?
 
Titelbild
 
 
  Suche   

 
   
 
Startseite / Artikel Aktuell Detailansicht
 

Lech "Lele" Przychodzki -Nie ma aniołów

 

(Recenzja ksiazki E.S. Polloka - „Legendy, manipulacje, kamstwa” (1)

Profesor Franciszek Antoni Marek, pierwszy rektor Uniwersytetu Opolskiego, cieszy się wśród rodowitych Ślązaków swoistą estymą. Jego liczne wypowiedzi mają jednak do siebie to, iż prowokują wielu publicystów i historyków do polemik. Polemik, w których obraz Śląska odzyskuje wymiar wielokulturowości, trzy powstania jawią się jako regionalne wojny domowe a polska obecność nie zawsze przybiera kształt „misji cywilizacyjnej”. Z F. A. Markiem dyskutował już Henryk Sporoń w swym tomie „W poszukiwaniu historycznej prawdy” (dwa wydania). Do grona polemistów dołączył również dr Ewald Stefan Pollok, znany mi już jako autor wstrząsających „Śląskich tragedii”. Prostowaniu „półprawd” prof. Marka poświęcił wcześniejszą nieco (1998), a teraz poprawioną i wznowioną przez Narodową Oficynę Śląską, książkę pt. „Legendy, manipulacje, kłamstwa a prawda o Śląsku i powojennej dyskryminacji jego mieszkańców”. Książkę nad wyraz potrzebną, zwłaszcza wychowankom PRL-owskich szkół (wszelkiego szczebla), których niewiedza na temat dziejów Śląska niekiedy przeraża – choć rzadko wynika ze złej woli. Znacznie częściej jej przyczyną jest zniekształcanie dziejów przez autorów podręczników, prac „naukowych” i tekstów publicystycznych, jakie dla większości wychowanych w Polsce po roku 1945 obywateli były JEDYNĄ dostępną lekturą. Po wyborach ‘89 niewiele się, niestety, w tej mierze zmieniło.

E. S. Pollok przywołuje głównie dwie broszury F. A. Marka. Pierwszą – „Tragedię górnośląską” - wydał Instytut Śląski w Opolu, wtóra to „Głos Śląska zniewolonego” (edycji patronował z kolei opolski Związek Górnośląski).

Autor „Legend…” już na ich stronie 8. zdaje się stawiać diagnozę pisarskiej metodzie prof. Marka. „Wydaje mi się, że trudno autorowi zrozumieć, iż nagle można mówić i pisać prawdę, że nikt nikogo o to w komitecie pytać nie musi. Człowiekowi, który całe życie spędził w krajach totalitarnych, najpierw w Niemczech hitlerowskich, a później w polskiej komunie, trudno się przestawić, zmienić sposób myślenia. Chciałoby się nadal kija i pałki (…)”. Mocne, zaiste, stwierdzenie. Ale wielce prawdziwe w odniesieniu do większości historyków RP, karmionych propagandą PRL-u a niekiedy AKTYWNIE tę propagandę współtworzących. Trzeba dwu - trzech pokoleń, by uwierzyć we własne siły i odrzucić nauki fałszywych mistrzów. Wciąż hołubionych (bo – „z dorobkiem”), obdarzanych doktoratami honoris causa, nagradzanych za „twórczy wkład w dzieje nauki polskiej”. O zasługach w roli TW, czyli Tajnych Współpracowników SB, nie wspominając. System szkolnictwa wyższego CAŁOŚCIOWO skrytykował zresztą niedawno (http://www.polityka.pl/przekluc-ten-balon/Lead33,936,269453,18/) prof. Leszek Pacholski, informatyk, matematyk i logik, w latach 2005-2008 rektor Uniwersytetu Wrocławskiego.

Na tragifarsę zakrawa cytat z „Tragedii…” F. A. Marka: „Mam historyczne prawa, moralny obowiązek oraz niezbędne kwalifikacje, upoważniające mnie do przemawiania w imieniu Górnego Śląska i jego mieszkańców”. Do przemawiania nie trzeba wcale posiadać praw (i to od razu „historycznych”). Moralny obowiązek? Z tym nie dyskutuję, jest on bowiem kwestią absolutnie jednostkową, opolanin (kiedyś powiedziano by „opolczyk”) być może „musiał”. W porządku. Tytuł profesorski, niestety, nie zawsze jest równy JAKIMKOLWIEK kwalifikacjom (patrz akapit powyżej). Najmniej trafia do mnie część druga „przesłania” p. Marka. Nie przyszło mi nigdy do siwiejącej już głowy, by mówić w imieniu innym, niźli własne. „Za” naród czy społeczeństwo mówili już zaborcy, potem niemieccy i sowieccy okupanci, po nich władza z nadania Kremla. Jeśli autor „podpiera się” niejako mieszkańcami regionu, sugerując, iż jest jednym z nich (to akurat prawda) i wyraża wypadkową ich myślenia (o tym można wątpić) – to albo do tego przywykł za Matuszki Partiji, albo usiłuje naddać rangi treściom swej broszury. Sprawdźmy więc teraz, z jakimi to tezami prof. Marka, stawianymi „w imieniu”, zmierzył się dr Pollok.

