Muzeum Powstańców wyjaśnia
Szanowna Redakcjo!
1 września bieżącego powierzono mi funkcję kierownika Muzeum Czynu Powstańczego w Górze Św. Anny. Od 2004 roku, czyli od odejścia na zasłużoną emeryturę ś.p. dr Zyty Zarzyckiej od początku kierującej tą placówką jestem jej czwartym kierownikiem. Tak częste zmiany na tym stanowisku nie służą żadnej instytucji z pewnością odbijając się na jakości prezentowanej ekspozycji i chociaż tylko ten się nie myli, kto nic nie robi, mimo to biję się w piersi za moich poprzedników i - korzystając z okazji - składam publiczną obietnicę, że dołożę wszelkich starań by wszystkie niedociągnięcia zostały usunięte, a błędy poprawione.
Kiedy jednak przeczytałem pełen uszczypliwości tendencyjny artykułu dra Ewalda Stefana Poloka pt. „Muzeum Powstańców Śląskich?” nie posiadałem się ze zdziwienia, jak można zarzucać komuś kłamstwo i manipulowanie faktami samemu podając nieprawdziwe i niesprawdzone informacje oraz przemilczać lub naginać fakty na potrzeby własnych teorii. Dopiero po chwili, gdy wzburzenie minęło i przyszedł czas na refleksję przypomniałem sobie słowa Chrystusa przytaczane w Ewangeliach Św. Łukasza (6,41) i Św. Mateusza (7,3): „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”. Łatwo jest albowiem znaleźć i wytknąć czyjeś błędy, trudniej natomiast zobaczyć własne. Dlatego też nie zgadzam z większością zarzutów, jakie pod adresem kierowanej przeze mnie od niedawna instytucji wysuwa autor wspomnianego artykułu i pozwolę sobie poniżej odnieść się do nich.
Przykładowo wystawiono tu: szopki bożonarodzeniowe; informacje ze zdjęciami i drzewem genealogicznym rodziny grafów von Gaschin z Żyrowy (prawidłowa odmiana nazwy tej miejscowości winna brzmieć „z Żyrowej” – przyp. W.I.); kolorową wystawę ornitologiczną.”
Dalej p. Pollok pisze: „Oglądając wystawę natknąłem się na 18 błędów (kłamstw) historycznych.”
Takie stwierdzenie, co potwierdza zresztą lektura dalszych ustępów artykułu świadczy o tendencyjności lub nierozumieniu podstawowych pojęć przez autora artykułu, istnieje bowiem zasadnicza różnica pomiędzy błędem a kłamstwem. Błąd powstaje nieumyślnie i może wynikać z nieznajomości tematu, przeoczenia czy wreszcie czyjegoś niedbalstwa, natomiast nie jest tożsamy z kłamstwem, które jest świadomym działaniem mającym wprowadzić kogoś (w tym przypadku zwiedzających) w błąd. W artykule autor przytacza wiele takich właśnie nieumyślnych błędów, którym przypisuje miano kłamstwa. Pisze więc dalej:
„Przykładowo w języku polskim i niemieckim podano liczby związane z przeprowadzonym 20 marca 1921 roku plebiscytem. Ani jedna liczba nie odpowiadała prawdzie. W języku polskim podano, że biorący udział w plebiscycie glosowali w 40,3% za Polską a za Niemcami w 59,7%, natomiast w języku niemieckim podano, że Polska uzyskała 40,3% natomiast dla Niemców oddano 57,0% głosów, co stanowi różnice 2,7%. na korzyść Polski. W ten sposób odjęto głosującym za Niemcami 32.000 głosów. Czyżby chciano zwiedzającym gościom pokazać, że uprawnieni do głosowania oddali na Niemcy mniej głosów niż w rzeczywistości, czy też chciano ukryć prawdę. Coś takiego nazywa się manipulacją i kłamstwem historycznym.”
