Dr. Tomasz Kamusella - Orwell w Opolu
Dawno, dawno temu, kiedy uczęszczałem do drugiej klasy kozielskiego liceum, wraz z moim przyjacielem, Piotrkiem, słuchaliśmy antyreżymowej stacji Radio Wolna Europa. Nadawała z efowskiego Monachium, a była zagłuszana na polecenie komunistycznych władz w Warszawie. W roku 1984 radio to w formie odcinków prezentowało polskie tłumaczenie antyutopijnej powieści Erica Arthura Blaira (piszącego pod pseudonimem George Orwell) z roku 1948, zatytułowaną Rok 1984.
Dla mnie i Piotrka książka ta zdała się wiernym, choć przejaskrawionym, opisem rzeczywistości Peerelu, w którym się urodziliśmy i zostaliśmy wychowani. Z wypiekami na twarzy do głośnika radioodbiornika przystawiliśmy kasetowego Grundiga i nagrywaliśmy. Potem przez kalkę, w trzech egzemplarzach, przepisywaliśmy cenne słowa nadziergane na taśmę w kasetach. W ten sposób odkryliśmy zasadę samizdatu, z którym zetknęliśmy się dopiero dwa lata później, na studiach. Po dwóch – trzech odcinkach straciliśmy zapał, tak potrzebny samizdatowym wydawcom, i tylko słuchaliśmy.
W roku 1986 mój Fater pojechali na delegacja do Rajchu, coby zaopatrzyć w Siemenowskie łopatki rozlatujące się ze starości turbiny w na kraftwerku Elektrowania Blachownia. Posłali mego Fatra na Zachód, gdzie wciąż można było wybrać wolność, bo na kraftwerku pośród kadry kierowniczej jeno łon poradził godać po miemiecku – przeca aż do czwartej klas podstawówki chodził do miemieckiej szkoły w Michalkowitz, dzisiaj dzielnicy Siemianowic Śląskich. Inaczej pojechałby jaki członek Partii jedynej i słusznej. Fater wrócili curük do schlonskiego hajmatu, nale przemycili dla mnie z wrażego Zachodu parę książek SF w angielskich oryginałach, w tym i sławny 1984 by Orwell.
A u Orwella stało, że „wojna to pokój”, jak i na po komunistycznemu czerwonych banerach, które permanentnie wisiały po Polsce całej z popularnym sloganem: „Walczymy o pokój”. Brzmiał silnie i dobrze, zwłaszcza w czasach stanu wojennego oraz interwencji sowieckiej w Afganistanie. Główny bohater powieści Orwella, Winston Smith, zatrudniony w Ministerstwie Prawdy (czyli Kłamstwa, Propagandy, czy też w dzisiejszej nowomowie – Piaru) zajmował się przepisywaniem na nowo dokumentów archiwalnych, tak by dopasowywać obraz przeszłości do ideologicznych potrzeb dnia dzisiejszego, wyznaczanych przez Partię. Najwięcej czasu poświęcał na wymazywanie z archiwaliów i starych roczników gazet nazwisk prominentnych osób, które w międzyczasie za przestępstwo myślozbrodni, zostały ewaporowane.
Ministerstwo Prawdy w Opolu
Ktoś zapyta: „A co ta historia ma wspólnego z Opolem? Przecież komunizm upadł dwadzieścia late temu, i teraz żyjemy w demokratycznym i praworządnym kraju, w którym nie ma już sytuacji jak z Orwella.”
Czyżby? Wielu z mych studentów na Uniwersytecie Opolskim, którzy urodzili się zaraz przed upadkiem komunizmu, i otrzymali wykształcenie już w wolnej Polsce, jest przekonanych, że Opole to odwiecznie polskie miasto piastowskie. Jeśli w ogóle, to mają tylko mglistą świadomość, że przed 1945 rokiem to było niemieckie Oppeln, ale nawet w takim wypadku utrzymują, że większość przedwojennych mieszkańców mówiło po polsku. Jakoś nigdy ich nie zastanawiało, że po tych polskomówiących, czyli przedwojennych Polakach opolskich nie ma ni śladu we współczesnym Opolu, jako że dziadkowie, lubo pradziadkowie studentów najczęściej przyjechali do Oppeln na Opole zmienionego z Kresów zagarniętych przez Związek Sowiecki i Polski centralnej. W kuriozalnym przypadku, jeden ze studentów, pochodzący z Brzegu (czyli Brieg do roku 1945), utrzymywał, iż jego rodzina mieszkała tam z dziada pradziada i zawsze mówiła po polsku, bo przecież „wszyscy w Brzegu zawsze mówili po polsku”.
Jakież to Ministerstwo Prawdy zapomniało w głowach mych studentów, że po rok 1945 obszar dzisiejszego województwa opolskiego wchodził w skład Landu Prusy zawartego w granicach Niemiec? Tym ministerstwem jest system szkolnictwa, który dwie dekady po wyprowadzeniu z Sejmu i sal rządowych partyjnych sztandarów Peerelu, wciąż naucza mitów odwiecznej polskości na Piastowskich Ziemiach Odzyskanych, mitów wypracownych w dobie narodowego komunizmu. Od podstawówki po liceum nie można się dowiedzieć, że Ziemie Odzyskane, to deutsche Ostgebiete Niemcom zabrane, i że Kraków czy Warszawa też onegdaj były piastowskie, choć tam tej piastowskości jakoś teraz szczególnie się nie celebruje. Tysiące nauczycieli zatrudnionych przez Ministerstwo Prawdy na etatach Winstona Smitha właśnie w ten sposób przepisuje przeszłość, zgodnie z wytycznymi odwiecznej polskości, które wpaja się im w toku studiów uniwersyteckich.
Skuteczność działań Ministerstwa Prawdy jest tym większa im niedawniej zaszły wydarzenia niezgodne z obowiązującą wykładnią. Na przykład, w roku 1945 Związek Sowiecki przekazał powojennej Polsce większość okupowanych przez siebie niemieckich obszarów na wschód od linii Odry i Nysy Łużyckiej. W układzie poczdamskim z tego samego roku Alianci zachodni przystali na decyzję Kremla, jednak z zastrzeżeniem, że ziemie te przekazano pod tymczasową administrację administrację polską, do ostatecznego zatwierdzenia na ogólnoświatowej konferencji pokojowej. Do zorganizowania której nigdy nie doszło z powodu wybuchu zimnej wojny w roku 1948, kiedy to Stalin zarządził blokadę lądową Berlina Zachodniego.
Sprawa polskiej granicy zachodniej pozostawała otwarta aż do upadku komunizmu, gdy zakończono zimnowojenne zmagania. W traktacie 2 + 4, zawartym w 1990 roku między dwoma państwami niemieckimi oraz sojusznikami z czasów II wojny światowej, ostatecznie potwierdzono tymczasowe ustalenia układu poczdamskiego. Ponadto zobligowano Niemcy do zawarcia traktatu granicznego z Polską, ostatecznie i wiążąco w świetle prawa międzynarodowego potwierdzającego granicę na Odrze i Nysie. Traktat ten zawarto także w roku 1990, jednak Warszawa wymusiła na Kremlu pozostawienie na obszarze Polski oddziałów Armii Czerwonej aż do momentu ratyfikacji obydwu traktatów, jako gwarancji integralności terytorialnej Polski. Obydwie ratyfikacje uskuteczniono pod koniec roku 1992, dlatego wojska sowieckie opuściły Polskę dopiero w roku 1993.
