Obozy koncentracyjne, wypędzenia a Steinbach
Von: Ewald Stefan Pollok
"Rzeczpospolita" ogłosiła wyniki sondażu na temat, "którego z międzynarodowych polityków najbardziej boją się Polacy." Okazuje się, że 38 % Polaków boi się niemieckiej Eriki Steinbach.
Wyniki są wstrząsające i jednocześnie zastanawiające. Należałoby rozważyć, co jest powodem takiego myślenia, dlaczego społeczeństwo Polski boi się polityka mieszkającego w kraju ościennym; z czego wynika ta niechęć.
Kto to jest p. Steinbach? To 66 letnia kobieta, która od 1990 roku, kiedy wybrano ją z ramienia partii CDU, jest posłanką do niemieckiego Bundestagu (Sejmu). Od 1998, po śmierci dr Herberta Czai, przejęła jego schedę jako przewodnicząca Bund der Vertriebenen (Związek Wypędzonych). Steinbach jest jedną z 598 posłów (Abgeordnete) niemieckiego parlamentu. Jest zwykłym posłem, inaczej powiedziawszy, jedną z wielu w tej grupie osób. Nie jest członkiem rządu niemieckiego. Trudno byłoby znaleźć informacje o niej w jakiejś niemieckiej encyklopedii, natomiast w polskiej encyklopedii PWN i Gazety Wyborczej można o niej czytać.
W czasie sondy ulicznej, prowadzonej przez niemiecką TV ZDF, pokazywano przypadkowym przechodniom kolorowe zdjęcie p. Steinbach i pytano, kto to jest. Dziewięć osób z dziesięciu odpowiedziała, że jej nie zna. Jeden mężczyzna, po dłuższym zastanowieniu, powiedział: "Chyba jest politykiem, ale pewny tego nie jestem." Czyli jak widać p. Steinbach nie jest w Niemczech postacią znaną i rozpoznawalną.
Inaczej rzecz ma się w Polsce. W Słubicach, gdzie przeprowadzono drugą część sondy, dziesięć przypadkowych osób bez zastanowienia rozpoznało ją na zdjęciu a jedna z nich dodała komentarz, że ona chyba jest spokrewniona z Hitlerem, bo ma podobne rysy twarzy. Zastanawia jedno – czy ta osoba naprawdę widziała to podobieństwo, czy też polska medialno-polityczna nagonka na Erikę Steinbach doprowadziła do tak daleko idących, absurdalnych skojarzeń.
Co trzeci Polak boi się jakieś niemieckiej "blond bestii", jak ją określił W. Bartoszewski "sekretarz stanu w Kancelarii Premiera ze specjalnym statusem pełnomocnika ds. relacji z Niemcami i własnym biurem w budynku na Alejach Ujazdowskich", przy czym fenomenem jest, iż społeczeństwo niemieckie nie znało jej, do czasu aż strona polska zrobiła w związku z nią tyle niepotrzebnego, delikatnie mówiąc, zamieszania.
Niektórzy próbują wziąć odwet na p. Steinbach za to, co zamierza zrobić. A mianowicie, kilka lat temu ona i nieżyjący od roku sekretarz generalny SPD prof. Peter Goltz jako pierwsi politycy niemieccy głośno i z przekonaniem powiedzieli, że należy pozostawić ślad związany z wypędzeniem 15 milionów obywateli niemieckich z byłych wschodnich terenów niemieckiego państwa (Śląsk, Pomorze, Mazury) i innych państw wschodnich (Węgry, Czechy, Rumunia, Jugosławia). Wcześniej wypowiadano się na ten temat w czasie różnych spotkań, na zebraniach i konferencjach. Steinbach podniosła ten temat w mediach i zapisała w swoim politycznym credo, że należy upamiętnić los ciężko doświadczonych Rodaków. Pamiętajmy, że w czasie wypędzeń zginęło ponad 2,2 miliona Niemców. Przedstawił to niemiecki Kanclerz Helmut Kohl w czasie mszy pojednania w Krzyżowej, kiedy w ramiona padli sobie polski protestant Tadeusz Mazowiecki i niemiecki katolik Kohl. I mogłoby się wydawać, że społeczeństwo polskie zrozumiało ten gest pojednania a przede wszystkim dowiedziało się o wypędzeniach i liczbie ofiar jakie ono ze sobą niosło.
Pani Steinbach przy poparciu pewnej części społeczeństwa niemieckiego zabrała się do pracy. W 2000 roku Bundestag poparł jej starania i większością głosów przyzwolił na stworzenie muzeum-wystawy Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, któremu po długich, kilkuletnich dyskusjach nadano nazwę "Widoczny znak". Steinbach napisała listy do rządów Węgier i Czech, jak również do ówczesnego ministra spraw zagranicznych p. W. Bartoszewskiego, by zechcieli zrozumieć tę niemiecką ideę i pomóc w jej realizacji.
Z Czechami i Węgrami nie było żadnych problemów. Szybko nawiązano odpowiednie rozmowy. Steinbach była zaproszona przez powyższe rządy i nawet w węgierskim parlamencie mogła przedstawić swoją koncepcję.
Strona polska w osobie ministra p. W. Bartoszewskiego na list-prośbę w ogóle nie zareagowała. Również nie odpowiedziano na drugi list p. Steinbach. Mało tego, minister unikał jej jak ognia. Na Międzynarodowych Targach Księgarskich w Lipsku p. Bartoszewski podpisywał swoją książkę a kiedy wśród publiczności zobaczył p. Steinbach zaraz na zakończenie autorskiego dnia wycofał się w kuluary obstawiony ochroniarzami. Nie chciał rozmawiać z p. Steinbach. Pan minister wszem i wobec ogłasza, że jest dumny z tego, iż nigdy nie podał jej ręki...
Zwykła grzeczność wymagałaby jednak rozpocząć rozmowy i przedstawić polski punkt widzenia. Uciekanie wygląda nie bardzo elegancko i nieprofesjonalnie. Czy p. Bartoszewski bał się tego, że p. Steinbach ma w ręce mocne karty, które trudno wytrącić?
