weryfikacyjnej na okres od 1 - 15 V 1946 roku w powiecie prudnickim czytamy: “Nierzadkie są również wypadki, że repatriant grozi zabiciem miejscowego obywatela, jeśli się zweryfikuje. Takie fakty miały miejsce w Białej”.

Czasopismo “Po prostu” napisało: “Z prawowitymi przedstawicielami władz, którzy objęli administrację zniszczonego wojną kraju, przybyła horda szabrowników, oportunistów, spekulantów. Meble autochtonów były rabowane, ściągano im z palców obrączki, zajmowano domy i ogrody”. A “Nowa Kultura” napisała na temat tamtych czasów: “Epos szaleństwa i przestępstw”.

Akcja weryfikacyjna została zakończona w 1946 r. Osoby które nie zostały zweryfikowane mogły złożyć rewizję, licząc na zmianę pierwszej decyzji. Można było także uzyskać obywatelstwo, jeżeli miało się stałe miejsce zamieszkania i gwarantowało lojalność wobec państwa polskiego.

Weryfikację narodową na Ziemiach Zachodnich zakończono w połowie 1949 r. automatycznym nadaniem polskiego obywatelstwa wszystkim, którzy nie wyjechali do tego czasu do Niemiec. Brak chęci wyjazdu potraktowano jako dowód polskości, bez wnikania w motywy działań zainteresowanych. Zastosowano taktykę faktów dokonanych.

Wiele kobiet narodowości niemieckiej uzyskało obywatelstwo polskie automatycznie, wychodząc za mąż za Polaków. Po zmianie ustawodawstwa w 1951 r. po śmierci mężów, żony odrzucały posiadane obywatelstwo polskie.

Jeszcze w 1950 r. spora część Ślązaków w powiecie strzeleckim odmawiała przyjęcia poświadczenia obywatelstwa i złożenia deklaracji wierności narodowi polskiemu.

Na podstawie ustawy z 8 I 1951 r., o zbiorowym nadaniu obywatelstwa polskiego, zniesione zostały ograniczenia i wszystkie osoby posiadające dawniej niemiecką przynależność państwową, obojętnie czy były pochodzenia polskiego, czy niemieckiego, mówiły po polsku, czy po niemiecku, mogły otrzymać polskie dokumenty tożsamości.

Na podstawie tych zarządzeń starano się nakłonić nie objętą dotychczas wysiedleniem ludność rodzimą do pozostania w kraju. Często posuwano się przy tym do rozwiązań siłowych; presją, szantażem i biciem zmuszano ludzi do podpisywania stosownych dokumentów.

Świadek tamtych czasów napisała do krewnych do Niemiec: "Kilka razy brano mnie na osobne przesłuchania. Na ciągle te same pytania oświadczałam: "Moje sumienie nie pozwala mi na to, byłam Niemką, gdy było mi dobrze, i chcę nią zostać także w niedoli, nawet gdy ma to kosztować życie". Za to zostałam spoliczkowana. Weber zaczął mi grozić: "To jest rozkaz, musi pani podpisać jako Polka". Na to ja: Zadajecie mi pytanie, na które mam odpowiedzieć tak lub nie. Nie mogę na nie odpowiedzieć tak i chcę wszystko znosić, co się z tym wiąże". Znowu zostałam spoliczkowana. Potem podsunęli mi książeczkę z pieśniami: czy umiem przeczytać. Zaprzeczyłam, bo nie umiem czytać po polsku. Znowu bicie w twarz słowami: "Tu jest Polska ! Tu jest Polska !". Gdy i teraz nie optowałam, krzyknęli na mnie, że mam zdjąć płaszcz i wierzchnią odzież, podczas gdy "Pan" zamknął drzwi. Potem musiałam się pochylić na krześle i zaczęli mnie bić gumowymi pałkami; w przerwach pytali ciągle szyderczo, czy boli. Ale ja zacisnęłam zęby i nie wydałam z siebie głosu. W pokoju było jeszcze dwóch urzędników, wszyscy w cywilu. Naprzeciw mnie siedział jeden z nich i obserwował całe zajście z szyderczym uśmiechem".