O faktach tych się nie naucza, nie pisze, nie mówi. Opolskie Ministerstwo Prawdy tak skutecznie je zapomniało, że przypomnienie ich w Glosariuszu regionalnym Województwa Opolskiego w roku 2004 doprowadziło, na wniosek Urzędu Marszałkowskiego, do zniszczenia całego nakładu książki. Paradoksalnie prym w nagonce na autora, który śmiał wspominać o tych faktach ewaporowanych z podręczników i pamięci przez Ministerstwo Prawdy, wiódł Wicemarszałek Ryszard Galla, publicznie nawołujący do spalenia wszystkich egzemplarzy Glosariusza; i Uniwersytet Opolski, który oświadczył, że „teorie [autora Glosariusza] nie mają nic wspólnego z prowadzonymi na uniwersytecie badaniami i są nam całkowicie obce”.
Ktoś by pomyślał, że wicemarszałek sprawujący urząd z ramienia Mniejszości Niemieckiej winien znać fakty, a uniwersytet powinien być miejscem, gdzie się o nich dyskutuje, a informacje o tych faktach przekazuje studentom. Lecz wtedy przerwano by nić jedynej słusznej prawdy, a ci co porobili kariery na różnych szczeblach Ministerstwa Prawdy musieli by się pożegnać z eksponowanymi stanowiskami, lub chociaż z własnymi poglądami tak słusznymi, iż ważniejszymi od samych faktów.
Nic więc dziwnego, że ministerstwo prawdowy consensus musi wciąż trwać.
Na piastowskim rynku w piastowskim Opolu stoi piastowski ratusz. Jakże on o-polski. Jednak ratusz ten, będący deczko pomniejszoną kopią florenckiego Palazzo Vecchio, wzniesiono w roku 1864 w państwie Prusy, nad którym panowali wtedy Hohenzollernowie. Służył on miastu Oppeln, kiedy znajdowało się ono w państwowych granicach Prus, potem Cesarstwa Niemieckiego, a następnie Republiki Niemieckiej, od roku 1933 nieoficjalnie zwanej Trzecią Rzeszą (a oficjalnie znów Cesarstwem Niemieckim, i od roku 1943 – Cesarstwem Wielkoniemieckim). Piastom nigdy się nie śniło o tym ratuszu, nie mówiąc o jego wznoszeniu.
Lecz po roku 1945, już w polskim Opolu niemiecki, lub dokładniej – prusko-niemiecko-florencko-włosko-europejski – ratusz ten musiał stać się piastowskim, ergo polskim, zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Prawdy. Wszystko co niemieckie i jakoś niepolskie zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraz z powrotem Śląska Opolskiego do Macierzy. I to tak skutecznie, że zapomniano, iż Śląsk Opolski stanowił zachodnią i środkową część historycznego Górnego Śląska, a Oppeln pozostawało historyczną i administracyjną stolicą tego regionu aż do roku 1938. Dlatego, kiedy w roku 1994 powołano do życia uniwersytet w Opolu, padła propozycja by nazwać go Dolnośląskim Uniwersytetem Piastowskim. I to nie pomyłka w historyczno-geograficznym przypisaniu uczelni do Dolnego Śląska spowodowała odrzucenie tej nazwy, lecz analnie kojarzący się skrót DUP.
Powracając do ratusza – jako siedziba władz prastarego miasta piastowskiego, odwiecznie o-polskiego, stał się on jednym z głównych osi słusznej narodowo-komunistycznej symboliki wypracowanej przez Ministerstwo Prawdy. Po wkroczeniu polskiej administracji do Oppeln z marszu przemianowano miasto na Opole. Uczyniono to bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, co było nie do pomyślenia nawet w totalitarnej Trzeciej Rzeszy. (Na przykład, w ramach akcji germanizacji zbyt słowiańsko brzmiących nazw miejscowych na Górnym Śląsku, rozpoczętej w roku 1933, mieszkańcy musieli przynajmniej formalnie wystąpić o taką zmianę i następnie ją zaaprobować.) Sam ratusz „oczyszczono” z druków i napisów niemiekojęzycznych, czyli „śladów niemieckości” lub „niemieckiej fasady”, jak mawiano w języku epoki. Ponadto do chwili obecnej na eksponowanych murach ratusza zawisło dziesięć tablic patriotyczno-symboliczno-upamiętniających. Trzy odsłonięto w okresie Peerelu, a dalsze siedem po upadku komunizmu. Z tych siedmiu trzy odsłonięto w latach dziewięćdziesiątych, a już cztery w pierwszej dekadzie XXI stulecia.
Powyższa statystyka wskazuje na intensyfikację uprawiania polityki historycznej. Termin ten ukuty na wzór niemieckiego Geschichtspolitik, jako żywo określa czym zajmuje się Ministerstwo Prawdy – bezustanną reinterpretacją, manipulacją, a nawet zmienianiem (czyli fałszowaniem) przeszłości w zgodzie z potrzebami dnia dzisiejszego. Przez czterdzieści cztery lata komunizmu na opolskim ratuszu zawisły trzy tablice, czyli jedna prawie co lat piętnaście (w tym aż dwie w roku 1967). W pierwszej postkomunistycznej dekadzie pojawiły się trzy nowe tablice, czyli jedna co trzy lata. Za to w okresie pierwszych ośmiu lat nowego wieku częstotliwość obwieszania ratusza tablicami zwiększyła się do jednej co dwa lata.
Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, w poniedziałek 15 grudnia 2008 roku nastąpił skok jakościowy w wykonywaniu o-polskiej polityki historycznej. Po cichu, bez niepotrzebnego niepokojenia mass mediów, jak i bez spytanie o zdanie Mieszkańców Miasta Opola, usunięto najstarszą z tablic, którą właśnie mieszkańcy ci ufundowali w roku 1955 „Dla upamiętnienia X rocznicy wyzwolenia miasta Opola z niewoli narodowej i społecznej przez Armię Radziecką i Wojsko Polskie”. A jeszcze całkiem niedawno, bo w styczniu 2005 roku Wojewoda Opolski, Elżbieta Rutkowska, przewodniczyła obchodom wyzwolenia Opola przez Armię Czerwoną.
Skąd teraz ta skryta zmiana wprowadzona bez żadnego poszanowania dla demokratycznych procedur? W świetle faktów nie można mówić o żadnym wyzwoleniu Opola w roku 1945. Wtedy na gruncie prawa międzynarodowego Oppeln znajdowało się w granicach Niemiec, tak więc, kiedy zostało zajęte przez Armię Czerwoną, to znalazło się pod sowiecką okupacją. Poza tym nie wyzwala się substancji architektonicznej tylko ludzi, ale jeśli chodzi o mieszkańców Oppeln, to w ogromnej większości, w ramach powojennych czystek etnicznych, wygnano ich jako Niemców na zachód od linii Odry i Nysy, za nielicznymi wyjątkami tych, których w upokorzającym procesie weryfikacji narodowej uznano za osoby polonizowalne. Następnie okupacyjna administracja sowiecka oddała Oppeln pod okupację polską, którą układ poczdamski formalnie przemianował na tymczasową administrację polską. W międzyczasie już polskie Opole zasiedlono polskimi wygnańcami z Kresów i osadnikami z Polski centralnej, którzy wraz z potomkami tworzą gros mieszkańców tego prastarego grodu piastowskiego.
Tak więc to na pewno nie ich wyzwoliła Armia Radziecka i Wojsko Polskie w styczniu 1945 roku, chciaż dziesięć lat później, to oni właśnie postanowili uczcić ten fakt, który nigdy nie miał miejsca. A teraz sama władza, nie wdając się w niepotrzebne dyskusje z mieszkańcami, zadecydowała za nich, i tablicę usunęła. A może miast usuwać i twierdzić wbrew pamięci i faktom, że czegoś nie było, chciaż ponad pół wieku tam wisiało, lepiej by zrobiono zapraszając mieszkańców do dyskusji, jak równy z równym. Wypracowano by wtedy jakiś consensus co robić z niechcianymi artefaktami historii. Na przykład miast tablicę usuwać, można by ją opatrzyć eksplikacyjną ko-tablicą wyjaśniającą kontekst jej powstania i funkcji ideologicznej. Przecież we Włoszech, na budynkach postawionych w okresie władztwa Mussoliniego ciągle spotyka się dumną datację kolejnych lat ery faszystowskiej, zapisywanych cyframi rzymskimi. W Niemczech by to nie przeszło, ale tam mają muzea narodowego socjalizmu, czemuż by więc nie można urządzić podobnego muzeum narodowego komunizmu w Opolu, gdzie gromadzono by artefakty, które stały się już niesłuszne, lub w inny sposób rażą uczucia i odczucia współczesnych Opolan?