Gdyby autor przyjrzał się uważnie i, zamiast kierować się zaślepieniem, wykazał odrobinę dobrej woli zauważyłby, że jest to błąd popełniony przez osobę przepisującą tekst: gołym okiem widać, że w trakcie pisania na komputerze komuś „zjadło” dziewiątkę i przecinek. Zarówno w tekście polskim, jak i niemieckim wszystkie wyniki plebiscytu podane są z dokładnością do jednego miejsca po przecinku i jedyny wyjątek dotyczy właśnie inkryminowanego miejsca, gdyby więc ktoś chciał celowo wprowadzić niemieckojęzycznego czytelnika w błąd napisałby, że za Niemcami głosowało 57,0%, a nie 57% głosujących, zachowując jednolitość zapisu. Lepiej jednak dla p. Polloka było tego nie zauważyć i w swoim artykule podać wszystkie dane w jednakowym zapisie, aby czytający uznał, że było to działanie świadome. Ot, taka mała manipulacja.
I dalej: „Faktycznie głosowano: za Niemcami 707.554 – 59,6%, za Polską 478.820 – 40,4%. Liczb tych oczywiście nie podano, bo umiejący liczyć mógłby na miejscu ustalić błędy.”
Pomijam także fakt, że liczby podane na ekspozycji (z wyjątkiem wspomnianej wyżej pomyłki edytorskiej) przedstawiają mniej korzystny dla strony polskiej wynik plebiscytu, niż podaje to p. Pollok – wszakże według niego za Polską głosowało 40, 4 % (o 0,1 % więcej), a za Niemcami 59,6% (o 0,1% mniej) niż to jest podane na ekspozycji. Pytam więc, kto i w jakim celu manipuluje tutaj faktami?
Dalszy ciąg artykułu: „W dwóch pomieszczeniach postawiono po jednym manekinie wielkości człowieka, które ubrano w jakieś mundury. Przy nich żadnego wyjaśnienia. Odwiedzający nie wie, co te figury przedstawiają. Kiedy zapytałem personel, powiedziano mi: „jest pan w muzeum powstańców, więc któż to może być, tylko powstaniec”. Znający choć trochę historię wiedzą, że powstańcy żadnych mundurów nie posiadali. Walczyli w swoich prywatnych ubraniach a niektórzy z nich posiadali jedynie biało-czerwone opaski, by odróżnić się od osób cywilnych.”
Jakkolwiek można mieć pewne zastrzeżenia co do zasadności umieszczenia na ekspozycji oficjalnych i zatwierdzonych rozkazami władz wojskowych mundurów Związku Powstańców Śląskich (od 1945 roku Związku Weteranów Powstań Śląskich), to dla każdego, kto pamięta nie tak dawne czasy, kiedy żyjący weterani powstań śląskich byli gośćmi wszystkich uroczystości państwowych właśnie taki mundur kojarzy się z powstańcami. Natomiast nieprawdą jest, że powstańcy walczyli wyłącznie w cywilnych ubraniach; wielu z nich występowało w niemieckich mundurach wojskowych, które zachowali po zdemobilizowaniu z armii cesarskiej i policyjnych (zwłaszcza byłych żandarmów Policji Plebiscytowej /APO/) lub w mundurach polskich pozbawionych jednak dystynkcji i naszywek oraz w bluzach organizacji „Sokół”. Ilustruje to wiele umieszczonych na ekspozycji zdjęć. W tym miejscu widać też, jak autor artykułu manipuluje faktami i interpretuje je w taki sposób, by udowodnić swoje tezy: w cytowanym wyżej miejscu twierdzi, że powstańcy walczyli w cywilnych ubraniach, by kawałek dalej wołać o pomstę do nieba, że w III Powstaniu wzięło udział kilka tysięcy polskich żołnierzy i oficerów, albo pytać dlaczego zamieszczono zdjęcie powstańców w mundurach armii Hallera.
