Dr hab. Antoni Golly - Uwagi Ślązaka na temat hasła „Ślązak=Polak”
Podstawą moich poglądów na dziedziny nauki była zawsze wypowiedź pewnego wybitnego człowieka:
„...w danej dziedzinie jest tyle nauki ile w niej jest matematyki...”.
Tytuł pokazuje nieśmiałą próbę zastosowania matematyki – zawiera bowiem równanie. Definicja pojęcia „równanie” dla laików mogłaby być następująca: „Równanie to pytanie, co wstawić w miejsce niewiadomych (np. X i Y) aby lewa strona była równa prawej”.
W tym haśle „Królowa Nauk” jest użyta przez historyków - co się chwali - istnieje jednak bardzo wąski przedział manipulacji przy próbie podstawieniu wartości w miejsce niewiadomych, gdyż podano za mało elementów (dwa) i w tym przypadku równanie nie ma prawidłowego rozwiązania.
Przypomina mi to stary dowcip z pewnego etapu stworzenia świata. Pan Bóg stworzył Ewę i powiedział Adamowi: „Masz i wybieraj!”.
Stąd moje zdanie na temat historii i historyków zawierało zawsze pewien element nieufności. Jeśli bowiem wynik naukowej pracy historyka – interpretacja faktów - jest zależny od głębi jego serca a niekoniecznie rozumu lub ujęcia sprawdzalnego, liczbowego to mamy spory „uczonych” w każdej sprawie a wyniki są często przeciwstawne.
Hasło wymienione w tytule pojawia się w wielu wypowiedziach. Nie pamiętam gdzie się z nim spotkałem po raz pierwszy. Twierdzili tak różni ludzie: historycy, dziennikarze, politycy, inne osoby związane z regionem dzięki urodzeniu lub sympatycy z innych regionów Polski. Zarzucają sobie wzajemnie różne niegodziwości w interpretacji faktów, wyciągają często bezpodstawnie wnioski nie pytając prawdziwie zainteresowanych, tj. poprawnie dobraną grupę statystyczną Ślązaków. Śląsk i Ślązacy to bowiem nie monolit i nigdy nim nie był, zupełnie inny start pod względem politycznym i narodowościowym (tzw. umowne „mleko matki”) mają Ślązacy z okolic Katowic czy Rybnika – kolebki polskości śląskiej, a inny ludzie z Opolszczyzny. Znani notable – profesorowie Simonides i Marek z Uniwersytetu Opolskiego uważają, że ich poglądy muszą być uznane za jedyne i przyjęte bez zastrzeżeń przez wszystkich i mają prawo reprezentowania wszystkich Ślązaków, a to jest niesłuszne – oni pochodzą z tak zwanego Polskiego Śląska, ja natomiast z Niemieckiego, choć mam rodzinę w drugiej części Śląska, z którą moje pokolenie musiało porozumiewać się już „na migi” lub za pośrednictwem rodziców.
Historia może nie jest nauką ścisłą, ale jest znana z tego, że lubi się toczyć kołem – moje dzieci z kuzynami z NRF mogą się porozumiewać bez pomocy osób trzecich w języku „neutralnym” – po angielsku – mają więc lepiej w kontaktach rodzinnych niż ja jako dziecko.
Koło historii przejechało się po mojej rodzinie we wszystkich kolejnych pokoleniach - od pradziadków do wnuków - bo prawnuk jest dopiero w drodze i będzie patriotą kaszubskim dzięki mleku potencjalnej matki, trafiliśmy tylko na różne szprychy przy próbach zatrzymania niszczącego koła co było mniej lub bardziej bolesne.
Dla przykładu Pani Prof. Simonides w rozmowach z politykami niemieckimi traktowała nas wprawdzie z „matczyną” troską, ale z pozycji matki, której przykro z tego powodu, że dzieci nie wykazują właściwego podejścia do życia – nie wykazują dozgonnej miłości do Matki-Polski, która po 700 latach wreszcie zajmuje się niewydarzonymi dziećmi na swój sposób. Moje prywatne odczucie mogę tak wyrazić: Owa Matka zasługuje raczej na miano Macochy i to typowej, co nie brzmi zbyt optymistycznie. Znam wybitnego człowieka – z Polskiego Śląska, który mi chyba nie zaprzeczy – to Kazimierz Kutz. Mój przyjaciel Marek raczej mnie nie zrozumie, dlatego raczej unikałem z nim dyskusji na tematy polsko-niemieckie w kontekście Śląska i Ślązaków. W powojennej prasie polskiej (innej nie mogłem znać) zauważyłem tylko jeden artykuł w „Trybunie Opolskiej” socjologa z Instytutu Śląskiego (pani Berlińskiej), w którym po wnikliwych wywiadach na całej Opolszczyźnie postawiła nieśmiałą tezę: „Zapytać Ślązaka o to czy czuje się Niemcem czy Polakiem to jakby trochę bez sensu...”.
Podziwiałem uczciwość i odwagę tej pani, bo czasy raczej nie były pomyślne dla takich sformułowań. Jej wniosek badawczy jednak natychmiast zmodyfikowałem opuszczając wyrazy „ jakby trochę” – takie pytanie naprawdę nie ma sensu, bo nikt nie jest w stanie uczciwie odpowiedzieć na nie, przynajmniej ja tego nie potrafię. Podczas tzw. ankietyzacji, poprzedzającej wydanie dowodów osobistych, ankieterzy musieli postawić właśnie to idiotyczne pytanie wszystkim mieszkańcom. Uzyskali różne odpowiedzi, pewnie zależnie od nastroju i odwagi pytanego. Był w naszej wiosce (w moim pierwszym miejscu pracy) człowiek, który na pytanie: „Franzek, a jak Ty się czujesz” (tak hasłowo pracowali ankieterzy) niezmiennie odpowiadał „ożarty” co po śląsku odpowiada stanowi chorobowemu, znanemu obecnie jako „choroba filipińska”. Nie wiem co ankieterzy wpisali do ankiety, ale Franzek dostał dowód i szybko zmarł, ale nie z powodu zmartwienia tą niejasnością uczuć narodowościowych.