A ministerstwo prawdowe, ukradkowe zmienianie pamięci o przeszłości stało się już pewnego rodzaju niechlubną normą w Opolu. Od roku 1994, praktycznie dzień w dzień, aż do 2007 roku dojeżdżałem do pracy w Opolu. Wtedy to dwa razy, tam i z powrotem, przechodziłem koło masywnej w biodrach, z ogromnymi, szpiczasto sterczącymi piersiami kobiety na byku, o rasowo-stereotypowo słowiańskich rysach. Na rozłożonych rękach faluje jej szata niczym skrzydła po erotycznemu niezbitej polskości, bezustannie zapładnianej przez męstwo i narodową upartość byka-Polaka, co nigdy nie przestał milczeć po polsku. (W oficjalnym opisie mówi się o bogini Nike na żubrze. Co komplikuje sprawę bo Nike jest bardziej grecka i europejska niż polska, a z drugiej strony, symbol żubra i żubrówki jest podobnie oraz równie często ideologicznie i komercyjnie wykorzystywany na Białorusi, jak i na Ukrainie.) Monument ten w topornej estetyce hersowo-zwalistych i mocarnych postaci, tak uwielbionych przez środkowo- i wschodnioeuropejskie totalitaryzmy XX stulecia, poświęcono „Bojownikom o polskość Śląska Opolskiego”.
Jednak kiedy monument odsłonięto w roku 1970, na XXV rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem i powrotu Śląska Opolskiego do Macierzy, to napis brzmiał „Bojownikom o wolność Śląska Opolskiego”. Domyślnie, o wolność tą bojowano wysiedlając jedną trzecią mieszkańców regionu uznanych za Niemców do powojennych Niemczech. Dwie trzecie zatrzymano w obozach (w tym i w Łambinowicach) oraz pozbawiono ich gospodarstw i mieszkań. Zatrzymanych przeznaczono do odniemczenia i repolonizacji, jako potencjalnych Polaków. Z tymi co sztuka ta się nie powiodła, lub tych, którzy mieli zbyt ładne gospodarstwa, pozbywano się przez cały okres komunizmu zezwalając im na mniej lub bardziej przymusowe i legalne wyjazdy do Rajchu. Pociągało to za sobą łączenie rodzin, tragedie ludzkie i wyjazdy kolejnych krewnych. Jak już można było wyjechać, to w nagrodę za stracone zachody polskości, należało wyprzedać za grosze cały majątek, lub go porzucić, co się wiązało z jego chętnym przejęciem przez państwo.
Dlaczego i kiedy zmieniono napis na pomniku kobiety na byku? Trudno dociec, bo faktu tego nie odnotowały gazety ni opolski Urząd Miasta czy Urząd Wojewódzki. Lecz zmiana ta pewnikiem nastąpiła cicho i bez fanfarów (tak jak i w wypadku powyżej wspomnianej tablicy, którą właśnie usunięto z ratusza) gdzieś w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. W roku 1990, po pół wieku zaprzeczania, oficjalnie uznano istnienie mniejszości niemieckiej w Polsce. Ogromna większość jej członków mieszka w województwie opolskim. Ci, których po wojnie zatrzymano tutaj jako polonizowalnych, oraz ich zstępni, pod wpływem administracyjnie zaprowadzonego odniemczania i repolonizacji, w większości stali się przekonanymi Niemcami. Nawet mimo tego, że środkami pozaprawnymi wytępiono użycie i przekaz międzygeneracyjny języka niemieckiego wśród roczników co rozpoczęły naukę szkolną dopiero po roku 1945.
W tym kontekście napis „Bojownikom o wolność Śląska Opolskiego” można było odczytać jako hołd złożony miejscowym Niemcom co tyle wycierpieli za realnego komunizmu, kiedy ich przymusowo przerabiano na Polaków, a tych co nawet zaczęli się uważać za Polaków, poważano za krypto-Niemców, fałszywych, nieprawdziwych Polaków. Na pewno na taki pomnik zasłużyli, lecz opolskie Ministerstwo Prawdy chciało utrzymać przypisanie monumentu odwiecznie miejscowym i prapolskim mieszkańcom tego piastowskiego matecznika, którzy do niego przybyli po drugiej wojnie światowej. Zapewne stąd zmiana napisu na „Bojownikom o polskość Śląska Opolskiego”. Walka z niemiecką fasadą wciąż musi trwać, boć śląskoopolscy Niemcy to Volkswagendeutsche, czyli Polacy, którzy dla paru marek (a teraz euro) zapomnieli, że są Polakami. (Jakoś nikt nie wypomina milionom Polaków wyjechanych do Wielkiej Brytanii i Irlandii, że są wyrodnymi Landroverpolakami.)
Nie dziwi więc ogłuszająca cisza braku komentarzy i dyskusji towarzysząca tak wysoce zideologizowanym zmianom na symbolicznie eksponowanych miejscach publicznych w Opolu. Za to kontrastuje z nią rwetest co kilka lat wybuchających awantur o poprawność formalno-prawną i ideologiczną pomników poświęconych poległym z okolicznych wiosek i miasteczek, którzy stracili życie w czasie obydwu wojen światowych. Prasa opolska okrzyknęła je „wojnami pomnikowymi”, a w ideologiczne zmagania zaangażowały się czynniki centralne, na czele z Andrzejem Przewoźnikiem, Sekretarzem Generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Gdyby napisy na pomnikach były po polsku, a polegli obywatelami polskimi, mniemam, że nie byłoby najmniejszego problemu. A tak Rada ta, która z urzędu winna zajmować się opieką nad miejscami walk i męczeństwa oraz upamiętnianiem faktów, wydarzeń i postaci związanych z walką i męczeństwem; de facto dąży do polonizacji i likwidacji niemieckich pomników poświęconych poległym. Większość tych najczęściej niewielkich obelisków i tablic, które cudem przetrwały ekscesy komunistycznego odniemczania i repolonizacji ukryte po stodołach i zakopane w ziemi, stoi przy kościołach i na wiejskich cmentarzach. Daleko od centralnych przestrzeni publicznych, więc Rada przy pomocy Wojewody Opolskiego wytrwale tropi te pomniki i nieustaje w wytykaniu niesłusznych treści na nich pomieszczonych. Nic to, że pomniki te bliskie sercu przynajmniej jednej trzeciej mieszkańców Opolszczyzny.
Dlaczego więc Rada milczy i nie zauważa tak ewidentnych samowolek jak zmiana napisu na monumencie Kobiety na Byku, czy likwidację tablicy na opolskim ratuszu. Czyżby była jednym z wielu ramieni Ministerstwa Prawdy, działającym zgodnie z narodowo-po-słusznymi wytycznymi, podług których umacnianie etnicznej polskości jest cacy, a tolerowanie etnicznje niemieckości be? Czyżby dlatego nie reagowała na niszczenie i dewastację niemieckich nazw miejscowych na tablicach ustawionych przy tych górnośląskich miejscowościach, w których zaprowadzono dwujęzyczne użycie takowych nazw? Czy niemiecka i pruska tradycja tej ziemi musi zostać zapomniana? Czy nie można by jej skleić z polskością na bazie wspólnej europejskości?