Oto kolejne ustępy świadczące o tendencyjności omawianego artykułu: „Dalej podano niewłaściwe miejsce śmierci kadeta Chodkiewicza. Każdy interesujący się historią tzw. powstania wie, że zginął on pod Oleszką a nie jak podano k. Gogolina. Chyba, że dla projektanta tej wystawy różnica kilkunastu kilometrów nie odgrywa żadnej roli, ale wówczas możemy powiedzieć, że to nie jest wystawa historyczna skoro ignoruje fakty, a każdy może wpisać, co sobie wymyśli.
Na jednym ze zdjęć pokazującym powstańczą mszę polową pod Mysłowicami podano datę przedpowstaniową, itd. Niektóre eksponaty, np. polska prasa powstańcza z tamtych lat w j. polskim i niemieckim nie była czytelna, ponieważ z lewej lub prawej strony odcięto do trzech cm druku przed powieszeniem jej w odpowiednich gablotach. Moi mili goście znający j. francuski, niemiecki i włoski zamierzali przeczytać tekst takiej gazety, ale każdorazowo musieli sobie wyobrazić, co na tych trzech cm było napisane. Trudno zgadnąć czy uczyniono to celowo, czy też w ten sposób chciano pokazać swój dyletantyzm i przy okazji obrazić zwiedzających traktując ich jak intruzów, których jedynym przewinieniem jest to, że chcieliby coś zobaczyć i czegoś się dowiedzieć.
Gdyby w szkolnej gazetce były takie potknięcia to zapewne ktoś z grona pedagogicznego zdjąłby te pisaninę a uczniów skarcił za brak rzetelności. Zastanawiam się, czy przy tego rodzaju wystawie nie konsultuje się zasadności umieszczanych tekstów i zdjęć z historykami. Na kilku kolorowych planszach umieszczono okoliczne zamki i część flory i fauny, ale jej nazwy podano jedynie w j. łacińskim, zapominając, że nie wszyscy zwiedzający są fachowcami i dobrze byłoby podać nazwy również w języku polskim. Mało tego, nawet w nazwach łacińskich znalazły się błędy, zamiast jak podano Angus fragilis, ma byc Anguis fragilis (padalec zwyczajny), a przy nazwie łacińskiej Carabus cariaceus ma byc Carabus coriaceus (biegacz skórzasty).”
P. Pollok sam pisze, że zauważone przezeń błędy noszą wyraźne znamię niedbalstwa, za które kolejny raz przepraszam w imieniu moich poprzedników i obiecuję je poprawić. Nie rozumiem tylko, dlaczego tego typu niedociągnięcia nazywa kłamstwami?
„Dziwię się, że nikt z odwiedzających naukowców i notabli, chociażby przy okazji odtworzonego dla nich przed prawie dwu laty przedstawienia przed tzw. „panoramą bitwy pod Górą św. Anny” - na którym notabene kłócili się wszyscy ze wszystkimi jak dzieci w szkole - nie zobaczył błędów, jakie tu są. Czyżby polska nauka reprezentowała sobą tak niski poziom, że potrafi jedynie hołubić poglądy komuny a naukowcy nowego pokolenia z braku konkretnych książek i opracowań naukowych nie posiadają rzetelnej wiedzy na temat powstań, dlatego też nie potrafią wychwycić tak rażących błędów. A może teraźniejsze władze nie są lepsze od komunistycznych, skoro ze strachu przed rządem czy wysoko postawionymi politykami lub z chęci przypodobania się im przygotowują bzdurne teksty bez konsultacji historycznej. Chyba, że myślą, iż w Polsce już się tyle nieprawdy opowiedziało, że zgodnie z zasadą – jak sto razy powiem nieprawdę, to wszyscy uwierzą, że tak było. Taką zasadę propagował kiedyś pewien niemiecki polityk, rządzący w rządzie faszystowskim i wolałbym tu nie przytaczać jego nazwiska i nie myśleć, że jeszcze teraz działa się na takiej zasadzie.”