Bartoszewski nazwał ja anty-Polką i porównał do negującego Holokaust lefebrystycznego biskupa Riharda Williamsona. Senator Arciszewska z polskiego powiernictwa przegrała sprawę w sądzie, w którym nałożono na nią karę 50.000 Euro i zakazano publikacji ulotki sugerującej związki Steinbach z narodowym socjalizmem. Zapomniano zapewne o tym, że w Unii Europejskiej panuje kultura porozumienia i że należy unikać tonu histerii podlanej sosem nacjonalizmu.
Polska przez cały ten czas była przeciwna Centrum, widocznie obawia się, że Niemcy pokażą powojenną rzeczywistość, jaka zaistniała na byłych wschodnich niemieckich ziemiach. Obawiano i obawia się nadal tego, że Europa może zobaczyć w jak nieludzki sposób wypędzano ludzi z ich domów, nie bacząc na to, że to były dzieci, stare kobiety i zniedołężniali starcy.
Minister Neumann przyznał, że nie udało się zorganizować międzynarodowej konferencji historyków między innymi dlatego, że uczestnictwa odmówili historycy z Polski.
Strona Polska próbowała blokować różnymi sposobami to zamierzenie. Do dyskusji w "Rzeczpospolitej," w której brali udział Donald Tusk i przedstawiciele innych partii: UW, PSL, SLD i PiS zaproszona została również p. Steinbach i wówczas Tusk skrytykował pomysł tworzenia Centrum przeciwko Wypędzeniom, i jak pisze P. Semka, "podkreślał, że Erika Steinbach porusza się po bardzo delikatnym obszarze ludzkich urazów i otwiera blizny po wojennych cierpieniach."
Trudno tu mówić o wojennych cierpieniach, gdyż te wszystkie sprawy związane z Niemcami zostały wprowadzone w życie dopiero po wojnie a większość osób nic o tym, bo wypędzenie i obozy powojenne były tematem tabu, nie wiedziały. Za ruszenie tego zagadnienia groziły różne "nieprzyjemności", nie wolno było o tym pisać, rozmawiać i dyskutować. Polacy dopiero teraz dowiadują się - jeżeli tego pragną, a różnie to w normalnym życiu bywa - co się wówczas działo i nie mogą w niektóre rzeczy uwierzyć. Każdorazowo, kiedy rozmawiam o tym patrzą na mnie z niedowierzaniem, "bo przecież czegoś takiego być nie mogło” lub „coś takiego nie mogło się wydarzyć. Po tylu latach już dawno byśmy o tym wiedzieli, chyba, że Pan pomieszał niemieckie obozy wojenne, bo o tych wiemy i to dużo złego" Wyjaśniono mi kilkakrotnie, że czegoś takiego być nie mogło, bo "przecież my Polacy mamy dobre serca i dużo chrześcijaństwa w sobie i nie moglibyśmy czegoś takiego zrobić."
A nawet teraz po kilku latach dyskusji na temat Steinbach większość społeczeństwa polskiego nie wie, o co konkretnie w tym wypadku chodzi. Rozmawiałem z kilkunastoma osobami i nikt nie potrafił dać odpowiedzi, w czym tkwi problem. Mówiono "straszą nas jakąś Steinbach, ale dlaczego ona ma być dla nas straszakiem tego nie wiemy", a inny dodał: "Ponoć ma nam zabrać domy i ziemię."
Kiedy przeprowadzałem wywiad z profesorem, który był doradcą polskiego ministra spraw zagranicznych i przez cztery lata polskim ambasadorem w Korei Południowej, to byłem porażony tym, co usłyszałem, jakby nie było od nieprzeciętnego człowieka, który twierdził: "proszę nie nazywać stosunku Polaków do Steinbach nienawiścią. Polacy żywią do niej pogardę." A dalej "notorycznie zajmuje antypolskie stanowisko. To ona występowała przeciw traktatowi z Polską, przeciw naszemu członkostwu w UE i NATO" i "ona notorycznie podaje w swoim życiorysie, że urodziła się w Rahmel in Westpreussen" (wyj. Rahmel to Rumia)
Jeżeli te zarzuty mają zobowiązywać do nienawiści, to ręce normalnie myślącemu opadają. Prawdą jest, że Steinbach jak i 22 innych posłów Bundestagu głosowała przeciw granicy na Odrze. Jednak po podpisaniu odpowiednich dokumentów w czasie spotkania 2 +4 nigdy jej nie kwestionowała. Co do EU, Steinbach była zdania, że należy z Polską najpierw załatwić niektóre sporne kwestie, których ciągle nie można zamknąć i są powodem nieporozumień, "Historyczne pojednanie nie jest możliwe, jeżeli mroczne rozdziały przeszłości pozostaną tematem tabu. Należy do nich wypędzenie ludności. Należy do nich także ludobójstwo."
W demokratycznym państwie można mieć własne zdanie i je wypowiedzieć, co p. Steinbach zrobiła. Należałoby pomyśleć o tym, jak to polska delegacja w Nicei (pamiętne "Nicea albo śmierć") walczyła i chciała, by Niemcy otrzymały mniej głosów w Radzie Europy. Czy Niemcy też mają się czuć obrażeni i nie rozmawiać z przedstawicielami polskiej polityki, bo Polska jest przeciwna Niemcom? Niemcy patrzą dalej, a Polacy drepczą bardzo często w miejscu lub wracają do dawnych lat, tak jak prezydent L. Kaczyński na forum europejskim gdzie próbował przekonać tamtych posłów, że Polska gdyby nie było wojny, miała teraz około 60 mln mieszkańców i dlatego należałoby jej dać więcej głosów w Radzie Europy. Eurodeputowani byli zaszokowani takim przedstawieniem sprawy, oni wiedzieli, że wojna była w całej Europie, o czym najprawdopodobniej polski prezydent zapomniał, ale to świadczy o braku znajomości historii Europy, a opieraniu się tylko na polskiej.