Inny świadek powiedział: "Zaprowadzili mnie na trzecie piętro, zażądali żebym ściągnął kożuch: wzbraniałem się. Było ich czterech. Ze wszystkich stron bili mnie mocno w głowę, ściągnęli kożuch i uderzali gumowymi pałkami. Po chwili rozebrali mnie do spodni i bili nagie ciało, szczególnie lewą stronę od serca, tak że do dzisiaj mam bóle w okolicach żeber; potem straciłem przytomność. Gdy przyszedłem do siebie, zapytali czy podpiszę. Potem bili mnie we dwóch w stopy. Jeden zatkał mi usta chustką do nosa. Potem powiedziałem, niech lepiej zabiją, a tak nie męczą, wtedy przynieśli sznur, zawiązali wokół szyi i miałem się powiesić. Kuksańcami posadzili mnie na krześle i zmusili do podpisania, wszystko strasznie bolało".

Czasy były dla Ślązaków ciężkie i dlatego powiedzieli sobie - “teraz musimy być Polakami i nimi byli”. Robili co kazano, bo żyć trzeba. Dzieci musiano wysyłać do szkoły, by się nauczyły zawodu. Nie można było przeciwstawic się władzy, bo to groziło przykrymi konsekwencjami. A p. Marek pisze: "dlaczego nie powołali do życia mniejszości w 1956r?". Takie pytanie może zadać tylko kompletny dyletant, albo człowiek, który chciałby, aby występujących z takim żądaniem wykończono. Wystarczyło tylko mówić po niemiecku, a już otrzymywało się mandat, lanie pałką lub rozprawę sądową, o czym piszę w innym miejscu.

Komitety Wojewódzkie PZPR w Opolu i Katowicach wydały 9 VI 1989 roku oświadczenie, w którym czytamy między innymi: “...nie właściwe czasami odnoszenie się władz polskich i części ludności napływowej do Ślązaków i ich niepełna integracja w społeczeństwie polskim (...) Funkcjonujący wśród części społeczeństwa polskiego negatywny stereotyp Ślązaka - jako niepełnowartościowego Polaka, moralnie dwuznacznego (...) W całej powojennej historii Śląsk wnosił znaczny wkład w rozwój gospodarczy kraju. Tylko niewielka część wytworzonego przez przemysł śląski dochodu kierowana była na zabezpieczenie potrzeb życiowych jego mieszkańców. Doprowadziło to do sytuacji, w której stopień zaspokojenia potrzeb życiowych mieszkańców Śląska, w porównaniu z resztą kraju, stał się zdecydowanie niższy we wszystkich podstawowych dziedzinach życia i pozostaje w prostej zależności od pracowitości i gospodarności jego mieszkańców.

Mimo upływu ponad czterdziestu lat od zakończenia wojny integracja ludności województwa katowickiego i opolskiego nadal stanowi istotny problem społeczno-polityczny. Społeczność Ślązaków nie w pełni ma świadomość swej tożsamości, odczuwa w większym stopniu niż inne grupy społeczeństwa polskiego brak możliwości efektywnego wpływu na zmianę swych dotychczasowych warunków życia. Nasuwa to konieczność ponownego przeanalizowania polityki naszego państwa wobec Ślązaków po 1945 roku, zastanowienie się nad treściami ich odrębności regionalnej i sposobem ich pielęgnacji(...) Mówiąc o tych zjawiskach mamy na uwadze zrodzony w pierwszym dziesięcioleciu po wojnie kompleks autochtona jako niepełnowartościowego Polaka, podanego różnym szykanom i ograniczeniom tak w sferze administracyjnej i moralnej. Należy ukazywać prawdziwy obraz Śląska w kręgach całej społeczności polskiej”.

Tyle PZPR przed upadkiem. Trochę późno na samobiczowanie, ale sporo prawdy w tym oświadczeniu jest, szkoda tylko, że prawdę takową nie podano przed 40-tu laty.

Dziennikarka “Trybuny Opolskiej” Nina Kracherowa, która pisała tylko to co partia sobie życzyła, otrzymywała sporo listów od bardzo niezadowolonych śląskich czytelników. Często nazywano ją sługusem komuny, po upadku tejże w jednym z artykułów napisała: “ ...pewien naczelnik z okolic Głogówka chwalił się, iż pozbywa się “Szwabów” nie dając im talonów na ciągniki. “Szwab” wyjechał, willa została” Ale została też ziemia. Poszło w świat, jak pozbywać się rodzimej ludności. Jak dostać willę. Za darmo”.