Przecież Kobieta na Byku bez żadnego podpisu, to nie kto inny jeno zjawiskowo piękna Europa porywana przez Zeusa pod postacią byka. Uciekają od zgiełku świata i zawiści ludzkiej oddać się temu co najsłodsze – miłości. Nie w głowie im żadni bojownicy i męczeństwo, polactwo czy niemiectwo. Uciekają długim rękom Ministerstwa Prawdy, które jak to przewidział Orwell, w imię praw słuszniejszych planowało pozbawić ludzi rodziny, miłości cielesnej i orgazmu. Odczytuję ten opolski monument jako afirmację życia wbrew wszelkim totalitaryzmom i ideologiom. Ani one, ani język w słownikach i gramatykach uporządkowany nie powstrzymają zakochanych w sobie wzajemnie kobiety i mężczyzny przed dopełnieniem aktu miłości, z którego zdroju radość i spełnienie – przyszłe pokolenia ludzkości.
Oby w ich głowach nie namieszało Ministerstwo Prawdy.
Z dziewięciu tablic, które teraz pozostały na opolskim ratuszu, dwie odsłonięte w roku 1967 poświęcone są mniejszości polskiej, która zamieszkiwała Rejencję Oppeln przed rokiem 1945. Jedna upamiętnia czterdziestą rocznicę powstania Związku Spółdzielni Polskich w Niemczech, a druga aktorów teatru polskiego w Katowicach, którzy w roku 1929, po występie gościnnym na ratuszu w Oppeln zostali pobici. Ironiczne jak zmieniają się dzieje i tożsamość – gros potomków tych, których przed 1945 identyfikowano jako mniejszość polską to obecnie mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim. Jeszcze jedna tablica, odsłonięta już po roku 1989, zarysowuje, co cenne, pewien związek pomiędzy międzywojenną mniejszością polską a powojenną rzeczywistością polskiego Śląska Opolskiego. Poświęconno ją opolskiemu inspektoratowi Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej, która stanowiła ramię zbrojne polskiego państwa podziemnego. Jednak po prawdzie, AK zaczęła realnie działać na Opolszczyźnie dopiero w roku 1945, kiedy wraz z Polakami wypędzonymi z Kresów, na teren Opolszczyzny przybyły znaczne ilości żołnierzy podziemnej AK.
Większość pozostałych tablic, wmurowanych po upadku komunizmu, upamiętnia wydarzenia związane z okresem przed rokiem 1945, które zachodziły hen daleko od Rejencji Oppeln i w żaden sposób nie dotyczyły jej ówczesnych mieszkańców. Między innymi są one poświęcone: Władysławowi Sikorskiemu, Premierowi Polskiego Rządu na Uchodźcwie, który pragnął odbudowy polskiej państwowości w granicach z 1939 roku (czyli bez niemieckiego Oppeln); oraz polskiemu pułkowi pancernemu „Skoropion”, co w ramach Armii Brytyjskiej uczestniczył w bitwie pod Monte Cassino, mając nadzieję na odtworzenie przedwojennej Polski. Kolejna tablica poświęcona orężowi polskiemu upamiętnia 10 Dywizję Sudecką. Nim stała się ona sudecką, uformowano ją pod koniec roku 1944 w Rzeszowie. Następnie ramię w ramię z czerwonoarmijcami uczestniczyła ona w walkach o Górny i Dolny Śląsk, czyli walnie przyczyniła się do zaprowadzenia polskiej władzy na tym obszarze deutsche Ostgebiete.
Dwie następne tablice pochylają się nad losem Polaków z Kresów. Jedna upamiętnia sowieckie deportacje Kresowiaków na Syberię z polskich terenów zagarniętych przez Związek Sowiecki w roku 1939. Druga wiąże ich losy ze Śląskiem Opolskim, przypominając w roku 2005 o sześćdziesiątej rocznicy wygnania ich z Kresów na Opolszczyznę.
Lecz najbardziej przemawia do mnie tablica z roku 2004, składająca hołd inwalidom wojennym. Niezależnie od narodowości, rasy, wyznania czy języka, chociaż nawiązanie do polskości tkwi w nazwie organizacji, która ufundowała ta tablicę – Związek Inwalidów Wojennych Rzeczypospolitej Polskiej. To właśnie ta tablica, pochylająca się nad losem zwykłego człowieka sponiewieranego przez wojny, najmniej dzieli a najwięcej łączy ze wszystkich tablic umieszczonych na fasadzie opolskiego ratusza. Łączy w pełnej zgodzie z Konstytucją RP z roku 1997, która definiuje Naród Polski jako ogół wszystkich obywateli RP.
Chciałoby się aby jednak była to tablica dwujęzyczna, polsko-niemiecka, a wartałoby dorzucić także trzecią wersję językową, po angielsku, aby włączyć opolskie historie w nurt narracji ogólnoeuropejskiej. Może takie otwarte i tolerancyjne podejście do wielokulturowej przeszłości stanie się nową, lepszą normą na opolskim podwórku, nareszcie wyzwoloną spod natarczywej kontroli Ministerstwa Prawdy?
A wciąż wiele pozostaje do zrobienia na polu upamiętniania cierpień, prześladowań i trudnych losów wszystkich mieszkańców województwa opolskiego. Nade wszystko, by nie dzielić językiem, postulowałbym aby w przyszłości na kommemoracyjnych tablicach umieszczano napisy co najmniej w dwóch językach regionu (polskim i niemieckim), a najlepiej także i po angielsku.
Po pierwsze, jak dotychczas, żadna z tablic nie upamiętnia losów tej części ludności, która do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku stanowiła dwie trzecie mieszkańców Opolszczyzny, czyli obecnych Niemców i Ślązaków, których w Peerelu określano greckim mianem Autochtonów. To ich rodziny i krewnych do początku lat pięćdziesiątych wysiedlano do powojennych Niemiec. Tym co chcieli pozostać na ojcowiźnie, lub którym nie zezwolono na wyjazd zakazano mówić po niemiecku, karając za takie „przestępstwo językowe” nawet zsyłką do specjalnego obozu pracy w Gliwicach. Odbierano im wzorcowe gospodarstwa oraz co lepsze domostwa i mieszkania dla oficjeli bezpieki i administracji polskiej. Przez lata wielu przetrzymywano bez wyroku w obozach, gdzie katowano i głodzono niewinnych, w tym kobiety i dzieci. Następnie zmuszano kobiety, których mężowie znaleźli się na obszarze powojennych Niemiec, o występowanie o rozwód, utrudniano łączenie rodzin, korespondencję z krewnymi w Niemczech oraz wyjazdy do Niemiec. Tych, którzy pozostali traktowano jak obywateli drugiej kategorii, praktycznie uniemożliwiając im inna karierę zawodową niż na poziomie sprzątaczki, kucharki i wykwalifikowanego robotnika.
Żydów z niemieckiego Oppeln upamiętnia głaz na ulicy Barlickiego, nieopodal Instytutu Śląskiego, ustawiony na miejscu spalonej synagogi w sześćdziesiątą rocznicę Nocy Kryształowej z roku 1938. Co dobrym prognostykiem – napis na monumencie dano po polsku, niemiecku i hebrajsku. Czyli jak się chce to można. Jednak wciąż żaden monument nie upamiętnia Żydów z Rejencji Oppeln, którzy zginęli w Holocauście; ani polskich Żydów, którzy uciekając przed pogromami w Polsce centralnej przenieśli się na Dolny Śląsk i Opolszczyznę, skąd większość wyjechała, lub została wygnana z Polski po roku 1968.