PLEBISCYT

Ilu nie-Ślązaków wie, że paragraf 2. prawa wyborczego plebiscytu z 20. marca 1921 r., mówiący, iż głosować mogą też osoby urodzone na Górnym Śląsku, ale tam nie zamieszkałe – wprowadzono na „wyraźne życzenie Delegacji Polskiej na Konferencję Pokojową w Paryżu; chodziło bowiem o zapewnienie prawa głosowania ludności polskiej, pochodzącej z Górnego Śląska, a pozostającej na emigracji zarobkowej w zachodnich rejonach Rzeszy”. (Encyklopedia Powstań Śląskich, Instytut Śląski, Opole 1992, s. 120). Rząd w Warszawie był pewien zwycięstwa, tymczasem sprawa obróciła się przeciwko niemu. Przez lata całe wmawiano Polakom, iż Niemcy dokonali tu manipulacji. NIE – wykorzystali LEGALNĄ szansę, daną im przez Aliantów na prośbę II RP.

Emigrantów przybyło 192 408. Za przynależnością regionu do Niemiec głosowało ich 182 288, za włączeniem do Polski ledwie 10 120 (wg innych danych: 18 120). Nawet odliczając te głosy otrzymujemy klarowny wynik: 47,2% za Polską (469 245 osób), 52,8% za Niemcami (524 571 ludzi). Trudniej od liczb ustalić PRZYCZYNY takiego rozkładu głosów, za włączeniem do Niemiec głosowali też bowiem Górnoślązacy, uważający się za Polaków – nie Niemców czy Ślązaków. Być może realia ekonomiczno–polityczne – niepewna sytuacja II RP i znajomość funkcjonowania państwa niemieckiego, jako sprawnej machiny o znośnych podatkach, uczciwym egzekwowaniu prawa i korzystnym systemie społecznych ubezpieczeń – przechyliły szalę na korzyść Republiki Weimarskiej. Tego typu badań nie przeprowadzono ani bezpośrednio po plebiscycie, ani w latach późniejszych. Dziś próba ustalenia motywacji Ślązaków w marcu 1921 r. staje się zwykłym gdybaniem.

Prof. Marek podaje tylko te dane szczegółowe, które wypadają korzystnie dla Polski. Pomija miejscowości i wsie (niekiedy uważane za „typowo polskie”), gdzie za Niemcami opowiedziała się przygniatająca większość (Rogów, Żużela etc.).

RELIGIA

Sanktuarium na Górze Świętej Anny odwiedzali wg prof. Marka głównie Polacy. „Modlili się po polsku, w swoim ojczystym języku, którego nigdy się nie wyrzekli…” (Tragedia…, s. 41). Dane z okresu XX-lecia mówią co innego: w r. 1928 naliczono 15 765 pielgrzymów niemieckich i 16 210 polskich. Rok dojścia Hitlera do władzy – 12 429 Polaków i 14 390 Niemców, dwa lata później Niemców pielgrzymowało na Sankt Annaberg 14 693 a Polaków 13 054. Na dobrą sprawę – po połowie.

Mszy po polsku zabronił Hitler Polakom na swojej części Śląska w lipcu 1939 r. Po wrześniu 1939 zarządzenie objęło resztę regionu. Po ingresie 9. września 1945 r. biskup opolski Bolesław Kominek zakazał używania niemieckiego podczas nabożeństw na całym Górnym Śląsku. Pierwsze nabożeństwo w tym języku odprawiono dopiero 4. czerwca 1989 r. na Górze Świętej Anny.