Mieszkaniec Gogolina pan K.Kipka, po przeczytaniu w “Trybunie Opolskiej” informacji, że fabrykę obuwia “Otmęt” i koksownię w Zdzieszowicach wybudowano po wojnie, napisał anonimowo do redakcji, że to nieprawda, gdyż oba zakłady pracowały już przed wojną. UB zadało sobie tyle trudu, by go odnaleźć za pomocą grafologii pisma i skazać na 3 lata więzienia.

Pani dr Danuta Berlińska Socjolog z Zakładu Socjologii w wywiadzie dla “Trybuny Opolskiej” powiedziała: “Zatem w 1945 roku mieliśmy taką sytuację: polskość Ślązaków była polskością obyczajową i nie wszyscy Ślązacy byli przekonani o przynależności do narodu polskiego. Taki był punkt startu.

Ale gdy na Śląsk Opolski przybyli ludzie z różnych stron, okazało się, że ta polskość obyczajowa Ślązaków nie jest dość polska. Wzory zachowań przybyszów znacznie różniły się od wzorów, których nosicielami byli Ślązacy. Jednak początkowo, mimo wszystko, obie grupy odnosiły się do siebie ze zrozumieniem. Na przykład, pomimo konkurencyjności ekonomicznej nie było na Śląsku poważnych konfliktów między Ślązakami a repatriantami, natomiast z kontaktów z zagłębiakami, którzy przychodzili tutaj jako przedstawiciele władzy, Ślązacy wynieśli poczucie krzywdy. Działania władzy w pierwszym okresie były odbierane przez nich negatywnie. Występowało wiele przykładów szykanowania i dyskryminacji, o których Ślązacy pamiętają i przekazują to następnym pokoleniom. Natomiast samo kształtowanie się świadomości narodowej, zwłaszcza tu na pograniczu, jest bardzo skomplikowanym procesem.(...) Jeden z respondentów powiedział nam tak: “ja to jestem niemiecki Ślązak, bo Polakiem to bym nie chcioł być”. Czyli jeśli już gdzieś ma należeć, to opowiada się za niemieckim Ślązakiem. Ważniejsza jest jednak druga część tej wypowiedzi, że nie chciałby być Polakiem, a to dlatego, że polskość kojarzy się Ślązakom po 45 latach z szeregiem negatywnych doświadczeń. Jednym z głównych jest to, że nie mogli oni i nie mogą nadal realizować wielu własnych wzorów kulturowych (...) Poza tym mocno odczuwają oni obniżenie jakości życia w porównaniu do czasów niemieckich. Mieszkańcy doskonale pamiętają, jak wyglądała ich wieś przed wojną. Że było w niej 10 warsztatów rzemieślniczych, 5 sklepów, 2 gospody i jeszcze poczta, i telegraf, szkoła i sołtys, który załatwiał na miejscu większość spraw, a obecnie jest jeden słabo zaopatrzony sklep GS i podupadły warsztat stolarski. Dzisiaj nie tylko Ślązacy - młodzi i starzy, ale nawet ludność napływowa wiedzą, jak kiedyś żyło się i pracowało w takiej wsi.

Ślązacy (...) przekonywali się o tym, że Polacy nie potrafią i nie chcą gospodarować, i ten negatywny stereotyp, lansowany przez niemiecką propagandę, po wojnie ciągle znajdował nowe potwierdzenia. Był to więc, według mnie, główny czynnik zniechęcający ich do identyfikowania się z polskością. Drugim czynnikiem była słabość wiejskiej szkoły, z nauczycielami o niższych kwalifikacjach, nie zorientowanych często w zawiłościach historycznych losów Ślązaków, którzy tępili gwarę, wyśmiewali i szykanowali uczniów posługujących się nią. I to są czynniki decydujące o tym, że Ślązacy nie mieli nawet szansy zapoznać się z polską kulturą narodową”.

Gdyby propozycję powołania do życia mniejszości niemieckiej podał ktoś spoza Śląska, nie znający tutejszych realiów, spróbowałbym mu wyjaśnić, jakie były czasy. Ale kiedy mówi to człowiek mianujący się Ślązakiem, a do tego naukowiec, który te wszystkie nieprawości widział, to mogę tylko zapytać - po co ta farsa? A może ten człowiek cały ten okres przespał i teraz nagle się obudził i zdziwiony demokracją pyta, dlaczego nie jest tak jak dawniej.