Co do miejsca urodzenia, to doprawdy aż wierzyć się nie chce, iż jeszcze dzisiaj istnieje w Polsce i pokutują w głowach nadal komunistyczne zarządzenia, które mówiły "my możemy mówić Lipsk na Leipzig, Ratyzbona na Regensburg" nie daj Boże by ktoś powiedział Breslau na Wrocław. A p. Steinbach była tak bezczelna, że podała, iż urodziła się w Ruhmel a nie w Rumii. Rumia przez bardzo długi okres czasu nazywała się Ruhmel i należała do Prus, i dopiero od 10 lutego 1920 r., kiedy w ramach traktatu wersalskiego przeszła pod władanie polskie nazywana jest Rumią. Czy taki drobiazg może być powodem, by nienawidzić kogokolwiek? Tym bardziej, że niektórzy Polacy w swoich paszportach mają miejsce urodzenia Lwów, Wilno a nie Lviv czy Vilnius.
Małostkowe to sprawy, którymi zajmuje się część Polaków, zamiast tworzyć coś, by zbliżyły się obie nacje.
Uczestnicy konferencji trzech mocarstw w Poczdamie zostali postawieni przed częściowo dokonanymi faktami, ponieważ do jej rozpoczęcia w lipcu 1945 r. wypędzono w nieludzki sposób 400 000 osób i urządzono dziesiątki obozów koncentracyjnych dla mieszkańców Śląska, Pomorza, Mazur pochodzenia niemieckiego i Niemców w innych częściach Polski. Lagry uruchamiano w byłych hitlerowskich obozach koncentracyjnych lub ich filiach z zachowaniem istniejącej infrastruktury. Pierwszy obóz powstał jesienią 1944 w Krzesimowie w teraźniejszym woj. lubelskim. "W niektórych regionach Polski głównie na Śląsku i Pomorzu, powstawały w miejscach przypadkowych (koszary, szpitale, ruiny fabryk, zniszczone zabudowania poklasztorne i pałacowe) tzw. obozy dzikie, podlegające miejskim lub powiatowym strukturom Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego."
Po zakończeniu konferencji poczdamskiej wprowadzono weryfikację na byłym niemieckim Śląsku, w trakcie której każdy mieszkaniec musiał opowiedzieć się za Polską, a jeżeli tego nie uczynił, został wydalony ze swojego miejsca zamieszkania, skierowany do obozu, a jeżeli go przeżył, wywieziony do Niemiec. A przed weryfikacją wypędzano najczęściej tych, którzy posiadali ładne i duże gospodarstwa, które można było dać swojemu.
Różnie z tym wysiedlaniem bywało. Jednym dawano godzinę, innym pół, ale większości musiało wystarczyć 10-15 minut, by w swój tobołek spakować najpotrzebniejsze rzeczy i stanąć na ulicznym apelu. Wypędzonych bito, kazano czekać dniami na transport, ograbiano z resztek tego, co w 20 kg pakunkach posiadali, wywożono w nieludzkich warunkach, często nie dając im żadnego wyżywienia, w związku z czym w czasie podróży wiele osób zmarło. Po opuszczeniu mieszkań i domów przez prawowitych mieszkańców, grabiono wszystko, co tylko posiadało jakąkolwiek wartość, a resztę najczęściej rozbijano siekierami lub podpalano.
Większość osób pozbawionych w ten sposób swojego stałego miejsca zamieszkania umieszczano w obozach zwanych pięknie - obozami pracy, w których tysiące zmarło z głodu, chorób, pobicia, a niektórych po prostu zamordowano. W Polsce takich obozów, jak stwierdziła TV Polonia, było około 1200. Wg. źródeł niemieckich było 1255 obozów koncentracyjnych, obozów pracy i miejsc odosobnienia i 227 więzień, z tego na tzw. ziemiach odzyskanych odpowiednio 681 obozów i 119 więzień. Przykładowo w woj. łódzkim istniało po 1945 r. 81 obozów najróżniejszego typu, w województwie warszawskim - 54. W powiecie olsztyńskim - 126, w granicach teraźniejszego woj. opolskiego 212 obozów i więzień.
Prof. W. Bartoszewski w wywiadzie dla TV Polonia oświadczył: „Protokół zdawczo odbiorczy przy przekazywaniu obozu w Świętochłowicach, który wcale nie był jednym z największych obozów, ale jednym z najbardziej głośnych (i najbardziej krwawych – wyj. autora) pochodzącym z jesieni 1945 r. mówi o tym, że w ciągu kilku miesięcy, w których rządził tam komendant Morel, na pewno wg. urzędowych danych zmarło około 1/3 więźniów, a można przypuszczać, że liczba ta była jeszcze większa.” I tu Bartoszewski ma rację, do powyższej wypowiedzi należy dodać, iż znaleziono podpisanych przez Morela 1.800 aktów zgonu, a uważa się, że zginęło w tym obozie od lutego do listopada 1945 r. około 2500 do 4000 uwięzionych.
Najgorszą sławę posiadały obozy w Świętochłowicach, Jaworznie, Trzebini, Potulicach, Sikawie k. Łodzi, Lesznie-Gronowie, gdzie istniał obóz pracy dla dzieci (?!) od 0,5 roku życia. 19 maja 1949 r. zamkniętych było jeszcze 339 dzieci, przy czym
- półrocznych -12
- rocznych - 7
- do lat 2 - -13
- do 4 -13
- do 6 lat - 54
- do 8 - 88
- do 10 lat - 81
- do 12 - 71
Utworzono specjalny oddział obozu dziecięcego w obozie w Potulicach gdzie dowożone były dzieci z całej Polski.
Podam jedynie 10 przykładów dzieci z nazwiskami rozpoczynającymi się na B, które zmarły w "obozie pracy"? w Potulicach.