F. A. Marek, jak sam twierdzi, wielokrotnie pielgrzymujący na Annaberg za odstępcę uznał franciszkańskiego zakonnika, który przed kamerami TVP stwierdził, iż „na tej górze zawsze odbywały się polskie i niemieckie msze”. „Szkoda, że nie wszyscy zakonnicy czują historyczną wielkość oraz religijny majestat sanktuarium, którego są stróżami” (Tragedia…, s. 42). Czują, czują, profesorze… Religijny majestat – jak Pan to określa – nie stawia żadnego języka wyżej, niźli inne. Dusze się liczą… Choć trudno zaprzeczyć, iż kościoły od wieków uwikłane są w gry polityczne. Czego przykładem - kwestia języka nabożeństw.

Podobnie - idiotyczny zakaz nauki niemieckiego w szkołach Ziemi Opolskiej – obowiązujący aż do roku 1988! Widocznie w PRL-u uważano tamtejszych małych Ślązaków za „dzieci specjalnej troski” (ideologicznej). Język właściwie wyrugowano. Świadomości – raczej nie. Wielu Polaków poza RP dawno nie mówi w ojczystym języku, niektórzy młodsi znają tylko rosyjski czy angielski. Ale skoro przyznają się do polskości – czy wolno ich traktować jako obcych? Na pewno nie. Urzędnicy z Warszawy stawiali zresztą od dawna znak równości pomiędzy mieszkającym na Śląsku Niemcem, a Górnoślązakiem, mówiącym po niemiecku. Tam, na miejscu, nie jest to wcale oczywistością. Dla pierwszego punktem odniesienia jest bowiem nade wszystko RFN, dla drugiego – sam Śląsk.

Religia tymczasem służy łączeniu ludzi, nie ich różnicowaniu. Ktoś o tym kiedyś zwyczajnie zapomniał.

POWSTANIA ŚLĄSKIE I OSADZENIE W KULTURZE

Po nieudanej próbie utworzenia niemiecko-polskiej Śląskiej Republiki (grudzień 1918 r., Tarnowskie Góry), o czym pisał onegdaj Robert Karpiun, a co przypomniał historyk ze Schweinfurtu, Henryk Sporoń, w książce „W poszukiwaniu historycznej prawdy” (wyd. I, 2004, ss. 46-49), przyszedł czas na plebiscyt z marca 1921 r., i trzy kolejne powstania – ostatnie już po przegranej Polski w owym referendum. Jak pisze H. Sporoń: „Powstania były (…) przekreśleniem niekorzystnego dla Polski rezultatu plebiscytu, nie prawa do samostanowienia” (wyd. cyt. s. 44). Prawa do samostanowienia Śląskowi nie przyznano – nie dodano bowiem trzeciego pytania plebiscytowego – o Śląsk NIEZAWISŁY. Już w roku 2000 na łamach „Jaskółki Śląskiej” Edwald S. Pollok, Arkadiusz Faruga i Henryk Sporoń, wychodząc z różnych założeń doszli do wspólnego wniosku – powstania były nikomu w regionie niepotrzebną walką bratobójczą. Jej ofiarą padli też bliscy urodzonego w Gogolinie profesora F. A. Marka – ojciec historyka bił się w szeregach powstańczych, ale brat ojca – Franz – zginął po stronie niemieckiej. Śląski węzeł gordyjski.

Odbudowywana po 123 latach niewoli Polska liczyła się z koniecznością walki z Niemcami. Mimo to, ogłaszając 28. listopada 1918 r. ordynację wyborczą - zaplanowano wybory do Sejmu RP na terenie, należącym wciąż do Niemiec. Śląsk otrzymał wówczas 4 okręgi wyborcze: Nysa, Bytom, Opole i Katowice. Ewald S. Pollok przypomina, iż na ok. 2 mln 200 tys. ówczesnych mieszkańców regionu, do III powstania przystąpiło co najwyżej 50 tys. osób. Z tego ok. 7 tys. ludzi to polscy żołnierze, którzy przedostali się przez granicę, by wesprzeć rodaków. Prócz żywności, leków i lekkiej broni na Górnym Śląsku pojawiły się działa i 7 pociągów pancernych z obsługą polskich żołnierzy. Miało to ponoć wartość ok. 200 mln niemieckich marek.