Najlepszą odpowiedź na to pytanie dali naukowcy, którzy stwierdzili, (nie pytając o to p. Marka, choć on ma prawo "przemawiać w imieniu Górnoślązaków"), że na Górnym Śląsku Niemcy są. Pan Marek należy do zespołu redakcyjnego "Kwartalnika Opolskiego", który już kilka artykułów zawierających prawdę na temat czasów powojennych wydrukował. Trudno jest mi to zrozumieć; czyżby nie czytał tego, co idzie do druku? Czy chodzi tylko o pieniądze za posiedzenia redakcyjne?

Teraz kiedy demokracja zawitała do Polski wiadomym jest, że mieszkają tu Niemcy (około 500 tys.), Ukraińcy (250-300 tys.), Białorusini (400 tys.), Litwini (30 tys), Czesi i Słowacy (25-30 tys.), Łemkowie, że są mniejszości. Jest także mała grupa Karaimów (200 osób) sprowadzonych z Krymu przez księcia litewskiego w 1397 roku. To co z początku było niezrozumiałe i wywoływało emocje, z biegiem czasu stało się zupełnie normalne i codzienne.

Gdyby zaraz po wojnie zawitała do Polski demokracja, te wszystkie sprawy narodowościowe, polsko-niemieckie, już dawno by się zakończyły. Przez dziesiątki lat wmawiano nam, uczniom "demokratycznej szkoły polskiej", że naszym wrogiem jest tylko Niemiec, co dalej próbuje robić p. Marek i "Kalendarz Opolski", w myśl porzekadła - "jak świat światem Niemiec Polakowi nigdy nie był bratem". Bzdura, kompletna. Polska i Niemcy są krajami graniczącymi z sobą, a na przestrzeni 1000 - letnich dziejów, zawsze coś się zdarzyć może, choć nie powinno. Gdybyśmy odjęli tę najstraszniejszą ze strasznych, drugą wojnę światową, którą bezsprzecznie rozpętali Niemcy, i za którą jeszcze przez stulecia należy się wstydzić, to jednak całkiem inaczej wyglądałyby sprawy tych polsko-niemieckich nieporozumień.

Przede wszystkim trzeba napisać: polsko-niemieckich i niemiecko-polskich. Polska jako kraj także w aureoli nie chodziła. Również ze strony Polski były groźby, napady, wojny. Nie tylko Niemcy zaczynali, ale Polacy także (patrz Bolesław Chrobry; Piłsudski, który zamierzał w okresie pomiędzy I i II wojną napaść na słabe Niemcy, tylko nie znalazł sprzymierzeńców na tę eskapadę). Wiadomym jest, że za komuny jedynym wrogiem były Niemcy. Można to zrozumieć, gdyż po ostatnich wojennych, bardzo przykrych, nieludzkich zdarzeniach, można mieć pretensje, żal, nienawidzić, ale nie można tego robić w stosunku do wszystkich. Nie wszyscy Niemcy byli opętani przez Goebbelsa i jego machinę propagandową. Byli także dobrzy Niemcy, ci którzy próbowali bronić Żydów i Polaków.

Tak, tacy również byli. Mimo, że groziła im śmierć - pomagali Polakom. Na to są dowody. Byli Niemcy, którzy chcieli zabić Hitlera, tak zwane Koło z Krzyżowej (Kreisauer Kreis), o którym większość społeczeństwa polskiego dowiedziała się dopiero podczas transmisji telewizyjnej mszy świętej z Krzyżowej 12 XI 1989 roku, w czasie której Mazowiecki i Kohl padli sobie w objęcia. Nagle Polacy dowiedzieli się, że wypędzono, wysiedlono, wygnano ze wschodu 14 milionów Niemców i w czasie tego wysiedlenia setki tysięcy osób zginęło. Część zamarzła w drodze, część umarła z głodu, a jeszcze inna część została zastrzelona lub zgwałcona.