- Becker Willi ur. 9.03.1943 zmarł 28.04.1946
- Behrendt Marta ur. 20.01.1945 zmarła 23.02. 1946
- Biendara Erika ur. 28.09.1945 " 19.02. 1946
- Bleck Ewa.Maria ur. 29.06.1945 20.05.1946
- Blich Werner 31.12. 1945 18.02.1946
- Block Remil 5.06.1948 7.11.1948
- Bloumann Klaus 14.01.1949 29.01.1949.
- Bohlmann Elfriede 13.10.1944 25.06.1946
- Bolke Rudi-Siegfried 8.1.1945 3.11.1945
- Born Renate 10.11.1945 14.11.1945
Prócz dzieci w "obozach pracy"? zamykano starców, którzy tam kończyli swój żywot. Podam przykładowo 10 osób, nie najmłodszych:
- Barut Maria 8.08.1863 4.03.1945 Potulice, lat 82
- Bembke Wilchelmina 15.04.1867 6.03.1945 Potulice, 78
- Bland Michalina 16.09.1858 7.03.1945 Potulice 87
- Bloch Paulina 19.11.1862 29.01.1948 Sikawa 86
- Bosler Paulina 9.05.1869 3.09.1948 Potulice 79
- Busch August 19.04.1866 4.09.1948 Potulice 82
- Ceres Gustaw 22.04.1859 6.11.1946 Sikawa 87
- Dabert Josef 6.06.1868 4.11.1945 Sikawa 77
- Dimanski Ida 23.02.1866 29.01.1948 Leszno 2
- Dejowa Florianna Sikawa lat 96
Szczególnie często wzmiankowany był i jest nadal obóz w Łambinowicach koło Niemodlina. W czasie narady w starostwie niemodlińskim na temat rozwiązania problemu narodowościowego spisano 14 lipca 1945 r. protokół, w którym czytamy m.in. "w obliczu niemożliwości rozwiązania innymi drogami problemu osiedlenia na terenie naszego powiatu - stworzenie obozu koncentracyjnego."
Mówi się o nim między innymi dlatego, że przez prawie całe półwiecze władze polskie nie przyznawały się do popełnionych tam zbrodni, mało tego, zarzucano zachodnim a szczególnie niemieckim środkom masowego przekazu, że jątrzą, chcą doprowadzić do nieufności wobec Polski, i że to wszystko jest tylko antypolską akcją rewizjonistów, którzy zamierzają zatuszować kłamstwem hitlerowskie zbrodnie.
Również niektórzy polscy kombatanci i byli więźniowie obozów hitlerowskich twierdzili, iż obozu dla Niemców w Łambinowicach nie było. Kiedy ukazał się książka niemieckiej autorki Helgi Hirsch "Zemsta ofiar", tłumaczona z niemieckiego , natychmiast zgłosili się więźniowie wojennego obozu w Potulicach, którzy twierdzili, iż po wojnie żadnego obozu dla Niemców w Potulicach nie było.
A jak traktowano w tych obozach uwięzionych można przedstawić na przykładach.
W Łambinowicach strażnicy wzywali do siebie kobiety i dziewczyny i gwałcili je często na oczach innych. Niesubordynacja były ciężko karana
Zeznania świadków mówią o konkretnych zabójstwach: "W obozie maltretowano, kopano, deptano i zabijano (...) Były groby długości 150 metrów, szerokości 24 metrów i 2 m głębokości. Jeden ze strażników powiedział: "Z przyprowadzonych do obozu 20 Niemców, zabito 9 a dziesiątego zastrzelił sam komendant Gęborski." Grabarz oświadczył: "najpierw grzebano trupy w rowach przeciwlotniczych na terenie obozu a później na nowym cmentarzu" po 170 osób w rzędzie.
W czasie gaszenia palącego się drewnianego baraku strażnicy otworzyli niespodziewanie ogień z karabinów i karabinu maszynowego. Wśród więźniów zapanowała panika. Część osób ze strachu przed śmiercią wbiegła do palącego się baraku, z którego później wyciągnięto zwęglone zwłoki. Strażnicy gonili po obozie osoby, które ze strachu uciekały od ognia i karabinów; urządzono na nich regularne polowanie.
Uwięzieni twierdzą, że w ten sposób zamordowano wówczas sporo osób, a zamknięty w tym obozie niemiecki lekarz Esser twierdzi na podstawie swoich notatek, iż w ten dzień pozbawiono życia 581 ludzi. Oficjalne dokumenty mówią o 48, którzy ponieśli śmierć.
Jedna z więźniarek, prosta kobieta ze wsi, mająca trudności z dokładnym literackim formułowaniem zdań napisała: "Polska milicja przychodziła ciągle rabować, nic nie było przed nimi bezpieczne. 14 lipca 1945 r. milicja w brutalny sposób spędziła wszystkich mieszkańców do jednej zagrody. Szczególnie mężczyźni byli okropnie bici kolbami. Pewna część mężczyzn zwolniona przez Rosjan, została natychmiast przez Polaków zamknięta w chlewie, w którym leżała masa gnoju. Trzej polscy żołnierze, jeden z nich trzymał w ręce gumową pałkę, stali przy moim wejściu. Tłumacz wyjaśnił: "Otrzyma pani 10 uderzeń, jeżeli będzie pani krzyczeć uderzeń będzie 20". Po trzecim uderzeniu zemdlałam i nie wiem ile ich jeszcze otrzymałam. Zakrwawieni i opuchnięci mieliśmy kłopoty z siedzeniem i chodzeniem."
Inny uwięziony podał: "27 lipca 1945 r. o brzasku milicja obstawiła wioskę. Mocno wystraszeni obserwowaliśmy przez okno, jak do każdego domu wchodzili żołnierze. Po chwili przyszedł również jeden z nich do nas. Drzwi otworzył siłą i powiedział "Wszystko, co niemieckie za 5 minus raus". Moja trójka dzieci ze strachem zabrała cokolwiek do ubrania, ja wzięłam garnki na jedzenie. Z każdego domu wychodzili ludzie z tłumoczkiem w ręce, niektórzy boso. Również ciężko chorzy musieli wyjść z domu.