Wg F. A. Marka z powstańcami i wojskiem polskim walczyli głównie „Niemcy z głębi Rzeszy, (…) brak na Śląsku grobów poległych żołnierzy Selbschutzu” (Głos Śląska zniewolonego, s. 10). Tymczasem autor „Legend, manipulacji, kłamstw…” stwierdza jednoznacznie: „A co do grobów Selbschutzu, to sprawa jest prosta. Ślązacy polegli w walce z powstańcami, grzebani byli na swoich parafialnych cmentarzach i nikt nie pisał, że walczyli przeciwko powstańcom. Napisano, że zmarł albo zginął i data. Co jest normalne. 50-ciu z nich położono na wieczny spoczynek w pomniku, wybudowanym na skarpie byłych kamieniołomów, gdzie w tej chwili stoi Pomnik Czynu Powstańczego” (s. 41). Tak, władze komunistyczne wysadziły po II wojnie ów niemiecki monument razem z trumnami poległych. Aniołów nie było - nikt nie protestował. Przynajmniej na głos. Przypomina jeszcze E. Pollok groby w lesie koło Zimnej Wódki i na cmentarzu w Leśnicy. Ich zachowane fotografie pochodzą sprzed 1945 r. Potem ślad po tych miejscach ostatniego spoczynku żołnierzy Selbschutzu niknie w tzw. pomroce dziejów.

Zupełnym nie liczeniem się ani z faktami, ani z ludzką słabością jest teza prof. Marka, która przydaje powstańcom cechy ludzi absolutnie praworządnych: „Korfanty był człowiekiem etycznym i głęboko religijnym, do rozboju nie dopuszczał. Nawet przed pałacami znienawidzonych junkrów wystawiał straże” (Głos Śląska zniewolonego, s. 11). Korfanty Korfantym, a ludzie ludźmi. Przed samym tylko Sądem Polowym Naczelnej Komendy stanęło ponad 1000 żołnierzy i cywili. Zapadały tam także wyroki śmierci i dożywotniego więzienia. Czy ukarano sprawców spalenia wsi Anhalt (Hołdunów) w pow. pszczyńskim, o czym pisał w 1996 r. H. Koschyk – nie wiem. Po ustaniu walk aresztanci pochodzący z terenu Polski przewiezieni zostali do miejsc odosobnienia w głąb kraju. I raczej nie traktowano ich tam jako bohaterów.

Pisze jeszcze Ewald S. Pollok o schizofrenicznych niekiedy, przymusowych zmianach imion i nazwisk niemieckich Ślązaków (lub nawet Ślązaków polskich, noszących „zbyt niemieckie” nazwiska) po roku 1945. Bywało, iż decyzją urzędnika pół-analfabety nadawano komuś imię „Jeży”, a dzieci jednego małżeństwa otrzymywały… różne nazwiska. Ileż kłopotów powodowało to po latach, wiedzą najlepiej sami zainteresowani (= pokrzywdzeni). Przypomina, iż wielu Polaków uznano „przy okazji” za Niemców (podobne historie z życia wzięte opisywał H. Sporoń) – było im bowiem co zarekwirować, lub zwyczajnie „nie pasowali” nowej władzy. Świetnie czuje się autor w tych kwestiach, które dotyczą wspólnego dziedzictwa kulturowego – splątanych dziejach rodów śląskich możnowładców, gdzie i polscy i niemieccy, i czescy czy węgierscy nieraz antenaci… Ukazuje, jak niektóre postaci (św. Jadwiga z Andechs) stają się „własnością” każdego z żywiołów etnicznych Śląska – niemieckiego, polskiego i morawsko-czeskiego. Nie zapomina o trzynastu śląskich noblistach, ani tragicznych (groteskowych niekiedy, bo spec-komisje za pieniądze i wódkę nawet zagorzałego nazistę mogły uznać za rdzennego Polaka) chwilach weryfikacji na Górnym Śląsku i obozach dla ludności regionu.

Uśmiech budzi proste zestawienie lat przynależności Śląska do Czech (281 lat, wg F. A. Marka – około 100 lat), Polski (338 lat, wg prof. Marka ok. 400 lat), Austrii (216 lat, wg uczonego – prawie 250 lat) oraz Prus/Niemiec (203 lata i 182 lata w wersji prof. F. A. Marka).

Niewiedza czy..? Pozostawmy to pytanie bez rozstrzygnięcia.

Jakże ważkie jest zdanie autora z setnej strony obecnej edycji „Legend, manipulacji, kłamstw…”. Powiada Ewald S. Pollok: „Granica przynależności narodowej przebiegała często w umyśle ludzi, a nie wyznaczona była szlabanami”. Tak – Śląsk to rodzaj Kresów, styku kilku kultur (nie KRAJÓW, to mniej istotne), które przez stulecia umiały pokojowo koegzystować i rozwijać region ku wspólnemu pożytkowi mieszkających tam ludzi. Tragedię Śląska rozpoczął jego sztuczny, administracyjny podział.