Miejsce na pojednanie nie zostało wybrane przypadkowo. Hrabia Helmuth James Moltke, właściciel zamku w Krzyżowej, był duchowym przywódcą opozycji w III Rzeszy. Z kręgu Koła z Krzyżowej wywodziła się większość organizatorów zamachu z 20 VII 1944 r. na Hitlera. Graf Moltke po nieudanym zamachu na Hitlera został stracony 23 I 1945 r. w Berlinie

Według prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, co można wyczytać w jego książce “Przesiedlenie Niemców po II wojnie światowej”, Polska wysiedliła jeszcze przed zakończeniem konferencji poczdamskiej 400 tyś. Niemców. Skubiszewski pisząc tę książkę był zdania, że Polska strona postąpiła słusznie, wypędzając Niemców, dopiero jesienią 1990 roku, już jako minister spraw zagranicznych w nowym polskim rządzie T. Mazowieckiego, przyznał, że było to ”bezprawne wypędzenie”.

Ciągłe tłumaczenie, iż alianci zarządzili przesiedlenie nie wytrzymuje krytyki, bo Polacy sami też decydowali (patrz Skubiszewski), w dodatku byli wykonawcami tego co inni w sierpniu 1945 roku proponowali, a wykonawstwo było często nieludzkie.

“Bo polskie winy po zakończeniu II wojny światowej wobec Niemców też są konkretne. I nie można ich tłumaczyć tylko tym, że “to nie my wywołaliśmy wojnę”, pisze p.Gerlich w “Dzienniku Zachodnim”.

Wyszła właśnie dwujęzyczna książka Jana Józefa Lipskiego “Powiedzieć sobie wszystko... Wir müssen uns alles sagen...”, w której między innymi można przeczytać na temat wypędzenia Niemców z Polski, “Zasada zbiorowej odpowiedzialności historycznej musi być odrzucona jako zasada moralno-karna. Sądzę, że ludziom dotkniętym nieszczęściem utraty domu rodzinnego należy się przynajmniej pewna satysfakcja moralna, a również wyrozumiałość, że marzą o powrocie do Wrocławia i Szczecina, tak jak wielu Polaków marzy o powrocie do Wilna i Lwowa. Stanowisko takie obce jest natomiast większości Polaków. Tłumaczy się to świadomością bardzo jednak nierównego rachunku krzywd - i w rezultacie łatwym zapominaniem, że wina znacznie mniejsza też jest winą. W związku z tym Polacy nie zastanawiają się przeważnie, czemu Episkopat Polski przed około dwudziestu laty powiedział Niemcom: “Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. A kilka lat temu ten sam Lipski napisał: “Zło nam wyrządzone, nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem zła, które sami wyrządziliśmy. Wysiedlenie ludzi z ich domów może być w najlepszym razie mniejszym złem, nigdy - czynem dobrym”.

Stanisław Bieniasz napisał (“Śląsk” (6/96)) na temat wypędzenie Niemców ze Śląska: “Często dobrze utrzymane gospodarstwo, na które miał chrapkę milicjant lub ubek było powodem pozbywania się właścicieli pod pretekstem “przynależności do narodu niemieckiego”. Była to praktyka stosowana jeszcze w latach 70. - szczególnie na Opolszczyźnie (...) Część z nich była przed wywiezieniem na Zachód osadzana w obozach, m.in. w Łambinowicach, w których występowała wysoka śmiertelność z powodu niedostatecznych warunków sanitarnych, niewystarczających norm żywnościowych oraz braku opieki medycznej, nie mówiąc o szykanach i rękoczynach ze strony służby obozowej.

Warunki i atmosfera, w jakich odbywała się akcja przesuwania Polski na Zachód, były dalekie od poprawności. Zdarzało się, że “wszyscy niemcy” (oryginalna pisownia ówczesnych obwieszczeń) mieli godzinę lub dwie na spakowanie rzeczy osobistych w ilości nie przekraczającej dwudziestu kilogramów na osobę, po czym byli godzinami, a w niektórych przypadkach całymi dniami przetrzymywani na placu zbiórki. Za oddalenie się groził sąd doraźny. Podróże oczywiście odbywały się w urągających warunkach.(...) Z zachodu wypędzaliśmy “szwabskich hitlerowców”, którzy z Hitlerem nie mieli nic wspólnego, a czasem niewiele wspólnego mieli w ogóle z Niemcami.