Przy codziennej gimnastyce znęcano się i bito mężczyzn. Jeden z wartowników kopnął lub uderzył w twarz któregoś z nich, tak że ten padł na ziemię. Natychmiast rzucali się dalsi wartownicy na niego, bili pałami gumowymi, deptali go butami, tak że ten biedny po kilku minutach już nie żył. Grupie sześciu mężczyzn kazano ubrać hełmy żołnierskie. Bito w hełmy z całej siły. Z przerażeniem patrzyliśmy na to. Krew ciekła spod hełmów, ale mężczyźni jeszcze żyli. Jeszcze dziś grzmią mi w uszach te rozdzierające krzyki strachu bitego. Codziennie widziałam jak odnoszono zmarłych.
Kobiety, które musiały patrzeć na zakopywanie swoich zmarłych dzieci i mężów, zebrały kilka kwiatków i wetknęły je do ziemi, gdzie leżały najbliższe ich sercu osoby. Kiedy to zobaczyli wartownicy, musieliśmy ustawić się w szeregu, a wartownik zapytał, kto te kwiaty tam wetknął? Kilka kobiet wystąpiło i każda otrzymała 75 uderzeń gumową pałką. Opuchnięte pręgi po biciu pękały i wypływała z nich ropa. Jedna z kobiet zmarła po tym biciu."
Zdziczenie moralne wartowników było niewyobrażalne.
Mężczyzna zamknięty w obozie po przeżyciu tego piekła powiedział:: "Przy odliczaniu kolejności na porannym apelu powiedziano nam jeden raz liczbę po polsku, kto przy odliczaniu jej nie zapamiętał, został zbity do nieprzytomności. Trzech mężczyzn z mojego transportu było tego poranka tak długo bitych, aż wyzionęli ducha. Zostałem przydzielony wraz z sześcioma innymi mężczyznami do grzebania tych trzech zabitych. Trzeba ich było zanieść za barak kobiet i położyć na trawie. Pierwszemu zmarłemu wartownicy rozbili głowę, tak że z całej czaszki pozostała jedynie dolna szczęka. Mózg i kości leżały obok. Drugiego deptano ciężkimi butami, a następnie podpalono mu ubranie. Niewiele z niego pozostało. Trzeci został również brutalnie potraktowany butami.
Kiedy kopaliśmy grób przyszli do nas wartownicy. Jeden z nas, p.H. z Niemodlina musiał położyć się na brzuchu, by otrzymać 25 uderzeń kolbą. Po chwili doszli trzej nowi wartownicy i wtedy musieliśmy się wszyscy położyć na brzuchu i każdy z nas potraktowany został kolbami karabinów.
Willy B. nosił okulary z bardzo mocnymi szkłami. Jako noszący okulary musiał położyć się na plecach i szeroko rozłożyć ręce. Jeden z wartowników butem nadepnął mu na gardło. Inny uderzył go bronią w bok. Willy prosił, by go zastrzelili, na co ci z szyderczym uśmiechem odpowiedzieli, że musi zdychać powoli. Willi nie miał odwagi zgłosić się w izbie chorych. W nocy popełnił samobójstwo, wieszając się na własnym pasku od spodni."
Świadek Mitschke przedstawił swój pobyt w obozie: "Podczas apeli uwięzieni byli często bici przez strażników. Najstraszniejsze były jednak noce, kiedy to pijani strażnicy chodzili po blokach. Często słychać było strzały karabinowe. Osadzonym dokuczał głód, pchły i wszy. Praca była wyczerpująca. W obozie funkcjonował oddział pogrzebowy (8 osób), który dziennie grzebał 25-30 zmarłych i zabitych." A inny świadek H. Aschmann uważa, że noc z 25/26 lipca 1945 r. była najstraszniejsza. Do obozu przybyło 40 nowych osób, z czego w nocy 15 zostało zamordowanych lub zmarło w wyniku tortur. Osoby te były jeszcze nie zarejestrowane."
Jedna z matek twierdziła, że widziała jak kobieta rozpoznała w obozie swego męża i z radości podeszła do niego. Za to oboje musieli trzy dni leżeć w prażącym słońcu z twarzą zwróconą do góry. W tym czasie nie otrzymali jedzenia. Oboje nieco później zmarli. Inny uwięziony opowiadał jak to w czasie wieczornych apeli prawie codziennie zabijano kolbami 4-8 osób.
Osobnym problemem było zaopatrzenie obozu w produkty spożywcze. Nowo przybyli musieli oddać cały prowiant, jaki ze sobą posiadali. Nie można było znajomym i krewnym dostarczać jedzenia z zewnątrz. Podstawą wyżywienia był jeden litr gorącej wody a w niej 1-2 ziemniaki na śniadanie i tyleż samo na obiad. Ziemniaki były stare, często zgniłe. Pracownica kuchni obozowej p. Maria Titze zeznała, że "chleba nie było często nawet przez 4 tygodnie". Do picia przygotowywano herbatę z trawy i ziół, które zbierano na terenie całego obozu, dlatego też po kilku tygodniach na placu obozowym nie było ani jednej trawki. Świadkowie twierdzili, iż: "ludzie umierali z głodu i chorób, które powstały na skutek niedożywienia",. Dzienną rację wyżywienia uwięzieni oceniali na około 400-600 kalorii.
Zdawałoby się, że przyszedł okres prawdy a jednak, jak widać, przyznanie się do niej wobec świata a szczególnie swoich obywateli, których się do dziś okłamuje, jest bardzo trudne. Różnego rodzaju przestępstwa i mordy składało się na karb Niemców i Rosjan, a teraz nagle należy powiedzieć - myśmy także w aureoli nie chodzili. To jest bardzo trudne.