A w ogóle nie pamięta się o Romach, których na równi z Żydami Niemcy eksterminowali w Holocauście. W powojennej Polsce, jak i gdzie indziej w bloku sowieckim, od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku poczynając, przymusowo osiedlano ich w centrach starych miast, tym samym niszcząc ich tradycyjny sposób życia i skazując na los najniższej i najbardziej wykluczonej warstwy społecznej. Ani w komunizmie, ani w demokratycznej Polsce nie uważa się za słuszne wykonywać obowiązek szkolny wobec romskich dzieci czy też organizować szkolnictwo mniejszościowe w języku romskim. Od lat osiemdziesiątych nagminnie powtarzają się wystąpienia i pogromy Romów. Po roku 1989 ich wykluczenie jeszcze się pogłębiło, także o wymiar rasistowski – nikogo już nie dziwi, że na Romów mówi się „czarni”, a w szkołach próbuje się segregować ich dzieci do osobnych klas.
Czyż w zgodzie z duchem polskiej Konstytucji, demokracji oraz integracji europejskiej nie należałoby się również pochylić i zadumać nad losem i cierpieniami Niemców, Ślązaków, Romów i Żydów ze Śląska Opolskiego? Przecież region ten tak samo ich hajmatem, małą ojczyzną jak i etnicznych Polaków z Kresów i centralnej Polski oraz ich potomków. A wszyscy oni, niezależnie od języka, wiary, czy koloru skóry, to obywatele Polacy i Europejczycy. Dobrze o tym wiedzą młodzi, którzy dzięki tym liberalnym wartościom bez problemu przemieszczają się po obszarze całej Unii Europejskiej w poszukiwaniu pracy, spełnienia zawodowego i miłości. Dobrze aby wreszcie zauważyli to i włodarze z opolskiego ratusza, i w końcu zamknęli na cztery spusty Ministerstwo Prawdy, jedynej słusznej i o jakże pra-o-polskiej.
Uniwersytet Opolski&Trinity College Dublin Brighton Dyz. 2008
Nieodżałowanej pamięci mego Teścia, Antoniego Markowskiego (1935-2008), Kapitana żeglugi śródlądowej, pochodzącego spod radomskiej wioski Alojzów, który tak ukochał Górny Śląsk, że podczas wielokrotnych kursów barką po Renie nie tylko nauczył się niemieckiego, ale też stał się bardziej schlonzski niż wielu echte Schlonzoków, co nie tylko niy poradzom już godoć po swojemu, nale zapomniyli tyż szprechoć i po miemiecku.
Anzeige: 1 - 19 von 19.
Dienstag, 05-05-09 21:49
E-Mail
HMMMMMMMMMMMM- duzo słów pada w tych dyskusjach- ale nikt nie wspomina - że Niemcy to jedyny kraj , który kontestuje nasze granice - art.116 ich Konstytucji-wcale nie chcemy zapominac przeszlosci pruskiej czy niemieckiej - musimy tez wspomniec o czeskiej - DLATEGO TAK OSTROŻNIE PODCHODZIĆ NALEZY DO UROJEŃ TYCH , KTORZY UWAZAJA ZE ŚLĄZACY TO ODREBNY NARÓD-W DOMYSLE OBYWATELE RZESZY- chociaz mowia po polsku
|
|
Donnerstag, 12-03-09 13:21
Faktycznie, dyskusja jest nie tylko jałowa, ale tak długo pozostanie bez sensu, aż zostaną zdefiniowane pojęcia w niej użyte (Ślązak, Polak, śląski Niemiec, polski Ślązak, może nawet "polski Niemiec?" np. Steffen Moeller! Wbrew pozorom każdy chyba co innego ma na myśli i szukanie Yeti nie da rzeczywiście pozytywnego efektu.
Kieruję te uwagi nie do Abla, ale do wszystkich dyskutantów - sprecyzujmy przed każdą dyskusją "wartości brzegowe i początkowe" jak sie to robi w matematyce i fizyce, tzn. ustalmy definicje pojeć. Na razie wiem tylko co to Yeti, choć nie byłem w Himalajach.
|
|
Mittwoch, 11-03-09 20:53
Amen :) Dyskusja robi sie już jałowa. Pan pozostanie przy swoich "prawdach" ja przy swoich. Ślązak jest albo Polakiem albo Niemcem ( Niemcy, a zwłaszcza pseudo" Wypędzeni" Ślązaków narodowości....śląskiej przyrównują do Yeti ponoć istnieją ale nikt ich nie widział). Jeśli ci Ślązac którzy "dostawali po szwabskiej mordzie" nie potrafili gwarą mówić ( która jest zbliżona do j. polskiego) to trudno ich uznać za Ślązaków tylko śląskich Niemców a w tamtych czasach trudno było Niemców lubić ( ich dokonania były "nieludzkie). Pozdrawiam , i życzę dużo zdrowia bo ono jest najcenniejsze ( zwłaszcza jak się tyle przeżyło :))
|
|
Montag, 09-03-09 13:23
Szanowny Ślązaku narodowości polskiej!
W zasadzie nie zamierzałem się dopasować do Pańskiego poziomu inteligencji i kultury, zrobię jednak wyjątek. Musze chyba wrócić do wcześniejszych wpisów.
26-02-09. Już samo utożsamienie pogardliwego określenia niemieckiego o wszystkich Ślązakach (Wasserpollacken) z określeniem „Niemcy” (a mając „w rozumie” Ślązaków, którzy z bliżej nieznanych powodów niewystarczająco kochają Polskę), świadczy o wysokiej kulturze. Nie identyfikuję się z grupą Ślązaków pod wodzą Króla (Krolla), choć powinno mi być bliżej do niej niż do takich „polskich” Ślązaków, których Pan jest przedstawicielem. Mogę tylko powtórzyć zdanie:
„Ablu - synu Adama i pramatki Ewy – bracie Kaina-niegodziwca, naprawdę nie masz pojęcia o losie typowego Wasserpolaka!”
Jestem człowiekiem „wiekowym”, mógłbym powiedzieć jak Bartoszewski, iż jestem świadkiem dziejów, przeżyłem z trwogą i uczuciem beznadziejności „cudowny” powrót Śląska do „Macierzy”, narodziny, rozwój i upadek PRL-u i narodziny pseudo-demokratycznej III Rzeczpospolitej (i dalszych?) i tyle niegodziwości i łamania praw człowieka, pogardy i nienawiści oraz poniżenia ze strony kulturtregerów ze wschodu, ile przeżyli autochtoni w ciągu tych kilkudziesięciu lat, nie jestem nawet w stanie spisać – mimo wysokiej technice komputerowej, byłaby to powieść-rzeka i to bardzo brudna – mniej więcej jak Kłodnica w Gliwicach. Dlatego proszę nie pieprzyć z tym „kachlokiem” , za którym tak dobrze się grzali i grzeją coraz bardziej Wasserpolacy, do których Pan mnie widać zalicza, chociaż tacy jak Pan wcale nie muszą być tak łaskawi dla nas – podobno robi mi Pan „dobrze”, choć nie musi!. Proszę nie troskać się moim losem i nie starać się o mnie, niech Pan zrobi sobie dobrze i pomyśli zanim Pan feruje wyroki profesjonalisty. Ja mogę gadać byle co, bo jestem dyletantem, co Pan bezbłędnie poznał, ale Pana chyba obowiązuje „rosyjskie” powiedzenie „Noblesse oblige”! Ja przynajmniej się staram pisać w miarę poprawnie po polsku – człowiek podejrzany o to, że jest Niemcem - a Pan pisze dość niechlujnie – choć jest Pan patriotą polskim. Może emocje powodują, że Pan nie zwraca uwagi na polszczyznę? Polski Ślązak, człowiek z założenia honorowy, powinien dać przykład wszystkim Wasserpolakom przynajmniej pod tym względem. Nawet nie powinno być literówek!