Podobnie było na wschodzie. Politycy kilku nieprzemyślanymi decyzjami potrafili uczynić wrogów z dotychczasowych sąsiadów. Niekiedy byli tylko egoistami, kierującymi się interesem chwili i niewielkiej grupy nacisku. Niekiedy – łotrami, którzy szczucie na siebie obywateli, myślących w różnych językach i wychowanych w odmiennych religiach – uznali za bezpieczny sposób sprawowania władzy. Czas mija i nawet tchórze mogą już (w miarę dostępu do źródeł) pisać prawdę o dziejach Śląska i nie tylko Śląska. Niechże raz jeszcze głos zabierze E. S. Pollok: „Prawdy historycznej dowiemy się tylko wówczas, gdy edukacja historyczna znajdzie się w rękach ludzi mądrych, odważnych i uczciwych, którzy się na niej znają i dla których coś ona znaczy. Nie powinna zatem być polem nieustannych harców politycznych kłusowników i historycznych ignorantów” (s. 183).

Także czekam. I wciąż widzę w najlepszym przypadku jeśli nie nawiedzonych ideologów, to miernoty, trzymające się kurczowo „bezpiecznych” tematów. Polska humanistyka, wzorem polityków i mass-mediów szuka problemów zastępczych. A te, dotychczas nie rozwiązane – nabrzmiewają z wolna, by po latach wydać kolejny gorzki owoc. Takie tao?

 

Lech L. Przychodzki (specjalnie dla Infopolu - www.infopol.lt/pl/naujienos/detail.php )

 

(1) Ewald Stefan Pollok

"Legendy, manipulacje, kłamstwa a prawda o Śląsku i powojennej dyskryminacji jego mieszkańców”

Narodowa Oficyna Śląska, Zabrze 2008, wyd. II poprawione – ISBN 978-83-60540-73-2

 

Kommentare zu diesem Artikel - Komentarze do artykułu



Anzeige: 1 - 1 von 1.