Wszystkie problemy najlepiej rozważać na materiale faktograficznym znanym i sprawdzonym, tj. na własnej rodzinie. Nie wiem np. kim byli moi rodzice, czy czuli się Niemcami czy Polakami? Niestety nie mogę ich o to już zapytać. Fakty są następujące (dla naukowców-historyków poważny orzech do zgryzienia przy dorobieniu interpretacji):
Ojciec: Urodził się jako obywatel pruski, chodził tylko do niemieckiej szkoły, bo polskich w Kędzierzynie (Kandrzin) nie było. Był żołnierzem Cesarza Wilhelma, ranny pod Verdun i awansowany oraz trzy dni w Wehrmachcie Adolfa H. we wrześniu 1939. Po wojnie nie został pozytywnie zweryfikowany jako Polak przez odpowiednią komisję lokalną i jako obywatel niemiecki płacił latami ze swej skromnej pensji reparacje wojenne. Nie wiem czy umarł jako obywatel niemiecki, czy objęła go jakaś „automatyczna łaska” polskiego państwa. (Od redakcji, po 1950 r. wszyscy mieszkający na terytorium Śląska stali się automatycznie Polakami).
O tym fakcie pewnie się już nie dowiedział, wiele lat był obłożnie chory i miał poważniejsze zmartwienia – jak wyżyć z minimalnej renty inwalidzkiej (400 zł) + 80 złotych na utrzymanie żony.
Kim się czuł tego nie wiem – ironia losu jest w tym, ze jako dziecko sam nauczył się czytać i pisać po polsku ze starego elementarza z 19-tego (lub pierwszych lat 20-tego) wieku i był jedynym mieszkańcem dużego miasta, który posiadał w 1945 roku takie umiejętności – komisja tego nie uwzględniła choć przeciętny Ślązak musiał tylko wyklepać pacierz po polsku i został tzw. „Polakiem za 25 złotych”, miejscowi mówili obywatelstwo za pięćdwadzieścia złotych, tłumacząc te liczby z niemieckiego, tyle kosztowało „Tymczasowe Zaświadczenie Narodowości Polskiej”. Czy w jego przypadku „równanie tytułowe” pasuje? Komisja nie podzieliła tego zdania a ja też w to nie wierzę bez zastrzeżeń. Z drugiej strony miał jednak wyraźne ciągoty polskie, bo wnukom „krajowym” zakazał mówić „Opa” tylko po śląsku „Starzyk” – poprawnej polskiej wersji „Dziadek” nie akceptował. „Opą” był tylko dla wnuków mieszkających w Niemczech (to chyba wystarczająco świadczy o pewnej dwoistości Ślązaka).
Matka: Obywatelstwo oczywiście analogiczne jak u ojca, szkoła też z tą różnicą, że babcia ze strony matki była wielką patriotką polską, czego dowodem może być prenumerata „Katolika” oraz fakt, że moja matka nie znała żadnego wyrazu niemieckiego przed rozpoczęciem nauki szkolnej. Kroplą dziegciu w tym patriotycznym miodzie jest to, że dziadek był fanem Cesarza Wilhelma (został mu wielki szacunek po służbie wojskowej). Dalsze losy matki były związane z wykształceniem i kilkuletnią pracą w znakomitych klinikach Berlina i Akwizgranu (Aachen) - (do plebiscytu), pewnie czuła się wtedy Niemką, ale nigdy mi nie przyszło na myśl zapytać ją o coś tak dla mnie oczywistego. Drobny niepokój mogło ewentualnie we mnie wzbudzić to, że z jedną ze sąsiadek mówiła po polsku, abyśmy nie wiedzieli o czym rozmawiają. Starałem się to ukrócić (żarła mnie ciekawość), ale po napisaniu na drzwiach kuchni znanego ze sklepów i urzędów komunikatu „Hier wird nur Deutsch gesprochen” dostałem lekko szmatą. Jak zinterpretować ten niezwykle wymowny fakt historyczny nie wiem, zostawię to fachowcom.
Siostry: Najstarsza mogła jeszcze podłapać trochę polskich słów od dziadków, reszta raczej nie. Wykształcenie ogólne i zawodowe wyłącznie po niemiecku, w czasie wojny praca w Niemieckim Czerwonym Krzyżu w szpitalach wojskowych i po wojnie jako jeniec armii USA nadal w szpitalach tejże armii. Wróciła w roku 1946 do domu na Śląsk, miała łzy w oczach, ale nie były to łzy radości z powodu powrotu „Śląska do Macierzy”, tylko z powodu konieczności nauczenia się pacierza po polsku – co było warunkiem pozytywnej weryfikacji, „ergo” możności pozostania w swej ojczyźnie (dużej lub małej). Pamiętam jej lament na temat konieczności uczenia się polskiego języka: „Diese Pferdesprache werde ich nie erlernen”! Mam więc prawo sądzić, że czuła się raczej „Ślązaczką=Niemką”.
Podobnie dalsze siostry, które albo są w kole Mniejszości lub mieszkają w RFN („Ślązaczka=Polka”)??? Chyba trudno mi tak twierdzić.
Bracia: Bracia niezbyt interesowali się „delikatnymi” odczuciami narodowościowymi, choć raczej mówią (lub mówili) lepiej po niemiecku z „paskudnym” dla mojego ucha śląskim akcentem niż „literacko” po polsku, a gwary śląskiej nauczyli się od kolegów z pracy bo w domu nie usłyszeli po śmierci dziadków żadnego słowa polskiego, a ja tym bardziej bo urodziłem się po śmierci dziadków w okresie Hitlerowskim, gdy polskie rozmowy były już zabronione.
Problem pojawił się tylko w przypadku powojennych ciekawszych imprez sportowych, gdy na przykład NRF grało z Polską, albo NRF z NRD. Biedny brat (najstarszy) nie wiedział komu kibicować. W takich momentach szczerych reakcji na wydarzenia sportowe, wyzwalających duże emocje, „uczeni” powinni obserwować Ślązaków, to da im dużo do myślenia.
Drugi brat raczej nie interesował się sportem, ale do dziś konsekwentnie ogląda programy niemieckie z Astry i nie zaabonował żadnej polskiej platformy cyfrowej. Początkowa fascynacja „katolickim” z pozoru Radiem Maryja należy do przeszłości. Podobnie siostry - prawie dewotki - zrezygnowały z Goebbelsowskiej propagandy T. Rydzyka i oglądają lub słuchają prawdziwie katolickie media niemieckie KTV i Radio Horeb (spadkobierca niemieckiego Radia Maria, zlikwidowanego przez biskupów niemieckich).