Pewne stwierdzenia mogę tylko zrozumieć jako wkład do polskiej satyry – np. to straszliwe i haniebne łamanie praw przez mniejszość niemiecką. Wymieniona mniejszość jest w równym stopniu winna, co owieczka ze znanej bajki, która choć była dalej od źródła niż wilk, zabrudziła swym pyszczkiem wodę wilkowi, co przeważyło szalę i wilk już nie chciał więcej „czynić dobrego” owcy i ją skonsumował.
Na pewno nie było łamaniem praw człowieka walenie „po szwabskiej mordzie” autochtona, którego przyłapano na mówieniu po niemiecku wówczas, kiedy nie umiał jeszcze mówić po polsku. Była to oczywiście pomoc wychowawcza ze strony przybyszów – przepraszam - prawowitych właścicieli, którzy powrócili na swoje!? Przyspieszyło integrację tych 700 lat walczących o polskość Śląska z nowymi, jedynie prawowitymi Ślązakami!
Ucieszyło mnie stwierdzenie o szlachetności polskiej ludności, która łaskawie „przyzwoliła” na postawienie tablic dwujęzycznych, choć parę godzin później żałowała swej wielkoduszności i podwyższyła estetykę (image) miejscowości zamalowaniem „brzydkiej” części tablicy. Powiem szczerze, że dwu- lub więcej -języczne tablice nie były i nie są moim marzeniem, nawet nie widzę celowości ich postawienia, nawet dziwię się ludziom, że tego chcą, ale „jeder hat seinen Piepmatz”, jak się czasem mówiło w rodzinie, lub przypomnę powiedzenie Fryderyka Wielkiego, który też „trochę” interesował się Śląskiem: „Jeder soll nach seiner eigenen Façon selig werden”. Czy była to jednak łaska czy wymóg praw unijnych? Jako laik (i stwierdzony przez fachowca ignorant) oczywiście nie wiem!
Na zakończenie chciałbym skomentować ostatnie zdanie brata w Chrystusie. Z jednej strony jako Chrześcijanin wybacza mi, że żyję, a z drugiej jako Polak niezbyt może lub chce. Toż to klasyczny objaw schizofrenii!!! Pan Abel widać zazdrościł popularności Wałęsie, który podobne maksymy produkował (Jestem za a nawet przeciw!).
Kopie kilku wpisów – mojego i Abla
abel Donnerstag, 26-02-09 10:39
Przejawy niemieckości są w Polsce dyskryminowane? Nawet tam, gdzie Niemców jest niewielu stawia się ( za przyzwoleniem polskiej większości) niemieckie tablice, msze w j. niemieckim ( choć nie cieszą się jakimś specjalnym powodzeniem), niemieckie szkoł, kultywowanie tradycji ( większość paradoksalnie posiada ...polskie nazwiska). Niemcy( Wasserpolaken) maja u nas jak u npana Boga za piecem, ale ONI nigdy nie potrafili docenić tego, co inni ndla nich robią, choć wcale nie muszą
Moje uwagi
Kiedyś było mi żal Abla, nawet próbowałem się wstawić za nim (nie chodzi o nieporozumienie dawne miedzy rolnikiem Kainem a pasterzem Ablem (czy nie pomyliłem czegoś?), ale o wpis w Silesii. Obecny wpis Abla jednak uznałem za "nieporozumienie towarzyskie" i to grube!Słodycz siadania za piecem (nawet u Pana Boga), gdy kafle są przeżarte i czad plus swąd się wydobywają z każdej dziury, nie jest godnym uwagi przywilejem. Bracie w Chrystusie - Ablu - synu Adama, naprawdę nie masz pojęcia o losie typowego Wasserpolaka!
abel Sonntag, 08-03-09 14:13
Do brata w wierze AG ( ileś tam). Pokaz mi drugą taką mniejszość w Polsce,która by miała aż tyle uprawnień co niemiecka ( dziwna to mniejszość doprawdy- nie chyba tu rodziny gdzie by nie dominował "pierwiastek " polski- vide rodzina Henryka Króla/Krolla). W łamaniu prawa również nie miała sobie równych ( sprawa pomników, nazw miejscowości w latach 90-tych). Jako chrześcijanin przebaczam Ci dyletanctwo i ignorancję pewnych faktów, jako Ślązak narodowości polskiej to już mam z tym problem.
|
|
Sonntag, 08-03-09 19:54
E-Mail
A może Opole/Oppeln nie jest ani polskie ani niemieckie - tylko ŚLĄSKIE !
Pomyślcie o tym........
|
|
Sonntag, 08-03-09 14:13
Do brata w wierze AG ( ileś tam). Pokaz mi drugą taką mniejszość w Polsce,która by miała aż tyle uprawnień co niemiecka ( dziwna to mniejszość doprawdy- nie chyba tu rodziny gdzie by nie dominował "pierwiastek " polski- vide rodzina Henryka Króla/Krolla). W łamaniu prawa również nie miała sobie równych ( sprawa pomników, nazw miejscowości w latach 90-tych). Jako chrześcijanin przebaczam Ci dyletanctwo i ignorancję pewnych faktów, jako Ślązak narodowości polskiej to już mam z tym problem.
|
|
Donnerstag, 05-03-09 20:53
Tak to prawda że skrót mojego przydomka, choć dla ucha przyjemniejszy niż DUP, kojarzy się było nie było z bardzo prozaicznym wynalazkiem - taśmą klejącą. Bardzo zresztą użyteczną rzeczą, dodam, ale banalną. Wolałbym zatem pozostać przy pełnym wymiarze liter pseudonimu.
3Maj zawsze kojarzył mi się z zabronionym świętem. Nie można było o nim za dużo mówić otwarcie ale wzmianki w historii były tolerowane. Sam ten dzień był wgnieciony pomiędzy 1 i 9 Maja i za blisko obu tych dat oraz konkurował z 22 lipca. Poza tym 3 Maj pogrążony był w niełasce bo świętował tryumf burżuazyjnej demokracji. Tyle z czasów komunizmu...
Jeśli chodzi o przyganianie garnkowi to ma pan rację - zrobiłem plamę: chodziło o Reichsgau Danzig-Westpreußen i o Warthegau jak pan słusznie mnie poprawia szczególnie w tym drugim przypadku. Na temat sugestii GUP (Górnośląski Uniwersytet Piastowski) to lepsze to od DUP ale naprawdę nie mam żadnej opinii na temat jak Uniwersytet powinien się nazywać,
Na temat rebusu to jeszcze nad tym myślę ale nic mi 3V3C n czę! nie mówi. Czy to śląska godko?
Co do konsultacji polskich nazw na Śląsku to pan rację. Kogo było się konsultować? Chyba większość moich uwag na temat tekstu pana Kamuselli było raczej logicznie umotywowanych niż kwestionujących same fakty.
|
|
Donnerstag, 05-03-09 15:43
Szanowny 3Maj! Dopiero przed chwilą zwróciłem uwagę na pewną subtelność nazewniczą - te spolszczenia lub wręcz przeciwnie nazw miejscowości. Np. Oppeln, bezpośrednio po wojnie nazwane Opolem przez pionierów zasiedlania, takich jak Horoszkiewicze i im podobni, raczej pozytywne nabytki uzupełniające szczątki autochtonicznej inteligencji przedwojennej - musieli coś robić. Kogo mieli zapytać demokratycznie o zdanie? Szabrowników, którzy nie nazwą miasta się tuczyli a zawartością mieszkań, tych ubowców i nędznych milicjantów z tego okresu czy Sowietów?. Było jak w piosence: "Tych prawdziwych Opolan już nie ma". Nie mam pełnych danych, niech historycy się zajmą takimi sprawami, ale pewnie zbudowanie uczciwej i kompetentnej administracji było przedsięwzięciem ponad siły ówczesnego establishmentu. Pamiętam centrum Opola w 1947 roku - chodziłem tam do szkoły - ruina na ruinie, ocalały tylko obrzeża miasta. Przy konstruowaniu aparatu cywilnej władzy tylko jedno mnie wk... itd. perfidia władz, które pozornie kochały nas autochtonów i do władz np. Wojewódzkich wybrano "naszego" a jakże, przedstawiciela - margines społeczny z przed wojny, ale komunista - Mrocheń, który nas kompromitował non stop. Ciekawszy jego występ z okazji pochodu pierwszomajowego to okrzyk przez megafon:"Witam polski Wehrmacht" na widok maszerujących żołnierzy. Kilka lat po wojnie zupełnie wyeliminowano nieliczną grupę przedstawicieli inteligencji miejscowej,która walczyła o polskość Opolszczyzny przed wojną, z życia politycznego.To było istotniejsze ni powrót (plus minus) do przed hitlerowskich nazw miejscowości.Kedzierzyn z Kandrzin, nie wiem czy Koźle było spokrewnione z hrabina czy z nazwą miasta Cosel.