Piotr Jendroszczyk, polski korespondent z Berlina pisze: "Niemcy, mimo, że nie zapomnieli o odpowiedzialności przodków za największe zbrodnie w dziejach ludzkości, dziś patrzą na historię inaczej - już nie wyłącznie z perspektywy potomków sprawców. Zauważyli, że byli także ofiarami drugiej wojny: alianckich bombowców oraz Polaków, Czechów i innych narodów, które - jak mówią - po wojnie wygnały miliony ich rodaków.
Były szef pionu śledczego IPN prokurator prof. Witold Kulesza w dyskusji ze mną (Życie Warszawy) o obozie w Świętochłowicach powiedział, że komendant Salomon Morel „dopuścił się zbrodni przeciwko ludzkości”. O polskich zbrodniach przeciw ludzkości pisał niedawno także poseł do sejmu Kazimierz Kutz w "Dzienniku Zachodnim." Takich obozów jak ten było więcej. Powtórzę dla przypomnienia kilka dalszych nazw obozów: Inowrocław, Będzin, Gdańsk, Krotoszyn, Mielęcin, Warszawa ul. Gęsia, Bytom, Majdanek, Gorzów Wlkp. Elbląg, Otwock, Piła, Wrocław, Toszek, Zabrze, Oświęcim-Brzezinka i dziesiątki przykopalnianych obozów, w których zmuszano Ślązaków i Niemców do niewolniczej pracy. Traktowani byli nieludzko. Jedzenie, które im dostarczano to często woda z brukwią, a chleb otrzymywali raz lub dwa razy w tygodniu. Karmieni byli też starymi zbutwiałymi ziemniakami.
A jak humanitarnie wywożono te osoby do Niemiec można zobaczyć na przykładzie: 27 września 1945 r. odszedł o 20.00 pociąg z Głubczyc. Do każdego towarowego wagonu kolejowego wepchnięto 70-80 osób. Nikt nie wiedział dokąd jedziemy. Dzień później dojechaliśmy do Nysy i tu odstawiono pociąg na cztery dni na boczny tor. Ponieważ w obozie nie dano nam na drogę żadnego pożywienia i nikt się o jedzenie dla nas nie troszczył, krzyczeliśmy z głodu za chlebem. Nikt nam niczego nie podał. Kiedy milicja otworzyła drzwi wagonów, pobiegliśmy na najbliżej lezące pola, szukając na nich buraków i ziemniaków. Milicja biła przy tej okazji pałkami starsze kobiety. Ksiądz Ludwig pochował niedaleko torów siedmiu zmarłych. W nocy weszli do wagonu milicjanci, odebrali kobietom ręczne torebki, przeszukali je, zabrali co im się podobało. Mężczyznom odebrano resztę pieniędzy.
Przy każdorazowym postoju wynoszono zmarłych i chowano ich w nasypie kolejowym lub obok w gęstwinie krzaków. Na granicę przybyliśmy po 15 dniach, w tym czasie zmarło 88 osób. Pierwszy posiłek wydany w Niemczech...po przybyciu na miejsce zmarło dalszych 280 osób.
Tygodnik "Wprost" napisał: „Charakter czystki etnicznej nosiła powojenna, obfitująca w akty okrucieństwa deportacja Niemców. Ofiara tego aktu odpowiedzialności zbiorowej były głównie dzieci, starcy, inwalidzi i kobiety. W obozach w Łambinowicach, Potulicach, Mysłowickich, Sikawie i Blachowni osadzeni marli z głodu. Ponadto stawali się ofiarami przestępstw popełnianych przez polskich strażników.”
Celem niemieckiej wystawy nie jest produkowanie nieistniejących zdarzeń, ale pokazanie rzeczywistości tamtych czasów. Początkowo chciano przedstawić jedynie wypędzenie, ale po dłuższych dyskusjach postanowiono pokazać nie tylko wypędzenie Niemców, ale całość miała pokazać XX wiek, jako okres europejskich wypędzeń.
Popatrzmy do najnowszej polskiej literatury. W wydanej w 2007 r. "Multimedialnej Historii Polski" i rozprowadzanej przez multum gazet: Życie Warszawy, Głos Szczeciński, Głos Koszaliński, Głos Słupski, Gazetę Pomorską, Gazetę Współczesną, Tygodnik Ostrołęcki, Gazetę Lubuską, NTO, Echo Dnia, Nowiny Rzeszowskie, Dziennik Lubelski, możemy w tomie 27 na str. 40 przeczytać, że Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Niemcy, "pragnęli zachować obywatelstwo polskie i nie podlegali przymusowemu wysiedleniu". A na str. 34 czytamy: "Sporo kłopotów miała Polska z zagospodarowaniem ziem przyznanych nam na zachodzie i północy. Zwycięskie mocarstwa postanowiły, że Niemcy mają opuścić te tereny. Wyjeżdżając mogli zabrać tylko bagaż ręczny." Nic o wypędzeniach z mieszkań, domów, morderstwach, osadzeniach w obozach. Enigmatyczne - wyjeżdżając. Może jeszcze w pociągach 1,2 i 3 klasy?
W najnowszej 25-tomowej "Historia PRL 1944-1989” wydanej w 2009 r. przez gazetę "Dziennik" i czasopismo "Newsweek Polska" nie ma nic na temat wypędzenia. O obozach napisano w tomie II na str. 26 jedynie kilka słów. "Niechlubną kartą początków komunistycznych rządów jest istnienie obozu w Jaworznie, utworzonego podczas wojny dla Niemców. W podobozie przebywali podejrzani o działalność w OUN i sprzyjanie upowcom..." i to wszystko o wysiedleniach, i zamknięciach w obozach Niemców. I skąd polskie społeczeństwo może cokolwiek o tej ciemnej części historii wiedzieć? Podkreślam, społeczeństwo, bo pewna część inteligencji zna to zagadnienie, ale szeroka masa nie jest o powojennych morderstwach informowana. Niedawno rozmawiałem z byłą studentką politologii na uniwersytecie w Katowicach, którą ukończyła z wynikiem pozytywnym i teraz zajmuje się dziennikarstwem. Zdziwiona była tym, co usłyszała ode mnie o powojennych czasach. Zdziwienie było tym większe, bo jak mi wyjaśniła, o latach 1945-1953 nic w czasie studiów nie mówiono. Przyznać muszę, że trudno mi w to uwierzyć, choć z drugiej strony, kiedy patrzy się do najnowszych podręczników szkolnych, w których są tylko wybiórcze, pasujące do politycznych potrzeb wiadomości o tamtych czasach, to się zastanawiam, czy faktycznie w programie studiów nie pominięto tego okresu.