Nota bene! Szef Radia Horeb bardzo dobrze zna tzw. Ojca Tadeusza R. z okresu , w którym R. podwyższał swój standard życiowy, szmuglując używane auta z Niemiec do Polski i ostro się odcina od swego kolegi – dyrektora w dziedzinie „katolickiej” treści i formy audycji spokrewnionego radia.
Dalsza rodzina: Podobnie niezbyt „określeni” narodowościowo są pozostali członkowie rodziny, choć między sobą porozumiewamy się cudowną mieszanką polsko-niemiecką, typową dla Ślązaków. Są matki, które wbrew zakazom uczyły swe dzieci po niemiecku po kryjomu. Moja bratowa pouczyła córeczkę, aby w autobusie zwracała się do niej per ”Babcia”. Efekt? Gdy usiadły w autobusie biedne dziewczę głośno zapytało po niemiecku: „Oma”, soll ich Dir schon „babcia” sagen? Bratowa miała wyczucie z tą nauką podstaw niemieckiego, bo dziecko po wielu latach pojechało do Szwabii ze swoimi dziećmi, które są też dwujęzyczne, zostały nawet zachęcone przez swą niemiecką nauczycielkę do tego, aby nie zapomniały języka swych sąsiadów. Piękny przykład innego zachowania się Niemców niż oczekuje wiele osób, mających na pieńku z niemiecką administracją (szkoły, sądy, Jugendamty). Innym pozytywnym efektem tej nauki był fakt, że bratanica służyła mojej małej córce i jej kuzynowi z RFN jako tłumaczka przy zabawach dziecięcych, teraz już „króluje” angielski w komunikacji międzynarodowej.
Pozostałem Ja – beniaminek rodu: Na mój temat już tyle się wypowiadałem na różnych płaszczyznach i w mediach, że zestawiam tu tylko najbardziej wyraziste problemy z moimi „odczuciami”: Do lipca roku 1945 (powrót z tułaczki na Śląsk z Austrii) nie wiedziałem nawet, iż mogę mieć jakieś „fałszywe” korzenie, czułem się Niemcem bez ograniczeń i to patriotą. Przeżywałem głęboko wszystkie zwycięstwa i porażki Wehrmachtu, płakałem po śmierci Hitlera i po przegranej wojnie (z tym płaczem trochę przesadziłem, ale żal był wielki!). O Polsce i Polakach wiedziałem to co Goebbels i Rosenberg publikowali (np. w „Der Stürmer”) i nie miałem powodu mieć inne zdanie. Od jedynej znanej mi prawdziwej Polki z Krakowa – koleżanki mych sióstr, trzymałem się ostrożnie z daleka, na wszelki wypadek, szczególnie po rozmowach z mieszkańcami Bydgoszczy z naszego obozu dla uchodźców, którzy potwierdzili przebieg „krwawej niedzieli” tak jak to opisywała niemiecka prasa. Moje poglądy zmieniły się po bezpośrednich kontaktach z Polakami w okresie dojrzewania i później, gdy nauczyłem się posługiwać własnym rozumem i nie byłem już podatny na żadną demagogię (to ostatnie mi zostało).
We wrześniu 1945 musiałem pójść do polskiej szkoły i w pierwszym dniu nie zrozumiałem ani jednego słowa zgodnie z powiedzeniem niewolnika Kaptaha z „Egipcjanina Sinuhe”: „Słowa twoje są dla mojego ucha jak brzęczenie much...”. Nieco starszy brat był w lepszej sytuacji – miał lekcję religii i zrozumiał „Jezusa Chrystusa” bo to brzmi podobnie jak w niemieckim kościele, a inteligentny był, bestia – odrzucił końcówki „a” i poprawił wymowę na modłę papieża Benedykta XVI! (Tego się nie da oddać poprawnie na piśmie).
Matka widząc moje rozgoryczenie i płacz, wyciągnęła z lamusa stary elementarz, z którego kiedyś – na przełomie wieków - ojciec sam się nauczył polskiego i wprowadziła mnie w tajniki mojego nowego języka „ojczystego” – już drugiego. Miałem wspaniałych i bardzo wyrozumiałych nauczycieli od szkoły podstawowej do końca liceum i na maturze już miałem piątkę z polskiego i na pewno lepiej mówiłem i poprawniej pisałem niż teraz, choć zasób słów pewnie jest nieporównywalny – widzę to po krzyżówkach. Po latach „zmagań” oczywiście doceniłem piękno języka i wartość skarbów kultury polskiej, ale zawsze miałem w sercu i mózgu „altera pars” i to mi zostanie do śmierci. Oglądam i Astrę i Hotbirda po niemiecku lub po polsku, nie ma dla mnie różnicy czy audycja jest po polsku czy po niemiecku. Jeśli czytam interesującą książkę i ktoś mi ją wyrwie i zapyta w jakim była języku i jaką czcionką to nie umiałbym odpowiedzieć. W rozmowach nie tłumaczę swoich myśli, ani w jedną ani w drugą stronę – po prostu przestawiam wirtualny przełącznik w mózgu.
Przypomniałem sobie, że jednak mam „trzeci” język, który mogę uznać za ojczysty, tzn. gwarę śląską, nie uznaną jednak przez prawdziwych Polaków za język godny zapamiętania i stosowania np. w urzędach i szkołach na Śląsku. Nie znałem tej gwary z domu rodzinnego, ale nauczyłem się jej na mojej pierwszej posadzie nauczycielskiej na wsi opolskiej. Rodzice moich podopiecznych mieli mi za złe, że udaję „wielkiego Polaka” posługując się literackim językiem, a „... dyć rechtór je z Kędzierzyna...” – w domyśle – musi umieć mówić po śląsku a udaje wariata.
Przezabawne historie pamiętam z „brutalnego” zderzenia gwary śląskiej z mentalnością napływowej ludności polskiej. W mojej wsi przedszkole prowadziła Pani z „za Buga”, której matka pomagała w przedszkolu, ucząc dzieci np. kolęd. Była ogromnie i niemile zdziwiona, że dzieci nie chciały śpiewać „Lulajże Jezuniu” – to przecież taka piękna kolęda! Gdy swoje pretensje przedstawiła rodzicom to uzyskała ciekawą odpowiedź od jednej z matek o większej odwadze: „Czy to ten Pan Jezusinek nie miał nic innego do roboty, tylko lulał i lulał?” (dla niewtajemniczonych - po śląsku „lulał” oznacza „siusiał”).