Mógłbym długo tak p..., więc skorzystam z rady pewnego acana - internauty i "skończę".
|
|
Donnerstag, 05-03-09 10:34
Drogi 3M (jest taka firma-taśmy klejące)!
Z nudów - i szukając dalszych ataków lub pyskówki - przeczytałem jeszcze raz, ale uważnie, m. in. Pana wpisy. Nie mam uwag do meritum, cieszyłem się tylko z tego, że umożliwił mi Pan zastosowanie miłego porzekadła typu: "Przyganiał kocioł garnkowi" - w bardzo krótkiej zbitce słów znalazłem 3 błędy ortograficzne. Jest: "Danzing West Prussen i w Wathegau? a ma być:"Danzig, Preussen, Warthegau" . Bylo to ooczywiście "...wężykiem, wężykiem..." Poza tym mam dla Pana rebus (damski):
3 V 3 C π czę!
P.S. Gdyby chcieć poprawnie nazwać uniwersytet: Górnośląski Uniwersytet Piastowski, to skrót GUP fonetycznie trochę zniekształcony, też mógłby pozwolić na brzydkie - choć może trafne - skojarzenia, wprawdzie nie "analne" ale "mózgowe", jakby z dalekiej od anusa częścią ciała.
|
|
Dienstag, 03-03-09 16:46
Do artykułu Doktora K. mam poważne zastrzeżenia. Każdy autor podczas pisania tekstu (a może nawet lepiej przed) powinien się zastanowić do kogo adresuje wytwór swego intelektu i fantazji, historyk – lub zbliżony do tej profesji - tym bardziej. Przecież faktem jest, że każdy piszący chce:
1) Aby go czytano,
2) aby go w miarę możności chwalono.
To jest normalne zjawisko. Warunkiem jakiejkolwiek oceny (2) jest dotarcie czytelnika do końca tekstu (1). Trzeba czytelnika, do którego autor kieruje swe słowa, zachęcić do czytania przez odpowiednią formę, metody prezentacji myśli oraz odpowiedni język publikacji. Muszę przyznać, że prezentowany tekst próbuje w części merytorycznej zadowolić chyba głównie instynkty takich internautów jak AG, który zawładnął kiedyś Gaestebuchem Silesii, lub jemu podobnych, a jest ich dużo. Jeśli taki był cel to o.k.! Nie powinien się wtedy jednak dziwić, że ludzie o trochę szerszych horyzontach nawet nie zabiorą się poważnie do analizy wartości całości – co np. widzę z nieusuniętych wpisów 3maj’a, reprezentanta chyba innej opcji niż K. lub ja bądź, ale uważnie formułującego swe spostrzeżenia. Stosowany język o niskich walorach „artystycznych” i niezgrabne wtręty z formalnie nie istniejącego języka śląskiego, odstraszają nawet mnie - człowieka, którego związki z „Ministerstwem Prawdy” były bardzo luźne (posada nauczyciela wiejskiego – bądź co bądź „zamieszanego” formalnie w manipulacje pracodawcy). Sądzę na podstawie analizy wpisów w różnych miejscach Silesii, że tak myślących ludzi jest więcej i to niekonieczne z powodu treści ale formy i języka, dość infantylnego, liczącego na poklask „ciemnego ludu jednej opcji” jak powiedziałby znakomity pisowiec Kurski. Ze względu na wymienione „walory” tekstu, nie zadałem sobie nawet trudu oddzielenia ziaren od plew. Wiem, że znalezienie belki we własnym oku jest przedsięwzięciem trudnym, ale w takim przypadku niech się autor zadowoli własnym zachwytem swoim tekstem – ja to robię!
|
|
Dienstag, 03-03-09 15:15
Drobna uwaga dla 3maja. Przypisywanie redakcji Silesii winę za wszystkie przekręcenia nazwisk śląskich od czasów "Żelaznego Kanclerza" uważam za nieco przesadzone! Osobiście jestem już zadowolony z pisowni mojego nazwiska i wybaczam po chrześcijańsku wszystkim literówki. Dla informacji - trochę poważniej - według mnie spolszczenie nazwisk chyba nie było skojarzone bezpośrednio z procesem weryfikacji, pojawiło się później na podstawie poufnego zarządzenia Cyrankiewicza.
|
|
Dienstag, 03-03-09 14:55
Kiedyś było mi żal Abla, nawet próbowałem się wstawić za nim (nie chodzi o nieporozumienie dawne miedzy rolnikiem Kainem a pasterzem Ablem (czy nie pomyliłem czegoś?), ale o wpis w Silesii. Obecny wpis Abla jednak uznałem za "nieporozumienie towarzyskie" i to grube!Słodycz siadania za piecem (nawet u Pana Boga), gdy kafle są przeżarte i czad plus swąd się wydobywają z każdej dziury, nie jest godnym uwagi przywilejem. Bracie w Chrystusie - Ablu - synu Adama, naprawdę nie masz pojęcia o losie typowego Wasserpolaka!
|
|
Dienstag, 03-03-09 14:36
Nie ustosunkowuję się ani do wypowiedzi pana K., ani 3maj'a, obie zawierają pewnie dużo racji - i wręcz przeciwnie, jak to u Wałęsy bywało. Chciałem tylko uściślić dowcip "analny" pana K. jeśli chodzi o nazwę powstającego uniwersytetu.Faktycznie krążyła niepoważna propozycja po WSP, tzn. "DUP", ale to "P" miało brzmieć "Piastowski". Byłoby prawie tak miłe jak DUEP (z lekkim przerostem literowym) - Departament Uniwersytetów,Szkół Ekonomicznych i Pedagogicznych w ministerstwie - nie pamiętam nazwy z tego okresu, bo przeżyłem ich wiele. Tylko jak się tu pochwalić, gdzie się pracuje? Nie powiem! Projekt upadł, ale nie z winy Piastów - zresztą dawno wymarłych, ale nawet włodarze lokalni pogodzili się z faktem geograficznym, że Opole jednak należy do Górnej części Śląska. Pamiętam jak przez mgłę,że były ataki na jakiegoś pseudo historyka, nie zainteresowanego jedynie słuszną linią polityki historycznej i powszechne wypieranie się znajomości z tym panem, czy to chodziło o Kamu..itd - nie chcę przekręcić nazwiska???