Z Encyklopedii "Gazety Wyborczej" z 2005 r., do której hasła opracowało Wydawnictwo Naukowe PWN dowiadujemy się o różnych obozach: obozy hitlerowskie, obozy zagłady, obozy przesiedleńcze do wywózki do Rzeszy, obozy internowania żołnierzy, obozy jenieckie żołnierzy polskich, obozy jeńców wojennych, obozy sowieckie, ale o powojennych obozach polskich ani linijki.
W 21 tomowej "Historii" z 2008 r. przygotowanej dla "GW" czytamy w tomie 16 na str.101 "Podczas działań wojennych uciekło lub zostało ewakuowanych z Ziem Odzyskanych ok. 5 mln Niemców. 1945-1950 wysiedlono ok. 3,5-4 mln Niemców." I to wszystko.
Jedynie "Wielka Historia Polski" w 9 tomach wydana w 2003 r. przez PINNEX w tomie 8 na str. 31 podaje: "Akcja przesiedleńcza w największym stopniu dotknęła ludność niemiecką, która przed wybuchem wojny na przyszłych Ziemiach Odzyskanych liczyła ponad 7 mln osób. Jej znaczną część ewakuowały władze niemieckie bądź spontanicznie opuszczała ona te tereny przed nadciągającą Armią Czerwoną (...) Pozostałą ludność niemiecką poddano najrozmaitszym szykanom i represjom, stosując wobec niej zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Na dawnym pograniczu polsko niemieckim dochodziło nawet do samosądów nad Niemcami. Ich sąsiedzi- Polacy dokonywali brutalnych mordów. Polskie władze przeprowadzały masowe aresztowania wśród ludności niemieckiej, osadzając ją w byłych hitlerowskich obozach koncentracyjnych i jenieckich, np. w Łambinowicach koło Niemodlina. Część wywieziono do Związku Radzieckiego. Zmuszano ją do niewolniczej pracy, najczęściej w kopalniach węgla kamiennego. Wielu też zmarło z głodu i wycieńczenia, podobnie zresztą jak w czasie wysiedleń do stref okupacyjnych brytyjskiej i radzieckiej. (...) Doznane od Polaków krzywdy i przeżyte tragedie, dla wielu niezasłużone, rzutowały na rozwój stosunków polsko-niemieckich."
Polskie spojrzenie na Centrum przeciw Wypędzeniom zastanawia, niektóre wypowiedzi nie są inne jak za czasów komunizmu i zimnej wojny. Przykładowo z Rzeczpospolitej (18.03.2009) można było dowiedzieć się: „Nie stawia się pomników osobom, które cierpiały z własnej winy. Warto zachować o nich pamięć, jeśli będzie ona przestrogą dla przyszłych pokoleń. Byłoby to miejsce skłaniające do zadumy nad winą narodu niemieckiego” a dalej „...ci ludzie zasłużyli na swój los. Cierpieli, ale było to cierpienie zawinione. Jako zbiorowość tolerowali reżim Hitlera, który doprowadził do wybuchu wojny...Polityka historyczna rządu ogranicza się do histerycznych ataków na Erikę Steinbach.” Co zastanawia – Polacy myślą jak w poprzednich wiekach, zapominając, iż jesteśmy w XXI i sprawa odpowiedzialności zbiorowej już dawno została przez inne kraje wyjaśniona i potępiona. Brak tu choćby jednego słowa o tym, że Polska jest winna cierpieniom tych milionów wypędzonych ludzi. W Poczdamie mówiono o humanitarnym wysiedleniu, a strona polska swoim postępowaniem pokazała, jak nie powinno było być i nie widzi swojego nieludzkiego zachowania – bicie, marsze za Hitlera, mordy, więzienia, obozy.
Kiedy w roku 2004 po długich dyskusjach na terenie Niemiec przedstawiono wystawę Wymuszone drogi (Erzwungene Wege), która miała być zalążkiem przyszłego muzeum wypędzeń, niemieckie i zagraniczne media z podziwem pisały o dobrze zrobionej, nietendencyjnej wystawie, nawet część polskiej prasy wypowiadała się w przychylnym tonie o niej. Polski rząd, wówczas pp. Kaczyńscy byli prezydentem i premierem oczywiście robił wszystko, by storpedować wystawę. Prezydent w dniu otwarcia wystawy pojechał do Stutthofu i ostentacyjnie powiedział, że Niemcy powinni zobaczyć tego rodzaju wystawy, a nie robić swoje. A nie widząc jej, jako jeden z niewielu ocenił źle. Mało tego, kilka eksponatów pokazanych na wystawie m. in. dzwon ze statku "Gustlow" zatopionego pod koniec wojny z 11.000 tysiącami uciekinierami, z czego 9.000 utopiło się w zimnych wodach Bałtyku, musiano jak najszybciej oddać Polsce. Miejsce dzwonu pozostało puste, co dało pewną symbolikę.
Steinbach w wywiadzie powiedziała: "Jedynie Polska protestuje przeciwko centrum. Na przykładzie Ormian w Turcji widać wyraźnie, że taka odmowa do niczego nie prowadzi...Im dłużej nie uznaje się problemu, tym bardziej temat zyskuje na aktualności".