Drugi epizod: Świeżo „wykształcona” nauczycielka z Małopolski przeprowadza egzamin poprawkowy na początku roku i spytała o życiorys Bieruta. Chłopak zaczął następująco:” „ Jak jeszcze Bierut łaził do szkoły...” i nauczycielka spadla z krzesła, chociaż każdy Ślązak przecież „łazi do szkoły”! Jako kierownik szkoły byłem obecny na egzaminie i odpowiednim działaniem – podnoszeniem i klepaniem w plecy uratowałem koleżankę od śmierci ze śmiechu. Wynik egzaminu był mimo to pozytywny.
Nie mogę więc wstawić w rozsądny sposób właściwych elementów (Ślązak, Polak, Niemiec, Czech lub coś innego) do „równania” tytułowego. Dla mnie i pewnie wielu innych trzeba by wymyślić inny algorytm, ale nie wiem jaki. Nawet nie mogę stosować wybiegu mego kumpla ś. p. Franzka Umlaufa i podać rozwiązanie - „ożarty” bo od kilku lat już nawet wina nie piję i żaden znajomy nie uwierzy w chorobę filipińską u mnie. Poza tym wprawdzie dużo podróżowałem po świecie, ale w Manili nie byłem, ani nie hodowałem tego typu konopi, tylko nasze, rodzime, na śląską „siemionkę” wigilijną a nie do palenia „trawki” wzorem premiera.
Mój los jest przesądzony, mam „przechlapane”, ale mam też kłopot przy określeniu odczuć moich dzieci. Ożeniłem się z patriotką z „za Buga” i ona jako matka karmiąca kształtowała poczucie narodowe potomstwa wychowując córki niechcący(?) prawie na szowinistki nie tylko patriotki. Pamiętam rozpacz i płacz 4-letniej córki, gdy jakiś Polak nie zdobył złotego medalu na Olimpiadzie i radość w przypadku przeciwnym. Pewnie nie ma wątpliwości co do swej przynależności narodowej (polskiej), choć wie o „cierniach” niemieckich, które w niej tkwią dzięki moim genom – nie widzi w tym żadnego problemu i na temat tego sławetnego równania pewnie powiedziałaby to samo co ja – bzdura, tu automatyzmu nie ma! Ponadto jest wielojęzyczna i ma silne kontakty z kolegami za granicą ale nie w Niemczech. Aby było śmieszniej – niemieckiego nie zna jeszcze i z kuzynami w RFN mówi po angielsku. Jeszcze zabawniejsze (w pewnym sensie) są smutne koleje drugiej córki, wychowanej w tym samym duchu przez matkę. Została zmuszona przez sytuację rodzinną do emigracji w wieku pod 50-kę i miała na kursie językowym „w nowej ojczyźnie” to samo uczucie co ja na pierwszej lekcji w polskiej szkole, tylko w drugą stronę. Tak dziwne mogą być koleje losu Ślązaków i żadne szufladkowanie nie jest nam potrzebne. Możemy mieć takie lub inne obywatelstwo, albo oba, ale pozostaniemy dwu-kulturowymi Ślązakami. Ostatnio to może nawet nie jest tak bardzo wstydliwe skoro nasz premier Tusk należy do tego klubu (przez analogię), choć nie jest Ślązakiem tylko Kaszubem.
Moją wypowiedź chcę zakończyć krótkim komentarzem do pewnej niebezpiecznej tezy mojego przyjaciela Marka – bo w stylu prezesa pewnej partii, tzn. obraźliwym – cytuję z pamięci :
„Ślązak, który przyznaje, że jest Niemcem utracił człowieczeństwo...”.
To już takie bzdury, że mógłby mi się otworzyć nóż w kieszeni, gdybym nie znał bliżej mojego przyjaciela, który gustuje w mocnych słowach, ale w gruncie rzeczy jest bardzo przyzwoitym człowiekiem. Uważam ponadto, że historia, etnografia i socjologia powinny znaleźć sobie ciekawsze zadania badawcze niż uczucia narodowe Ślązaków, które są niemożliwe do określenia. Dla znających język niemiecki mogę w celu humorystycznego zakończenia „rozprawy pseudonaukowej” cytować głęboko filozoficzny napis na skrzyni pewnego starego marynarza (nie chodzi mi o „Skrzynię Umarlaka”)..
Das Herz einer Frau,
Der Magen einer Sau,
Der Inhalt einer Worscht,
Sie bleiben unerforscht!
Nie mam zacięcia Pana Artura Andrusa i nie potrafię zgrabnie przełożyć tego tekstu wierszem. Pasuje jednak – wypisz, wymaluj do serc wszystkich Ślązaków, i polskich i niemieckich i obojnakich (ale to trzecie nie w sensie Palikotowym, tylko umownym, psychicznym). Jeden z wyrazów - „Worscht” – jest wynikiem modyfikacji wyrazu „Wurst” (kiełbasa) na skutek stosowania „licentia poetica” przez autora wiersza więc nie znajdzie się go w słowniku.
P.S. Występuje dodatkowo pewien istotny problem – traktowanie jednakowo wszystkich mieszkańców szeroko pojętego Śląska – od Zgorzelca do „przedmieść Krakowa” , nie wiem bowiem, gdzie dokładnie za Katowicami kończy się Śląsk a zaczyna Czerwone Zagłębie lub Małopolska – zdania bywają różne, czy np. Gierek był Ślązakiem? (zdaniem Warszawiaków na pewno). Czy „żydowskie” miasta typu Dąbrowa Górnicza czy Zawiercie leżą na Śląsku czy nie? W świadomości prostego ludu (który wszystko kupi) są rozbieżności na ten temat, fachowców nie pytałem. Język „Zagłębiaków” ma więcej wspólnego z gwarą górnośląską niż literackim polskim, jest może trochę bardziej śpiewny na moje ucho. Wiem jednak, że podział administracyjny niekonieczne pokrywa się zawsze z sensownym („odczuwanym”).