Ja natomiast nie boję się nazwać Pańskiego artykułu, Panie Pollok, napisanym w stylu iście goebbelsowskim.
„Co ciekawe, wielu mówców zabierających głos w różnych dyskusjach i autorzy artykułów reprezentują paternistyczny pogląd historii, zakładając, iż społeczeństwo trzeba karmić landrynkową i prościutką, wręcz kłamliwą wersją historii, a wiedzę o tym, jak było naprawdę, pozostawić do wyłącznej wiadomości i dyspozycji elit. Niech ciemny motłoch uwierzy to, co mu się przedstawia i żyje nadal w błogiej nieświadomości.”
Po lekturze tego artykułu mam wrażenie, że to właśnie jego autor uważa się za taką elitę i w opisany sposób traktuje społeczeństwo.
Dalej p. Pollok pisze: „Mimo starannego przejrzenia wystawy nie natknęliśmy się ani razu na pokazanie powstania od strony niemieckiej, chociaż prasa szeroko o tym pisała, że wystawa pomyślana jest tak, iż po raz pierwszy pokazuje również stronę niemiecką. Ciśnie się pytanie, czy reklamujący wystawę dziennikarze widzieli ją, czy też uwierzyli wykonawcom na słowo. Każdy kończący historyczną lub politologiczną szkołę wyższą, powinien krzyczeć pod niebiosa, widząc błędy i jak sądzę, celowo powielane nieprawdy powstańcze.”
Po pierwsze - nic nie uzasadnia zarzutu celowego powielania nieprawd powstańczych, po drugie – p. Pollok, tak przecież wyczulony na wszelkie manipulacje raczej celowo nie zauważył niemieckich ulotek i plakatów z czasu plebiscytu, zdjęć spalonej przez powstańców niemieckiej kolonii w Hołdunowie (nota bene w odwecie za spalenie Polskiego Komitetu Plebiscytowego w Katowicach przez bojówki niemieckie), niemieckiej manifestacji w Berlinie czy stanowiska niemieckiego ckm-u w czasie bitwy o Górę Św. Anny, ale to przecież oczywiste – nie pasowały mu one do koncepcji całego artykułu.
„W rozmowie z dyrektorem muzeum wskazałem na zauważone nieścisłości, na co otrzymałem odpowiedź, że przeanalizuje się moje wskazówki, poczyni odpowiednie kroki i poprawi ewentualne błędy. I znowu po dwóch latach z czwórką innych znajomych (posłem opolskiego sejmiku p. Kosakiem, mgr H. Koptoniem, panią z Austrii i byłą mieszkanką Żyrowy, obecnie mieszkającą w RFN) udałem się do muzeum, aby poprawić frekwencję i zobaczyć, co się przez dwa lata zmieniło. Z przykrością stwierdziłem, że jedynie pod zdjęciem kadeta Chodkiewicza zmieniono błędną nazwę miejscowości gdzie zginął, dopisując ręcznie właściwą – Oleszka. Chciałem na ten temat rozmawiać z dyrektorem, ale było to niemożliwe, ponieważ w międzyczasie został on zwolniony z tego stanowiska.”
Czyli - jak rozumiem - wolałby Pan, aby nadal w Muzeum tolerowano nieścisłości?
„Wystawa zawiera sporo zdjęć i fragmentów prasy polskiej z tamtych lat, ale nie wskazuje przyczyny wybuchu powstania.”
Zapewniam, że grupy wycieczkowe oprowadzane przeze mnie po ekspozycji są dokładnie i rzetelnie informowane o przyczynach wybuchu każdego z powstań.
„Brak jest wyjaśnienia, dlaczego przelewano krew, mimo, że optanci swoimi glosami określili chęć przynależności do jednego z dwóch krajów. Mało tego, nie wspomina się tu, że już w styczniu 1921 r., jeszcze przed plebiscytem przygotowano w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego w Warszawie zbrojną ingerencję. 22 kwietnia 1921 r. zatwierdzono ostateczny plan operacyjny militarnego postępowania na Górnym Śląsku przez polskie ministerstwo wojskowe. A więc „zryw ludu Śląskiego” jak się ciągle o powstaniu pisze, nie był zrywem, tylko przygotowaną akcją zbrojną.”