Wypędzenie Niemców z Pomorza i Śląska było dla tych, których dotknęło, taką samą tragedią, jaką dla wypędzonych Polaków była “repatriacja” ze Lwowa lub Wileńszczyzny. W jednym i drugim przypadku była to tragedia ludzi, którzy nagle bez osobistej winy stali się ofiarami wielkiej polityki. To byli zrozpaczeni, zdruzgotani materialnie i moralnie ludzie, którym zabrano wszelkie poczucie bezpieczeństwa oraz budowane przez pokolenia podstawy egzystencji. Wypędzano ich z własnych domów i zagród jako elementy obce i wrogie - ich tragedie miały więc nie tylko wymiar materialny, lecz także duchowy; wyrwano ich z korzeniami. Robiono tak z nimi w imię rzekomego patriotyzmu i racji stanu.

Piszę o tym, ponieważ w publicystyce a nawet historiografii dotyczącej pierwszego okresu powojennego nadal można znaleźć w przeważającej mierze omówienia, stosujące inną miarę wobec tego, co nasi ojcowie zrobili Niemcom, niż wobec tego, co inni zrobili naszym ojcom. Można oczywiście zrozumieć wielorakie motywacje odwetu, szczególnie zaraz po wojnie. Należy jednak zawsze pamiętać, iż żaden naród nie jest mały ani wielki przez to, co przodkowie współczesnych zrobili w jego imieniu, lecz przez to, jakie nauki z tego wyciągnął, a także jak potrafi je wykorzystać dla przyszłości”. Tyle z dłuższego artykułu p. Bieniasza. I chwała, że mamy już takich publicystów, którzy widzą i potrafią wyciągać odpowiednie wnioski.

Nie rzucajmy kamieniem w drugiego. Popatrzmy na siebie, popatrzmy na polską społeczność. W Polsce też byli tacy, którzy zdradzali jak Judasz, byli tacy, którzy ukrywali Żydów, ale także tacy, którzy tych Żydów wydawali; byli także tacy jak w pogromie kieleckim (4 VII 1946 r.), którzy 40 Żydów zamordowali, a dalszych 40-tu ranili. Rok po zakończonej wojnie ! A teraźniejsza antysemicka histeria w Polsce, gdzie wszędzie widzi się Żydów, a wg. źródeł zamieszkuje ich w kraju tylko około 5000-10.000. Nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi, obie strony mają dobrych i złych ludzi. Ślązacy czy to polscy, czy niemieccy, wojny nie wywołali, byli tylko narzędziami w rękach innych. Chodzi o to, by szerokiej masy społeczeństwa powiedzieć wreszcie prawdę, chodzi o to, by nie uprawiać demagogii, nie pisać czegoś, czego nie było. Nie zmieniać faktów - tacy ludzie są najgorsi, bo próbują podważać stabilność.

Przy podpisywaniu układu PRL-RFN w dniu 18 XI 1970 r. strona polska przyznała, że "w Polsce do dnia dzisiejszego z różnych przyczyn (np. silne powiązanie z miejscem urodzenia), pozostała pewna liczba osób należących bezspornie do narodu niemieckiego i pewna liczba osób z rodzin mieszanych".

Niemcy są polskimi sąsiadami i często pomiędzy sąsiadami dochodzi do sprzeczek. Trudno aby Polska miała nieporozumienia z Portugalią czy Maltą. Ma się je z sąsiadami. Portugalczycy przez setki lat nie potrafią dogadać się z Hiszpanami, Anglicy ze Szkotami, Grecy z Turkami. Szkoda, że tak jest na tym świecie, ale dotychczas zawsze tak było. Miejmy nadzieję, że społeczeństwa zmądrzeją i kiedyś zapanuje spokój.

Jak widać z powyższego, sporo było bałaganu, nieprawidłowości, handlu tymczasowym obywatelstwem polskim, tym bardziej dziwi fakt, iż p.Marek pisze: "Powojenna weryfikacja z różnych powodów miarodajnym źródłem być nie może. Jedno jest pewne: zweryfikowani nie byli Niemcami". Jak to? Weryfikacja była zła, ale w jednym punkcie była dobra - Niemców nie zweryfikowano, tylko wysiedlano?

A dalej czytam "Mogę się zgodzić z twierdzeniem, że niektórzy Ślązacy przyznawali się do polskości, aby uniknąć deportacji do Niemiec...". Jak to jest, nie byli Niemcami, a musieli przyznawać się do polskości? Wobec tego kim byli? Włochami?