Piękny jest przykład Raciborza, od wieków związanego z Opolszczyzną, a jednym pociągnięciem pióra „władcy” przyklejono to miasto do Katowickiego, stało się tam kopciuszkiem wśród miast Województwa Śląskiego, a na Opolszczyźnie było praktycznie równorzędnym partnerem Nysy i Opola. Brzeg cierpi na pewną schizofrenię, nie bardzo wie czy ciążyć w kierunku Wrocławia czy Opola, szczególnie po wojnie, gdyż okolice Brzegu są zasiedlone głównie repatriantami ze wschodu tak jak cały teren aż do granicy niemieckiej. Tam równanie tytułowe artykułu „Ślązak=Polak” pewnie sprawdza się w 99%, co najwyżej mogą lekko bruździć statystyce odczucia narodowe ukraińskie, gdyż wielu wschodniaków ma i takie korzenie.
Łatwo zauważyć ogromne różnice między Śląskiem Dolnym a Górnym (rozciągającym się mniej więcej od Brzegu do Katowic). Do 1945 roku Dolny Śląsk był zamieszkały przez potomków kolonizatorów, sprowadzonych przez Vogta Bartolda, „lekko” pomieszanych z żyjącymi kiedyś na tych terenach Słowianami. Po wojnie wysiedlono praktycznie kompletnie ludność o korzeniach niemieckich i zasiedlono „ziemie obcyckane” (określenie używane przez autochtonów) dość barwną mieszanką etniczną: Repatrianci z „za Buga”, Borysławiacy jako oddzielna formacja, repatrianci z Westfalii, Belgii i Francji (przeważnie górnicy) oraz ludzie z Polski centralnej, którzy chcieli sobie nieco zmienić życie (podwyższyć standard). Dla przykładu Lwów przeniósł się do Wrocławia – przynajmniej inteligencja, tak powstał polski Uniwersytet Wrocławski. Szczególnie ciekawym eksperymentem etnograficznym był Wałbrzych, gdzie do wszystkich w/w grup etnicznych doszlusowali jeszcze Żydzi oraz resztki Niemców. Mówię o ciekawej konstelacji gdzie, będąc Górnoślązakiem, nie odczuwałem żadnej dyskryminacji, która towarzyszyła mi całe późniejsze (i wcześniejsze) życie na Opolszczyźnie. Symbioza tak licznych grup na zasadzie nieagresji i w miarę sprawiedliwego podziału stanowisk partyjnych i administracyjnych jest ewenementem pewnie na skalę światową i na pewno zasługuje na badanie przez historyków i przedstawicieli pokrewnych gałęzi nauki, a nie odczucia narodowe bliżej nie sprecyzowanych Ślązaków.
Poważne problemy z asymilacją raczej występowały (i pewnie jeszcze występują) na Górnym Śląsku i cały artykuł oraz zainteresowania dyskutantów są raczej zawężone do tego obszaru, dlatego stosowane pojęcie „Ślązak” w tym przypadku jest tak nieostre i nieadekwatne, że żadna dyskusja nie ma sensu bez niezwykle precyzyjnego zdefiniowania pojęć przed jej rozpoczęciem. W zasadzie powinno się w tej dyskusji używać pojęcia „Górnoślązak”, a z badaniem odczuć „lokalno-patriotycznych Dolnoślązaka” poczekać, aż mieszkańcy Województwa Dolnośląskiego przestaną siebie uważać za „wschodniaków” – to może nastąpić dopiero po kilku pokoleniach nowych obywateli Dolnego Śląska.
Anzeige: 1 - 14 von 14.
Sonntag, 15-03-09 12:34
Moucie proudan! Piknie ście kapowali "Inhalt" tego artikla, jeno autora szlag trafi!!!
|
|
Donnerstag, 12-03-09 22:31
E-Mail
Slicznie wasc godosz - prowda jedna - Slunzok to Polok-albo przyszywany Niemiec
|
|
Donnerstag, 05-03-09 14:37
Ja znałem - w mowie i piśmie - tylko te 2 wersje w nawiasie, słucham tę gadkę codziennie w radiu, które w "schwytzerduetschowatej" wersji nazywało się "Musigwaelle", a od niedawna się samo zgermanizowało doszczętnie i nazywa się teraz "Musikwelle". Słucha w internecie jednak obu nazw.
|
|
Donnerstag, 05-03-09 14:21
Schwyzertüütsch (także: Schwyzerdütsch i Schweitzerdeutsch) to grupa dialektów alemańskich języka niemieckiego na terenie Szwajcarii. Teraz posłużyłem się funkcją kopiuj/wklej, żeby nie było wątpliwości, że nie popełniłem jednak błędu. Po prostu wcześniej zastąpiłem "u" z "umlautem", którego nie posiadam w klawiaturze, literami "ue", co jeśli się dobrze orientuję język niemiecki dopuszcza.
|
|
Donnerstag, 05-03-09 11:47
Trochę mnie bawi, że rozgorzała dyskusja wokół „godki” śląskiej pod artykułem, gdzie ten problem ma charakter marginalny. Raczej powinno się to znaleźć pod artykułem o „języku śląskim”, który jest równie skomplikowany jak dyskusja Panów i równie cenny. Sam mogę tu wystąpić w roli dziecka z baśni Andersena (?) „król jest jakiś tam”, choć nie jest to może najszczęśliwsze skojarzenie – chodzi mi wyłącznie o świeżość spojrzenia naiwnego dziecięcia na ten temat a nie zdyskredytowanie krawców. Mowa śląska nie jest w zasadzie moim językiem ojczystym, zresztą nawet nie wiem, jaka jest poprawna definicja „języka ojczystego”. Czy jest to język, jakim posługuje się ojciec, czy jakiego nauczył syna? Często żartowałem, ze mam język „ojczysty” i „macierzysty” (Muttersprache), choć jest to idiotyzm, bo zarówno ojciec jak i matka znali i niemiecki i polski – choć niekoniecznie przed rozpoczęciem nauki w szkole. Ze mną – „z dzidziusiem” i później - rodzice rozmawiali tylko po niemiecku, nawet nie wiedziałem czy ojciec umie po polsku, matkę słyszałem rzadko w rozmowie z sąsiadką, słabo znającą niemiecki, która była zawsze pośmiewiskiem dla nas. Tym niemniej znam bardzo dobrze „śląski” – kak zwał tak zwał, i jako niefachowiec, tylko na bazie intuicji mam może trochę inne odczucia niż ludzie tak obeznani w tej dziedzinie co Pan Jerczyński, który faktycznie zabłysnął erudycją – chapeau bas! Niektóre przykłady nawet rozumiem, część się zgadza z moimi doświadczeniami, ale pisownia szwajcarskiego jest chyba trochę inna niż w wpisie. Chciałbym w tym miejscu potwierdzić spostrzeżenie, że nazwisko nie mówi nic o odczuciu narodowym. Znałem górnika Kowalskiego, który do śmierci umiał po polsku tylko „bardzo topsze”. Cudowna była jego rozmowa z lekarzem, gdy ten go pytał m. in. o „wiatry” i podobne sprawy i cały czas tylko usłyszał „bardzo topsze” – diagnoza była fatalna po takim wywiadzie. Inny przykład z życia wyższych sfer : Znany polski krytyk Kleiner chwalił się, że jest bardzo znanym człowiekiem poza granicami kraju. Dowód? „Gdy przechadzałem się wieczorem po Berlinie, piękna dziewczyna powiedziała do mnie: „Komm mal Kleiner!””.