W ten sposób odmawia Pan nowopowstałemu w tym czasie Państwu Polskiemu prawa do prowadzenia polityki zmierzającej do jak najkorzystniejszego ustalenia własnych granic. Jak widać, nawet po dziewięćdziesięciu latach są ludzie skłonni traktować ówczesną Polskę jako „państwo sezonowe”. Prawda jednak jest taka, że powstanie wybuchło wbrew wyraźnym rozkazom z Warszawy, jeszcze późnym wieczorem 2 maja 1921 roku na tajnym posiedzeniu Rady Ministrów Rząd Polski kategorycznie opowiedział się przeciwko jego wybuchowi i zobowiązał Wojciecha Korfantego do dołożenia wszelkich starań by do niego nie dopuścić, tak więc – czy to się p. Polokowi podoba, czy nie – było zrywem, choć bardzo dobrze przygotowanym przez Polską Organizację Wojskową Górnego Śląska. Natomiast przyczyną jego wybuchu, co jest rzeczą powszechnie wiadomą, był niesprawiedliwy podział Śląska – za Polską głosowało ponad 40% wotantów, a przyznano Polsce tylko 25% obszaru plebiscytowego zamieszkałego przez 21% ludności, więc obiektywnie rzecz biorąc takie rozstrzygnięcie z przyczyn oczywistych było nie do przyjęcia.
„– Brak jest informacji, że w powstaniu brało udział 7 tysięcy żołnierzy i 800 oficerów i podoficerów Wojska Polskiego.”
Dla każdego Polaka jest oczywiste, że wszelkimi możliwymi sposobami wspomagano Powstanie z głębi kraju, tak jak dla każdego Niemca oczywistym jest udział ochotników z głębi Niemiec, m. in. wsławionego walecznością bawarskiego korpusu „Oberland”, berlińskich i wrocławskich studentów, hamburskich marynarzy, hanowerczyków i wielu innych, oraz że w przededniu walk o Górę Św. Anny przekazano z zasobów Reichswery 6 pociągów pancernych, ok. 30 dział i w pełni wyekwipowane oddziały kawalerii. Każda ze stron po cichu wspierała walczących sprzętem i ludźmi, co jest rzeczą ogólnie wiadomą, dlaczego więc autor artykułu widzi to tak jednostronnie?
„- brak jest wyjaśnienia, dlaczego doszło do walki zbrojnej, mimo, że 14 marca 1921 w Warszawie rząd polski w bezpośrednich rozmowach z delegatami Związku Górnoślązaków - Bund der Oberschlesier odpowiadając na pytanie czwarte – czy należy obawiać się wywołania rozruchów – zapewniał, „że wcale nie myśli o tym, by chwytać się broni w celu udaremnienia plebiscytu”
Powtórzę to, co napisałem kilka akapitów wyżej i dodam, że zarówno Polska, jak i Niemcy miały związane ręce i nie mogły oficjalnie działać w celu poparcia swoich zwolenników na Śląsku. Dwadzieścia lat później wybuch wojny także poprzedziło podpisanie traktatu o nieagresji między Polską a Niemcami. Jak mawiał przewodniczący Mao: „polityka to bezkrwawa wojna, a wojna to krwawa polityka”.
– ani słowem nie wspomniano o skazanych powstańcach przez sądy powstańcze na długoletnie więzienie a nawet karę śmierci, za gwałty, morderstwa i kradzieże.”