"Niegodziwością było przeprowadzenie weryfikacji ludności polskiej po tragicznym w następstwa okresie hitlerowskim, kiedy z trzech ówczesnych pokoleń śląskich, najstarsze mówiło tylko po polsku, najmłodsze tylko po niemiecku" - pisze p. Marek. Trudno jest wytłumaczyć profesorowi, że na Śląsku byli i żyli także Niemcy, (choć pośrednio w poprzednim zdaniu sam przyznał, że Niemcy byli, bo "przyznawali się do polskości, aby uniknąć deportacji do Niemiec"), kiedy on tego nie chce wiedzieć, nie chce przyjąć do wiadomości, mimo że sporo publikacji na ten temat można znaleźć, w dodatku ma kilku sąsiadów (o czym pisze w "Głosie") mieszkających na tej samej ulicy - Niemców.

Zaiste dziwne to rozumowanie.

 

(Powyższy tekst jest z książki – Ewalda S. Polloka, Legendy, manipulacje, kłamstwa, ISBN 978-83-60540-82-4, która można nabyć w księgarniach na Śląsku

lub pod tel. 077-4845146

 

 

Kommentare zu diesem Artikel - Komentarze do artykułu



Anzeige: 1 - 11 von 11.

Bartek
Donnerstag, 19-03-09 20:02

Uprzejmie informuję że jakiś troll podszywa się pod mój nick. Komuś nie starcza uczciwości i inteligencji na rzeczową dyskusję.

AG
Sonntag, 15-03-09 14:44

A więc wiemy już kim jest Pan Chrząszcz, podszywający się pod innym nickami okazał się nim Pan Jerry, kolejny polski pieniacz w dodatku wielki polski patriota, wstyd Panie Jerzy (Jerry)!

Bartek
Donnerstag, 12-03-09 20:51

Chrząszcz i Abel to dwie i te same osoby, nie od dzisiaj wiadomo że polak potrafi...

Historyk
Dienstag, 10-03-09 20:08   E-Mail

Dziwie się Panom, czyżby nie było tu o czym dyskutować, tylko atakować innych. P. Polloka za fantazje, Chrząszcza za brzydkie słowa, które redakcja usunęła i dobrze tak.Czy ktoś z Was zastanowil się, dlaczego tak robiono? Nie.

Historyk
Dienstag, 10-03-09 20:04   E-Mail

Dziwie się Panom. Czyżby nie było tu o czy

Chrząszcz
Dienstag, 10-03-09 17:16

Historyk bez powodu obraził Chrząszcza pod dyskusją zatytułowaną „Dr Ewald Stefan Pollok - Weryfikacja". Jego wpis: „Coz Panowie Abel i Chrzaszcz, jakoś i brak Wam kultury, zachowujecie się jak dzieciaki z przedszkola, do tego obrażacie". Powyższe to halucynacja bo ja w powyższej sprawie głosu nie zabierałem. Nada, nic nie pisałem!!!

abel
Sonntag, 08-03-09 13:32

Panie "Historyk" a gdzie ja tu obrażam p. Polloka. To, że w pewnych sprawach się z nim nie zgadzam nie upoważnia mnie do obrażania kogokolwiek i tego nie czynię. W lekko sarkastycznym tonie piszę niektóre "posty" i tyle. Inni na tym forum ( z innej opcji narodowościowej :))często nie przebierają w słowach.
Ps. Mnie intresuje historia oparta na faktach a nie "poboznych życzeniach" niektórych samozwańczych "historyków". Z wyrazami szacunku :)

Historyk
Samstag, 07-03-09 21:20   E-Mail

Coz Panowie Abel i Chrzaszcz, jakoś i brak Wam kultury, zachowujecie się jak dzieciaki z przedszkola, do tego obrażacie. Co do historii, to Wam współczuje, bo to co Pan Pollok napisał jest prawda, tylko ze Polacy nie chcą jej przyjąć, bo boja się ze będą ich pokazywać PALCAMI: proponuję POCZYTAĆ BORODZIEJA I MADAJCZYKa.Współczuje Wam, ze nie możecie przyjac prawdy.

abel
Samstag, 07-03-09 17:38

Chrząszcz, gdyby nie p. Pollok nie mielibyśmy okazji poznać takich fantazji. A ona, jak widać, jest nieograniczona :).