Na konie uwaga do wszystkich Panów „poniższych”. Jestem niestety Ślązakiem - nie z mojej winy, ale nieco wynarodowionym, jak pietruszka wyrwana za nać z ziemi, mało znam się na sprawach śląskich, nie przeczytałem praktycznie niczego na ten temat i ruchy typu RAŚ, lub „separatystyczny” albo Krollowe mniejszości nic mi nie mówią, więcej wiem o separatystach baskijskich. Jestem w takim wieku, że też i nie nauczę się już niczego nowego „ bei mir ist Hopfen und Malz verloren”, choć śledzę z sympatią działania patriotów lokalnych i życzę im sukcesów. Nie wiem tylko czy życzenie sukcesu wszystkim ma sens, abym nie powtórzył błędu drzemiącego sędziego arabskiego, który obu stronom sporu przyznawał rację, a na cichą uwagę pomocnika „Panie, obaj nie mogą mieć racji” odpowiedział - „ty też masz rację”.
|
|
Mittwoch, 04-03-09 19:40
E-Mail
Uściślę kilka rzeczy. Jestem autorem kilku prac historycznych: Historia Narodu Śląskiego (wyd. I 2003, wyd. II uzupełnione i poprawione 2006), Orędownicy niepodległości Śląska (2005), Śląski ruch narodowy (2006), Krótka retrospekcja historii Śląska (broszura 2007), Józef Kożdoń - przywódca Ślązaków (nieopublikowana) i którąś z tych prac abel uważa za nieobiektywną. Od 2007 nie jestem już działaczem Ruchu Autonomii Śląska, od października 2008 jestem sekretarzem głównym Śląskiego Ruchu Separatystycznego (zarejestrowany w Krajowym Rejestrze Sądowym). Mam nadzieję, że wyjaśniłem kim jestem. Tak jak pisałem kwestia, czy śląski jest dialektem języka polskiego, czy odrębnym językiem jest nierozstrzygalna na gruncie językoznawstwa, bowiem wszystko zależy od przyjętych kryteriów lingwistycznych, a te nie są jednoznaczne. Decydująca jest więc wola użytkowników, a ta też nie jest jednoznaczna, chociaż odnoszę wrażenie, że większość użytkowników uważa śląski za odrębny język. Faktem niepodważalnym jest, że języki, dialekty i narzecza zdominowane przez języki państwowe, zwłaszcza pokrewne, zostają przez te języki wyparte. Jedynie oficjalne podniesienie do rangi równoprawnego języka może je ochronić, ale wcale nie musi (vide wymierający dolnołużycki). Odrębności Śląska dowodzić nie trzeba, natomiast chęć ochrony naszego języka jest zupełnie naturalna.
|
|
Mittwoch, 04-03-09 15:11
Panie Jerczyński, absolutnie zgadzam się z panem w sprawie nazwiska. Abel przesadził. Nie mam komentarza na jego inne wątki bo spraw tych nie znam. Wiem, że pan Jerczyński ma jakąś historię z którą abel się nie zgadza ale to nie jest tu tematem.
Dziękuję też za wykład o gwarach, dialektach i językach. Pana konkluzje zgadzają się to z moim rozumieniem tematu. Dodam tylko uwagę, że klasyfikacyjne dywagacje np. czy Afrikaans jest dialektem holenderskiego, dla większości ludzi nie mają znaczenia. Są to akademickie spory bez większego wpływu na życie normalnych ludzi. Natomiast debata na temat śląskiego jest bardzo emocjonalna dla szerszej rzeszy niż li tylko kręgi akademickie i językoznawcze. Jest tak dlatego, że niektórzy widzą w statusie tej mowy dowód na WIĘKSZĄ odrębność Śląska. Osobiście ten dowód ma wątpliwą wartość i według mnie nie jest potrzebny. Nie mam interesu ani po jednej ani po drugiej stronie sporu i uważam, że najlepiej zostawić sprawę specjalistom. Czy język Śląski się zachowa albo raczej rozprzestrzeni się w powszechnym użyciu zależy bardziej od czynników ekonomicznych niż jego statutu prawnego.
|
|
Mittwoch, 04-03-09 08:48
E-Mail
Wbrew poniższej sugestii nazwiska zmieniać nie zamierzam. Podczas kampanii plebiscytowej na Górnym Śląsku niemiecki komisarz plebiscytowy nazywał się Urbanek, a jednym z bardziej znanych niemieckich agitatorów był ks. dr Nieborowski. Po stronie polskiej agitował dr Borth, a polskimi powstańcami dowodził płk Zenkteller. Jak widać niezgodność brzmienia nazwiska z deklaracją narodową nie jest niczym nowym, ani dziwnym. Ciągle słyszę, że moja wizja historii jest nieobiektywna, jakby to, co napisano wcześniej było takie obiektywne. Jednak żadnych konkretnych zarzutów nikt nigdy nie sformułował.