Gwałty, morderstwa i kradzieże – jak to zwykle bywa w przypadku działań wojennych – zdarzały się po obydwu stronach. To, że wyroki skazujące zapadły wyłącznie po stronie polskiej nie świadczy o tym, że takich rzeczy nie dopuszczali się Niemcy, a jedynie o tym, że w Polsce poczuwano się do ukarania winnych. Po stronie niemieckiej sprawcy przestępstw i zbrodni popełnionych na ludności popierającej powstanie byli bezkarni.
„– nie poinformowano zwiedzających, że Polska chcąc przekupić stronę włoską zaproponowała Włochom na konferencji w Spa (Belgia) 2 mln. ton węgla rocznie za poparcie zmiany granic na Śląsku.”
Ani o tym, że głównym tematem tej konferencji było niewywiązywanie się Niemiec z demilitaryzacji, którą nakazywał im traktat wersalski i właśnie z dostaw węgla dla państw Ententy.
„– nie wspomniano o tym, iż dziennikarze amerykańscy i europejscy skrytykowali wybuch powstania po demokratycznym wyborze tutejszych mieszkańców. Do czego więc miał służyć plebiscyt, kiedy już wcześniej było wiadomo w polskim rządzie, że jeżeli Polska otrzyma mniej głosów niż Niemcy, rozpoczniemy walkę zbrojną. Dlaczego teraz po 87 latach nadal nie mówi się prawdy, dlaczego oszukuje społeczeństwo i nie przedstawi im prawdy na temat wybuchu tzw. powstania. Przy okazji wyjaśnię, dlaczego piszę tzw. powstania, bo zapewne część czytających będzie zdania, że próbuję coś nowego odkryć. Nie robię tego, stwierdzam tylko fakty historyczne, które mówią, jeżeli demokratycznie ustalony przez państwa Europy plebiscyt został pogwałcony przez wcześniejsze ustalenia w Warszawie o wybuchu wojny, gdyby plebiscyt nie zakończył się po polskiej myśli, to to nie jest powstaniem.”
Powtórzę raz jeszcze – Polska, tak jak i Niemcy miała prawo uprawiać politykę zmierzającą do ustalenia jak najkorzystniejszego przebiegu swoich granic. W rzeczywistości, jak to przytoczyłem wcześnie, po stronie polskiej nie kwestionowano rezultatów plebiscytu, tylko zaproponowany w jego wyniku skrajnie niesprawiedliwy podział obszaru plebiscytowego. Po niespełna dwudziestu latach Rzesza Niemiecka wywołała wojnę pod hasłem rewizji traktatu wersalskiego, też przecież demokratycznie ustalonego przez państwa Europy. A powstanie było powstaniem, bo było inspirowane i w głównej mierze przeprowadzone siłami Górnoślązaków, a tylko wspierane na różne sposoby przez Polskę.
„– nie wspomniano o tym, że w okolicach Tarnowskich Gór, Gliwic, Lublińca zaciągano mężczyzn do powstania. Gdzie tu zatem zryw ludności śląskiej?”
P. Pollok albo nie rozumie, co znaczy słowo „zaciąg” (czyli przyjmowanie w szeregi wojska ochotników lub najemników), albo używa go w złym znaczeniu (zaciągnąć kogoś gdzieś siłą, np. krowę do rzeźni), więc trudno mi odnieść się do tej kwestii. Jeśli jednak pisze o zaciągu w pierwszym znaczeniu, nie widzę w tym nic niezwykłego ani nagannego, to samo stosowano po drugiej stronie – „ochotnicy” z Freikorpsów przecież dostawali żołd.
„– nie wspomina się tu o okropnościach powstania w życiu codziennym. Przytoczę fragment pracy doktorskiej p. Hitze: „W regionach wiejskich pokazały się szybko wszystkie okropności wojny, która nie została cywilnej ludności wypowiedziana. Aczkolwiek miał to być ludowy zryw, powstańcy zachowywali się jak soldateska w obcym kraju. Mosty zostały wysadzone, domy podpalone i splądrowane, mężczyźni zamordowani, kobiety zgwałcone, dzieci przed oczyma matek zabite. Nawet przed kościołami nie zatrzymywali się katoliccy powstańcy, jeżeli w nich odprawiano niemieckie nabożeństwa. Niezliczone wioski zostały w związku z zachowaniem powstańców opuszczone przez mieszkańców, by schować się w pobliskich lasach”.