Z szczątek wpisu 3maj wyciągam wniosek, że redakcja nie lubi humoru, można wiec wyrzucić mój wpis, ale po przeczytaniu, bo i tak niczego rewelacyjnego nie wnosi - co najwyżej poparcie opinii 3maj'a, że język pana K. faktycznie pozostawia wiele do życzenia - jest jakiś dziwny, taka hermafrodyta! Kończę dowcipem, ale prawdziwym - gdy jeszcze żyłem ze srebrników Opolskiego Ministerstwa Prawdy. Chłopak mówił o swojej matce - wdowie, która i krowami orała, wszystko w domu robiła: "Nasza Mutti, to ani chłop ani baba"! Odnoszę podobne wrażenie o panu K. jako publicyście - broń Boże nie chcę zakwestionować ewentualnych walorów płciowych, przecież nie znam tego Pana!, Z panem K. wbrew pozorom jednak mam coś wspólnego: Obaj czerpaliśmy wiedzę z tej samej krynicy Kozielskiej - różnica jest taka, że ja byłem uczniem "der General Litzmann-Schule" a obywatel Kamussela inaczej przezywał swoją budę!?. Bywałem tam niedawno ale nie pamiętam patrona szkoły. Pozytywne wrażenie w temacie polityki historycznej albo historii politycznej wywarł na mnie Dyrektor tej szkoły, którego interesowały losy szkoły od jej powstania. Zorganizowałem jemu nawet elaborat byłego ucznia z okresu przedwojennego, bo moje wspomnienia były dość biedne. Stawiam tezę, że szkoła o takim zaangażowanym dyrektorze może skłonić wychowanka do zajmowania się tak istotnymi problemami Orwellowskimi w typie tu prezentowanymi. A neguje się wychowawczy wpływ nauczyciela!
|
|
Montag, 02-03-09 16:19
Redakcjo, jawohl! Od teraz ja „zając się tym o czym piszemy o nie drobiazgami". Publicznie więc potępiam drobiazgi jak sugerowane w adhortacji.
|
|
Sonntag, 01-03-09 16:34
Redakcja brakuje poczucia HUMORU!
Ironia losu i okoliczności sprawiła, że pod temat o Orwellowskiej obsesji nad kontrolą historii, myśli i języka (newspeak=Neuesprache) redakcja w informacji o korekcie poprzednich błędów zrobiła kolejny; tym razem zamieniając nazwisko pana Kamuselli na Kamuzela. Zażartowałem, że „narzekano na Polaków iż zmieniali nazwiska Ślązaków w procesie weryfikacji a okazuje się że była temu winna Redakcja Silesia. Przykłady: Kamussela >na> Kamuzela, Golly >na> Golla, itd. Odkłamywanie historii musi być totalne i z obu stron." Redakcji żarty takie się nie podobają więc po Orwell'owsku usunęła je tworząc tym samym wkład do nowo-mowy i dodając od siebie małą, białą plamkę historii.
--------------------
Od redakcji: Panie 3Maj, pośmialiśmy się i to bardzo Pana wpisami i po godzinie śmiechu nie chcieliśmy by i inni tak się śmiali,(nazwiska są w SILESI takie jakie być powinny) dlatego tez proponujemy zając się tym o czym piszemy o nie drobiazgami, które nas do nikad nie doprowadzi. Raz jeszcze apelujemy do wszystkich, dyskutujcie na tematy o których piszemy, a nie obrażajcie się nawzajem. Przecież można mieć różne poglądy, trzeba tylko spróbować tego innego dyskutanta przekonać do swojej racji.
|
|
Samstag, 28-02-09 23:14
W artykule dr Kamuselli znalazło się kilka błędów, ktore zrobiono w redakcji przy przepisywaniu tekstu. Tekst poprawiliśmy. Przepraszamy autora i czytelników
|
|
Donnerstag, 26-02-09 10:39
Przejawy niemieckości są w Polsce dyskryminowane? Nawet tam, gdzie Niemców jest niewielu stawia się ( za przyzwoleniem polskiej większości) niemieckie tablice, msze w j. niemieckim ( choć nie cieszą się jakimś specjalnym powodzeniem), niemieckie szkoł, kultywowanie tradycji ( większość paradoksalnie posiada ...polskie nazwiska). Niemcy( Wasserpolaken) maja u nas jak u npana Boga za piecem, ale ONI nigdy nie potrafili docenić tego, co inni ndla nich robią, choć wcale nie muszą
|
|
Mittwoch, 25-02-09 18:02
Długi artykuł o przekłamaniach historii w Opolu. Wiele słusznych spostrzeżeń, ale...
Zaskakujące, że nagle pan Kamusella popadł w poważne tarapaty z językiem polskim irytujące czytającego - ortografia (np. wartałoby, spowrotem itd), oraz styl i forma. Może theo ma jakąś teorię na temat kim pan K. jest? Bo miał „wartościowe" teorie na mój temat.
Jeszcze bardziej zaskakujące (bo dotychczas lubiłem artykuły pana K.) jest to, że ma kłopoty z faktami. Nie jestem historykiem więc może moja mała wiedza musi być zweryfikowana, za co z góry dziękuję. Poniżej bardziej rażące aspekty artykułu:
1. Fakty i logika: Nie rozumiem jak Dolnośląski Uniwersytet Opolski może uzyskać „analnie kojarzący się skrót DUP". Czy to aby nie DUO byłoby tu skrótem?
2. Jawne nieprawdy: „Po wkroczeniu polskiej administracji do Oppeln z marszu przemianowano miasto na Opole. Uczyniono to bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, co było nie do pomyślenia nawet w totalitarnej Trzeciej Rzeszy." Czy Opole nie było starą polską nazwą miasta? Czy Niemcy pytali kogoś o zmianę nazwy na Katowitz? Albo o zmiany nazw polskich w Danzing West Prussen i w Wathegau? Wszystkie toponimy tamtejsze (także nazwy ulic i placów) oraz wszelkie nazwy publiczne zostały zniemczone. Części przywrócono nazwy z okresu rozbiorów a dla pozostałych wymyślono nowe.
3. Artykuł co prawda prostuje stare przekręcenia ale również wprowadza nowe - przykład piastowska przeszłość Warszawy? Bez przesady!
4. Rozumiem nutę wrogości do Polskości jako obecnie dominującego żywiołu w interpretacji Śląskiej historii i teraźniejszości. Nie dziwi mnie dlatego, że kobieta o „rasowo-stereotypowo słowiańskich rysach" jest przedstawiona jako uosobienie topornej estetyki „hersowo-zwalistych (herosowo?) i mocarnych postaci, tak uwielbionych przez środkowo- i wschodnioeuropejskie totalitaryzmy XX stulecia". Jednak autor zmienia swój gust diametralnie kiedy Ministerstwo Prawdy się do interpretacji obelisku nie wtrąca poprzez usunięcie inskrypcji. Nagle „Kobieta na Byku bez żadnego podpisu, to nie kto inny jeno zjawiskowo piękna Europa porywana przez Zeusa pod postacią byka." Ze straszydła staje się ucieleśnieniem Afrodyty, Wenus z Milo czy też może seksownej Marilyn Monroe. Może to zamierzona ironia - nie wiem. Inne wytłumaczeniem może być płytko motywowana irytacja wszystkim co polskie.
5. O dziejach interpretacji polsko-niemieckiego układu granicznego po wojnie, lub jego całkowitego braku zbyt długo tu pisać ale konkluzje nie są aż tak przejrzyste jak je autor przedstawia. Oczywiście że odnosi się to w większym stopniu do propagandy PRL niż do interpretacji autora.
Czy niemiecka i pruska tradycja tej ziemi musi zostać zapomniana? NIE! Czy nie można by jej skleić z polskością na bazie wspólnej europejskości? NIE WIEM, ale na pewno można by uszanować historyczne fakty bez uciekania się do ich laudacji. Jednak tak jak pana K. irytuje ustanawianie nowych, polskich tablic na ratuszu i budowanie pomników polskości, tak samo pomniki niemieckości były często przejawem Geschichtspolitik i będą irytujące dla obecnej polskiej większości. Trzeba by więc tę większość jakoś zaprosić do uszanowania pruskiej tradycji. Jest potrzebna cierpliwość i dobra wola i zaufanie z dwóch stron.
|
|
Mittwoch, 25-02-09 13:49
E-Mail
Nic dodac, nic ujac. Tylko co na to polscy szowinisci.
|
|
|
|