W kwestii różnic język-dialekt-gwara odpowiadam. Nawet poloniści twierdzą, że mówienie o gwarze śląskiej jest błędne. W pracach naukowych piszą więc o gwarach śląskich w liczbie mnogiej lub dialekcie śląskim. Język lub dialekt jest osią sporu nie rozstrzygalnego na bazie lingwistycznej. W przypadku języków do siebie podobnych decyduje wola użytkowników danego języka i decyzje polityczne zgodne z tą wolą lub nie. W ten sposób język morawski stał się dialektem czeskiego, a flamandzki i holenderski dialektami niderlandzkiego. Odwrotnie język serbsko-chorwacki podzielił się na serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski, a co najciekawsze podziały te idą w poprzek tradycyjnych dialektów południowo-słowiańskich, a wszystkie te języki standardowe bazują na jednym i tym samym dialekcie sztokawskim. Język norweski jeszcze w XIX w. uchodził za dialekt duńskiego (Norwegia należała do Danii), chociaż jest bliżej spokrewniony ze szwedzkim. Plattdeutsch jest dialektem niemieckim, chociaż genetycznie jest najbliższy niderlandzkiemu, nie standardowemu niemieckiemu. Afrikaans jeszcze do dziś przez część językoznawców jest klasyfikowany jako holenderski dialekt, chociaż jest językiem urzędowym Republiki Południowej Afryki. Gdyby Szwajcarzy chcieli mieć własny język to by go mieli, Schwyzertueuetsch (uznawany za dialekt helweto-niemiecki) należy do grupy alemańskiej i jest najbliżej spokrewniony ze szwabskim (uznawanym za niemiecki dialekt) i alzackim (skodyfikowanym jako odrębny język). Tak właśnie postąpili Luksemburczycy, kodyfikując Letzebuergesch, dziś pierwszy język urzędowy Luksemburga, dawniej luksemburski dialekt niemieckiego. Gdyby języki łużyckie i wymarły połabski występowały na obszarze państwa polskiego uznano by je bez wątpienia za polskie dialekty, tak jak kiedyś kaszubski i śląski. Bezsporną odrębność kaszubskiego zapewniają mu cechy językowe nie występujące w dialektach polskich. Ze śląskim jest ten problem, że jego gramatyka jest w dużym stopniu wypadkową sąsiednich dialektów wielkopolskiego i małopolskiego (wskutek czego przez polonistów jest klasyfikowany jako polski dialekt). O jego odrębności świadczy wymowa i słownictwo zupełnie nie przystające do polskich dialektów, stąd część językoznawców klasyfikuje go jako odrębny język np. renomowana amerykańska Slavonic Encyclopedia (Joseph E. Roucek editor), New York 1949, pages 1149-1151 Ewald Osers, Silesian Idiom and Language. Myślę, że wyjaśniłem dogłębnie.
|
|
Dienstag, 03-03-09 10:56
Pan Jerczyński powinien zmienić swoje nazwisko, bo wprowadza ludzi w błąd ( "strasznie" polsko brzmiące). Każdy mówi o takiej historii jakiej chce ( panowie z Ruchu Autonomii Ślaska sa w tym mistrzami :))P. Jerczyński ma swoją "ideologię", i chce z niej zrobić "jedynie słuszna historię". Za bardzo tendencyjna by jednak ona była...niestety.
|
|
Montag, 02-03-09 16:00
Dość późno wczoraj zauważyłem poniższą, skąd inąnd słuszną lecz trochę zbędną uwagę pana Jerczyńskiego do artykułu pana Golly. Zbędną? Tak trochę nadmiarową, ponieważ sam autor, pan Golly praktycznie to samo stwierdził już wcześniej o Zagłębiu Dąbrowskim choć w trochę innych słowach. Nie znając pana Jerczyńskiego odnotowałem jego wpis rutynowo w pamięci bez żadnej wewnętrznej rozterki lub euforii a dzisiaj widzę entuzjastyczne wyrazy uznania i zachwytu oraz laudacje sypiące się na niego ze wszystkich stron (może „ze wszystkich" to przesada ale „z kilku" to prawda). Historyk i S'\lunsok są w siódmym niebie, niemal szczytują. Hm, z tego płyną dwa wnioski:
1. Pan Jerczyński jest osobowością o kultowym statusie;
2. Historyk i S'\lunsok po raz pierwszy usłyszeli o Zagłębiu Dąbrowskim mimo ogólnie dostępnych informacji ten temat. (Informacje na temat Zagłębia Dąbrowskiego o których pisze pan Jerczyński nie są ani kontrowersyjne ani ogólnie nieznane).
3. O, jeszcze jedna możliwość to jest ta że oba stwierdzenia powyżej wzajemnie się nie wykluczają.
Co do definicji gwar i języków jestem dyletantem, niezorientowanym w zawiłych niuansach. Dla dyletanta jak ja zachodzi pytanie, czy jeśli język śląski może być zakwalifikowany jako język miast gwara w sposób nie podlegający wątpliwości i naukowy, to czy w Niemczech wśród niemiecko języcznych ludów nie można by, używając tych samych kryteriów i wyróżniać np. język bawarski, ruhr'ski, z pewnością szwajcarski, austriacki, itd.? Panie Jerczyński lub inni eksperci, proszę o pomoc: Jaka jest tu różnica? Używając matematycznych operacji pana Golly dla sformułowani mojego pytania: dlaczego polski=NIE=śląski a np. bawarski=niemiecki?
Zgadzam się natomiast, że "Język nie jest tu żadnym wyznacznikiem narodowości". Opieram to na własnych obserwacjach "na zdrowy rozum": Szwajcarzy nie są Niemcami, Irlandczycy nie są Anglikami ani nie są też nimi Szkoci.
|
|
Montag, 02-03-09 15:53
Urzekło mnie pewne rosyjskie porzekadło (z przed rewolucji): „On n’est jamais mieux servi, que par soi même”! Może się komuś wydawać, że taki rosyjski do złudzenia przypomina inny język, ale gdzie przebywali na ogół - i gadali - bogaci Rosjanie przed rewolucją? W Monte Carlo - i tam się tak właśnie mówi. Stosując się do tej mądrej zasady, uzupełniam moją własną wypowiedź na temat „brutalnego” zderzenia mentalności wschodniaków z gwarą śląską.Istniały jednak też godne zapamiętania procesy odwrotne, o których chcę wspomnieć. W pierwszej klasie liceum mój kolega, który okropnie „ślązaczył” miał recytować znany wiersz o zdobyciu Granady. Profesor wcześniej zasugerował mu, aby wymawiał zawsze inaczej niż sądzi, jak według niego ma być. Kolega pochodził ze wsi, w której ludzie „syceli”, tzn. mówią np. „mys” zamiast „mysz” itp. Wynik recytacji (po zastosowaniu rady profesora) był taki: „Jus w grużach lezą Maurów poszady...”, dalej już nie recytował z powodu ogromnej wesołości słuchaczy.
Kilka zdań o wpisie- komentarzu Pana Jerczyńskiego.