AG(II)
Freitag, 27-02-09 09:26

Ich finde diese Rezension professioneller als die von Herrn Kos.

3Maj
Donnerstag, 26-02-09 16:45

Na końcu powyższego artykułu jest informacja, że tekst pochodzi z książki Ewalda Polloka pt. „Legendy, manipulacje, kłamstwa".

Przeczytałem z ciekawością.
Dobrą stroną artykułu jest to, że jest to dość spore kompendium skoncentrowanej informacji. Niestety sama informacja jest dość chaotyczna i często nie ma odnośników do czasu zdarzeń szczególnie w przypadku cytatów z gazet (choć przybliżonego przedziału czasowego można się domyślić). Niektóre rzeczy są powtarzane po kilka razy i w różnych miejscach. Sprawia to wrażenie, że autor dość obficie czerpał ze źródeł (głównie wtórnych) ale nie zadbał o organizację ekspozycji i logiczny lub chronologiczny porządek przedstawianej informacji. Irytujące są też polemiczne wtrącenia dotyczące sporu z Dr Franciszkiem Markiem. Nie wnoszą one bowiem dla mnie nic do tematu i odwołują się do nieznanych mi sporów.

Ciekawe i często bardzo zaskakujące są też opinie autora na tematy takie jak np. chaos i arbitralność procesu weryfikacji. Pisze on np.: „To właśnie Polacy wprowadzili na Śląsku Opolskim volkslistę. O ile hitlerowska dopuszczała wybór przynależności narodowej i uwzględniała kategorie pośrednie (czy grupy narodowościowe), to przyjęta przez władze polskie, opierała się na zasadzie klasyfikacji odgórnej, przymusowej i alternatywnej - wybieraj: jesteś albo Polakiem, albo Niemcem." NIE WIEM CO AUTOR CHCE PRZEZ POWYŻSZE POWIEDZIEĆ? Że NIEMIECKA volkslista była LEPSZA niż polska weryfikacja? To jest bardzo głupie i smutne stwierdzenie sugerujące, że teraz mamy się licytować również na ten temat: KTO MIAŁ LEPSZY PROGRAM WYSIEDLEŃ i kto robił to bardziej fachowo? Mógłbym tu coś napisać ale brzydzę się tymi porównaniami... i nie napiszę.

Jako raczej dyletant w detalach historii Śląska byłem zaskoczony opowieścią o 1700 Polakach z Bolesławca który podobno był czysto niemiecki przed wojną. Nagle jest napisane, że: „Wagony numer 33 i 36 transportu (z Bolesławca) jaki wyjechał 28 VIII 1946 r. zapełnione były osobami śpiewającymi piosenki w języku polskim, “polszczyzną niczym nie skażoną i miało się wrażenie, że to nie przesiedleńcy wyjeżdżają do Niemiec, ale jakaś wycieczka młodzieży polskiej wyrusza na podbój wrażeń i świata”." CIEKAWE DLACZEGO ŚPIEWANO “polszczyzną niczym nie skażoną" A NIE PO ŚLĄSKU?

Jest też parę rzeczy w artykule z którymi się na 100% zgadzam. Przykład, choć to nie słowa autora: „Należy jednak zawsze pamiętać, iż żaden naród nie jest mały ani wielki przez to, co przodkowie współczesnych zrobili w jego imieniu, lecz przez to, jakie nauki z tego wyciągnął, a także jak potrafi je wykorzystać dla przyszłości”. I jeszcze jeden przykład, tym razem chyba słowa autora: „Niemcy są polskimi sąsiadami i często pomiędzy sąsiadami dochodzi do sprzeczek. Trudno aby Polska miała nieporozumienia z Portugalią czy Maltą. Ma się je z sąsiadami."


Kommentar schreiben - napisać komentarz



Vorname
Nachname
E-Mail *
Nachricht *
Antwort
Bitte geben Sie hier das Wort ein, das im Bild angezeigt wird. Dies dient der Spamvermeidung Wenn Sie das Wort nicht lesen können, bitte hier klicken.
CAPTCHA Bild zum Spamschutz
 

Kommentare



 
redakcja@silesia-schlesien.com | redaktion@silesia-schlesien.com | Impressum
© copyright 2004-2005 by silesia-schlesien.com

Besuchen Sie auch:
[Weinfässer als Regentonnen, Springbrunnen und Gartendekorationen]