„W jednym z pomieszczeń muzeum wg wyjaśnień jego dyrekcji przedstawia się panoramę bitwy pod Górą św. Anny. Projektanci wystawy najwidoczniej nie wiedzą, co panorama bitwy ma zawierać, bo może nigdy nie widzieli jakiejkolwiek panoramy. Proponuję pojechać do Wrocławia i obejrzeć panoramę bitwy pod Racławicami, bo to co na Górze św. Anny pokazano w niczym nie przypomina jakiejkolwiek bitwy. Na iluś tam m2 nie zobaczymy ani jednego powstańca ani jego przeciwnika, a jedynie porozrzucane w nieładzie narzędzia gospodarskie, konewki do podlewania kwiatów, chomąto, stary zardzewiały rower... Za wystawę odpowiedzialna jest p. mgr U. Zajączkowska z muzeum w Opolu.”
A ja proponuję pojechać do Warszawy, zwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego i zobaczyć, jakie są najnowsze tendencje wystawiennicze w światowym muzealnictwie. Panoramy takie, jak Panorama Racławicka były modne ponad sto lat temu, pod koniec XIX wieku. Gdyby w Muzeum powstała taka panorama, zapewne autor artykułu zarzuciłby jej anachronizm.
„Rozumiem rozczarowanie towarzyszących mi pań. Spodziewały się obiecywanej przez prasę rzetelnej prawdy o powstaniu, informacji, czym ono tak naprawdę było, jak do niego doszło i jak postrzegała je każda ze stron – zarówno polska jak i niemiecka, ale tego nie mogły się dowiedzieć i zobaczyć. Patrząc na całą wystawę trzeba stwierdzić, że jest zrobiona nieudolnie, bez należytej staranności o estetyczny wygląd, wymowę artystyczną a przede wszystkim prawdę historyczną. Po jej obejrzeniu ciśnie się pytanie, dlaczego projektanci i wykonawcy zgodzili się na wykonanie takiego przedsięwzięcia nie znając historii powstania a jeżeli ją znają, to dlaczego ograniczyli się do powieszenia paru zdjęć z jakimś tam komentarzem zamiast rzetelnej prawdy o tamtych czasach, ludziach, zdarzeniach. Czy ktoś zrozumie podpis pod zdjęciem „żołnierze armii Hallera”, skoro wcześniej nie wyjaśniono, że Wojsko Polskie brało udział w walkach w innym kraju, bo przecież Śląsk należał wówczas jeszcze do Niemiec.
Jak pisałem na wstępie – pierwszym zadaniem, jakie postawiłem sobie na nowym stanowisku jest poprawienie ekspozycji. Nie zmienia to natomiast faktu, że - jak wykazałem powyżej – artykuł p. Polloka jest tendencyjny, mijający się w wielu miejscach z prawdą i uciekający się do nadużyć, manipulacji i przeinaczeń, jak w przypadku wspomnianej w ostatnim zdaniu kwestii przynależności obszaru plebiscytowego do Niemiec, którą wyjaśniłem wcześniej. Taka postawa nie służy niczemu dobremu, a tylko próbuje stworzyć podziały i podsycać pomiędzy ludźmi niechęć, która, przerodziwszy się w otwartą nienawiść doprowadziła przed dziewięćdziesięciu laty do przypadków zabójstw, nad którymi tak p. Pollok ubolewa. Nie mam w związku z tym żadnych wątpliwości co do intencji, jakimi kierował się opisując kierowaną przeze mnie placówkę i że reprezentuje środowisko, dla którego Muzeum Czynu Powstańczego jest ona solą w oku.
Witold Iwaszkiewicz
Kierownik Muzeum Czynu Powstańczego