Jak to dobrze, że nie mam nic wspólnego z takimi dziedzinami nauki jak historia, geografia polityczna itp. Mogę wiec mieć luki w wiadomościach z tych dziedzin i z dziecięcą naiwnością „gdybać”. Spróbuję odnieść się do niektórych uwag pana Jerczyńskiego o charakterze naukowym. Zacznę od „sprostowania” na temat Śląska, jego granic i podziału. Przecież przyznałem się z rozbrajającą szczerością, że nie mam pojęcia, gdzie dokładnie ludzie nie uważają siebie już za Ślązaków gdy wędruje się z Katowic do Krakowa. Ucieszyło mnie (mam widać intuicję zastępującą czasem wiedzę), gdy zatrzymałem się na wszelki wypadek przed Krakowem, a Pan J. nawet to udokumentował – choć było to dawno. Podobnie „mój” podział Śląska jest arbitralny i odnosi się do mojej wiedzy długo po plebiscycie, kiedy miasta na Opolszczyźnie już ochłonęły z walki o powrót Śląska do Macierzy (mój rok urodzenia 1933, data nieco świadomego spojrzenia na świat - noc mobilizacji ojca 31. sierpnia 1939, potem już zupełnie świadomie spoglądałem na świat, wojna przyspiesza dojrzewanie umysłowe). Podczas plebiscytu mój ojciec chodził dopiero na „zolety” do mojej mamy, jeszcze panienki – i to w laczkach, co zostało historycznie udokumentowane świadectwem ówczesnych współplemieńców (stryjek i ciotki).
Nadal upieram się przy tym, że przeciętny Warszawiak uważa Gierka za Ślązaka, (byłbym ciekaw wyniku odpowiedniej ankiety) choć miałem szwagra z Dąbrowej Górniczej a może Zawiercia?, który czuł się Francuzem (repatriant), a nie Ślązakiem i odróżniam w zasadzie Czerwone Zagłębie od reszty świata. Zapewne Pan J. wie lepiej co jest grane.
Mam jednak nadal niejasność w „temacie” - „język”, „gwara” itp.. Fachowcy – politycy i „miodkopodobni” nie mogą uzgodnić, czy „gadanie” śląskie to gwara, język czy tylko niepotrzebne zawracanie głowy, dlatego ja maluczki, używałem na ogół pojęcia „mowy śląskiej”, a fakt, że ŚLĄZACY CZASEM MÓWIĄ ZOSTAŁ DOWIEDZIONY CHOĆBY PRZEZ KUTZA I MORCINKA – choć tego drugiego już nie pamiętam i mogę się spotkać z zarzutem, że nie mówił tylko pisał (nie wychodzi wtedy paskudny akcent). Z wypowiedzi Pana J. wynika miła dla wielu nobilitacja tego pojęcia bo między wierszami pisze o „języku śląskim” cokolwiek miałoby to znaczyć, gdyż próby usankcjonowana tego „sposobu porozumiewania się oralnego” nazwą – i konsekwencjami – języka są cały czas torpedowane przez władze w Warszawie. Nie chcę tu wspomnieć o „ciulach” Kutza, bo znam wielu przyzwoitych Warszawiaków.
Poza tym mogę tylko podziękować Panu J. za próbę przeczytania moich rozważań - pseudonaukowych z założenia - i podziękować za wskazanie prawdziwych granic mojego „Heimatu”, niestety mogę tylko jeździć palcem po mapie, bo już nie jestem w stanie przebiec obok granicy w ramach rozrywek krajoznawczych.
|
|
Sonntag, 01-03-09 22:58
Brawo p. Jerczynski. Nareszcie jakis ludzki wpis, a nie ciagle obrzucanie sie blotem. Wiecej takich wpisow
|
|
Sonntag, 01-03-09 21:11
E-Mail
Kilka sprostowań. Zagłębie Dąbrowskie nie jest Śląskiem, więc Gierek nie był Ślązakiem. Śląsk docierał niemal do rogatek Krakowa do XV w. Księstwo Zatorskie zostało wówczas podbite przez Jagiellonów, a w 1564 inkorporowane do Rzeczpospolitej. Współczesne wschodnie granice Śląska są dosyć łatwe, bowiem opierają się na linii rzek Brynica, Przemsza, Wisła, Biała i były niezmienne od XV w. do 1941 r. Dzielenie Górnego Śląska na katowicki-polski i opolski-niemiecki jest o tyle absurdalne, że podczas plebiscytu 85% mieszkańców Katowic głosowało za Niemcami, a 51% mieszkańców powiatu strzeleckiego za Polską. Gwara to odmiana języka ogólnonarodowego o niewielkim zasięgu terytorialnym, ograniczonym do kilku, kilkunastu wsi (np. gwara łowicka) lub centrum jednego miasta (np. gwara warszawska). Można więc mówić o gwarze koniakowskiej dialektu jabłonkowskiego języka śląskiego lub gwarze kurpiowskiej dialektu mazowieckiego języka polskiego, ale nie gwarze śląskiej, podobnie, jak całej potocznej polszczyzny nie nazywa się gwarą polską. Z opcji narodowych Ślązaków mówi się o polskiej i niemieckiej, zapominając o czeskiej, najpowszechniejszej na czeskiej części Górnego i najistotniejszej moim zdaniem śląskiej. Język nie jest tu żadnym wyznacznikiem narodowości, bowiem Ewald Latacz mówił tylko po niemiecku, a jednak chciał niepodległości Górnego Śląska, głosząc, że Górnoślązacy są odrębnym narodem. To tak w telegraficznym skrócie.
|
|
Montag, 23-02-09 15:26
E-Mail
Panie Antoni, dziękuję za ten artykuł. Kiedyś powiedziałem i nadal to podtrzymuję, że osobiste przeżycia jak te zawarte w Pańskim tekście, są niesamowicie wartościowe. Dla mnie są to szczególnie interesujące rzeczy. Daje mi Pan wgląd w duszę i głowę Ślązaka zawieszonego w realiach geograficznych, historycznych, narodowych i kulturowych. Bohater Pana opowiadania bierze życie takim jakie ono jest i czyni z niego jakiś sens.
Wolę to od wyliczania win, kategoryzowania ludzi i nacji, izolowania czasów i dystylowania prawd. Pana tekst jest czymś bardzo pozytywnym i autentycznym. Mimo że nie miałem już tu więcej pisać, postanowiłem złamać moje postanowienie aby wyrazić entuzjastyczną aprobatę dla Pana tekstu.
|
|
|
|