AG(II)
Freitag, 27-02-09 13:09

Garść uwag na temat recenzji.
Zgadzam się z recenzentem w tym, że nikt nie ma wyłączności na wypowiadanie się na temat Śląska i reprezentowania wszystkich Ślązaków, ani Marek, ani Pani Simonides ani także Pollok lub szef RAŚ’u – zapomniałem nazwisko. Tytuł profesorski faktycznie niczego nie dowodzi, habilitacja też, o doktoracie nie wspomnę! Recenzowałem szereg prac naukowych w swym życiu i widziałem szereg cudzych recenzji. Niedużo mi zostało w pamięci – co najwyżej „perełki”.
Mój zagraniczny recenzent rozprawy habilitacyjnej chciał się zorientować jakie standardy obowiązują w Polsce w tej materii i Dziekan dał mu pierwszą, lepszą recenzję jako wzór. Recenzja była bardzo krótka i dobitna: „głównym elementem pozytywnym rozprawy jest umiejętne przepisanie pracy doktorskiej swej żony, z którą bardzo dobrze współpracuje”. Przerażony profesor (i ja też) wyraziliśmy lekki niepokój wobec takiego wzorca, ale Dziekan wytłumaczył nam, że recenzent może pisać to na co ma ochotę, byle ostatnie zdanie było zgodne ze sformułowaniem żądanym przez ustawę - o akceptacji lub nie tej rozprawy i to miał na uwadze, dając coś na wzór. W efekcie mimo niepokoju stwierdziłem, że recenzja zagraniczna była najbardziej wnikliwa i pełna – na szczęście zawierało też to ostatnie zdanie w wersji pozytywnej. Brak zaufania do niektórych prac i stopni naukowych mogło u mnie pochodzić z autopsji. Słyszałem wypowiedź pewnego przedstawiciela nauk humanistycznych na temat jego starań o habilitację: „Skrócę trochę moją pracę doktorską i będę miał rozprawę habilitacyjną” – ale to nie był Marek!!!
Książka Polloka nie jest rozprawą habilitacyjną choć nie można tego wykluczyć (chyba jeszcze nie jest?) więc rola recenzenta jest nieco inna. Może oczywiście zmotywować autora do dalszej intensywnej pracy chwaląc go co nieco, ale chyba główny obowiązek polega na wytknięciu błędów. Spotkałem kilka oficjalnych i nieoficjalnych recenzji tego dzieła na forum Silesii, na temat „bałwochwalczej” recenzji pana Kosa nawet już się wypowiedziałem.
Niniejsza recenzja mi się w zasadzie podoba, choć i tak zawiera może za dużo plusów. Uzupełniłbym ja wypowiedzią internauty „3maj”, który jednak co nieco zausterkował. Niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to nie jest recenzja broszurki Polloka, a raczej „dzieła życia” jego adwersarza Marka. Chciałbym naprawdę wiedzieć, dlaczego Pan Ewald tak się uwziął na Marka, czy nie ma tu jakichś ukrytych powodów niemerytorycznych? Znam profesora Marka dość dobrze, nieraz ubawiły mnie niektóre jego wnioski naukowe, ale on naprawdę wierzy w to co mówi i pisze. Recenzent cytuje liczby – niezbyt dokładne zdaniem Polloka, ale sam też nie jest bez winy – kazał Markowi ujrzeć „światła tego świata” (z niemiecka – das Licht der Welt) w Gogolinie, chociaż Franciszek zakrzyknął pierwszy raz niedaleko Rybnika, w Gogolinie spotkał Karliczka znacznie później.
Sam dowiedziałem się z recenzji niezwykle ciekawej rzeczy - że moje istnienie zawdzięczam II Rzeczpospolitej, która swym wnioskiem o prawo do głosowania w plebiscycie ściągnęła moją matkę z Aachen do Żabieńca, gdzie ją „dorwał” pewien kawaler, co zniszczyło jej pięknie rozpoczętą karierę zawodową i zapoczątkowało powstanie i rozwój rodziny, gdzie po wielu próbach (6 umiarkowanie udanych) „wyprodukowano” wreszcie najlepszą wersję – czyli mnie!
Odnośnie Góry Św. Anny Pan Franciszek faktycznie się trochę zagalopował, ale biskup Nossol wyrównał szanse i zapoczątkował odprawianie mszy po niemiecku właśnie w tym Sanktuarium. Na początku frekwencja była duża, nie wiem jak to wygląda teraz, czy oprócz turystów niemieckich jeszcze garną się jacyś ludzie? W Kędzierzynie są takie pustki, że moja siostra nawet chora stara się robić tłum w kościele. Tym niemniej uważam, że mojemu pokoleniu takie zakończenie kariery religijnej się należy „ten wąż niech się ugryzie w ogon” - von der deutschen Taufe, über Beichte und Kommunion bis zum Grab. Środka tej drogi życiowej nie da się już zmienić. Ślub miałem w Katedrze Wrocławskiej, ale nie były to już czasy kardynała Bertrama – polakożercy - jak niektórzy twierdzą . Za to bierzmował mnie biskup Kominek, który nie działał raczej na korzyść autochtonów i niezbyt chlubnie zapadł mi w pamięć. Bardzo cenię „kolegę” profesora Nossola, który naprawdę stara się działać pond wszelkimi podziałami dla dobra wszystkich mieszkańców Śląska Opolskiego.
Zainteresował mnie tez problem mogił Selbstschutzu, a pisałem w Silesii nawet na ten temat z okazji pomnika – u nas była mogiła z nazwiskami itd. ale znikła.
O Powstaniach Śląskich myślę mniej więcej tak samo jak o Warszawskim – tzn. negatywnie. Znam niektóre zabawne momenty z tych czasów, np. jak mój stryj kombinował jak kameleon dojeżdżając do Zabrza do pracy – miał odpowiednie dokumenty w kieszeniach i w zależności od tego, kogo po drodze spotkał, sięgnął do lewej lub prawej kieszeni. Na szczęście się nie pomylił ani razu, przeżył więc powstania, wojnę, ale „ochotnicza” praca na rzecz odbudowy ZSRR nie bardzo mu służyła i krótko po powrocie zmarł.


Kommentar schreiben - napisać komentarz



Vorname
Nachname
E-Mail *
Nachricht *
Antwort
Bitte geben Sie hier das Wort ein, das im Bild angezeigt wird. Dies dient der Spamvermeidung Wenn Sie das Wort nicht lesen können, bitte hier klicken.
CAPTCHA Bild zum Spamschutz
 

Kommentare



 
redakcja@silesia-schlesien.com | redaktion@silesia-schlesien.com | Impressum
© copyright 2004-2005 by silesia-schlesien.com

Besuchen Sie auch:
[Weinfässer als Regentonnen, Springbrunnen und Gartendekorationen]