W czasie spotkania CDU i CSU poświęcona pamięci losów Niemców wysiedlonych po wojnie z Polski i innych krajów nie zabrakło Merkel i Steinbach. “Dla szefowej Merkel, była to kolejna okazja, by okazać solidarność ze środowiskiem wypędzonych. Rozdział >ucieczka i wypędzenie< nie może zostać zamknięty w archiwum - tłumaczyła, kierując specjalne podziękowanie pod adresem Eriki Steinbach za wkład w przygotowanie projektu Widocznego znaku." i dodała „Będziemy widzieć ten projekt zawsze w duchu pojednania...Jest jasne, w jaki sposób widzimy naszą historię: znamy przyczyny i skutki, ale mówimy też, że niesprawiedliwość należy nazwać niesprawiedliwością.” (Rz)
"W obszernym wywiadzie dla radia Deutschlandfunk Merkel oficjalnie przyznała, że w całości solidaryzuje się z Eriką Steinbach, szczególnie w kwestii tworzenia projektu i fundacji >Ucieczka, Wypędzenie i Pojednanie<. Angela Merkel stwierdziła również, że powstanie projektu dotyczącego wypędzonych umożliwi, aby jeszcze w obecności żyjących w społeczeństwie ofiar (bowiem już duża część ich nie żyje) zachowany został w pamięci całego społeczeństwa fakt, że "niesprawiedliwe wypędzenia nigdy nie zostaną zapomniane". (NDz) Dalej zapewniła: „Powstała w Berlinie fundacja Ucieczka, Wypędzenie i Pojednanie nie może i nie będzie oznaczać reinterpretacji przez Niemców historii, przekręcenia przyczyn i skutków II wojny światowej.”
Polski były minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld powiedział w wywiadzie: "Niepotrzebnie dowartościowujemy panią Steinbach i Związek Wypędzonych, którzy należą do historii. Nie powinniśmy rozpętywać sporów, bo i tak mamy wiele problemów, które są nierozwiązane. Dla nas mniejsze znaczenie ma, kto stoi na czele związku i jak jest reprezentowany w fundacji. Naszym największym wrogiem jest ich ignorancja i nieświadomość historii, bo tylko elity mają pogłębioną wiedzę o Polsce. Podstawowe znaczenie ma to, co o Polsce i historii wiedzą prości ludzie. Sprzeciw budzi...niebezpieczeństwa związane z projektem "Widocznego znaku".
A czy nie należałoby polskim obywatelom powiedzieć, co działo się po wojnie. Jeżeli chcemy, by Niemcy wiedzieli o Polsce, to dlaczego Polacy nie powinni wiedzieć o tym, co zrobiono Niemcom. Może wówczas szybciej można byłoby się porozumieć, gdyż widziano by, że tamci też z naszej wojny ucierpieli."
Jan Józef Lipski napisał: "Wzięliśmy udział w pozbawieniu ojczyzny milionów ludzi, z których jedni zawinili na pewno poparciem Hitlera, inni biernie przyzwoleniem na jego zbrodnie, jeszcze inni tylko tym, że nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru - w sytuacji, gdy ich państwo toczyło wojnę. Zło nam wyrządzone, nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem zła, które sami wyrządziliśmy. Wysiedlanie ludzi z ich domów może być w najlepszym razie mniejszym złem -. nigdy czynem dobrym."
A p. H. Sauer, Szef Związku Wschodnich i Środkowych Niemiec (OMV) organizacji funkcjonującej w strukturach CDU powiedział: "Nie rozumiem, czego Polska się obawia. Nikt w Niemczech nie rozumie osobistych ataków na Erikę Steinbach. Decyzje w sprawie "Widocznego znaku" i gremiów zarządzających tą placówką zapadają w Niemczech, bo to jest sprawa Niemców. Od Polski oczekujemy przyznania, że wypędzenia były zbrodnią na Niemcach”.
Prof. Gesine Schwan, była rektor Uniwersytetu Viagrina w Frankfurcie nad Odrą, gdzie studiuje tysiące Polaków, koordynatorka MSZ Niemiec ds. współpracy z Polską i przyjaciel Polski powiedziała: „Pojęcia winy nie można jednak rozciągnąć na cały naród. Działali w Niemczech uczestnicy ruchu oporu, czego się w Polsce celowo nie podkreśla. Niedopuszczalne jest wykorzystywanie pojęcia niemieckiej winy w charakterze motywu walki o obecne interesy Polski...W relacjach z sąsiadami konieczne jest, by zdawać sobie sprawę, że perspektywa pamięci ofiar jest inna niż pamięć potomków pokolenia sprawców. Wielu młodych ludzi w Niemczech ma rodziców pochodzących z Turcji, Włoch i innych krajów, także z Polski. Nie możemy tym ludziom mówić, że pokolenie ich dziadków obciążone jest winą. Młodzi ludzie sami powinni dostrzegać, jakie posiadają związki rodzinne z pokoleniem sprawców. Zbrodnie pozostają zbrodniami i nie mogą być zapomniane...Polacy to naród, który ma problemy ze znalezieniem własnej drogi między wielkimi sąsiadami, Niemcami i Rosją, i to co najmniej od XVIII wieku.”
Znamienne jest polskie myślenie, świadczy o tym zdanie doktora, adiunkta z Uniwersytetu Warszawskiego Bogdana Dziobkowskiego: „Zbudujemy muzeum II wojny światowej, które w atrakcyjny sposób przedstawi naszą wizję dziejów.” A więc nie chodzi w Polsce o historię prawdziwą a o wizję, co słownik języka polskiego wyjaśnia: „obrazy widziane przez kogoś, lecz nieistniejące w rzeczywistości, widzenie, przywidzenie, majak”.
Wojciech Piętak z „Tygodnika Powszechnego” w dłuższym artykule wskazał na niektóre polskie metody, którymi zamierzano dojść do celu: „Sukces strony polskiej możliwy był tylko dlatego, ze sięgnęła ona po szantaż. Jak twierdzą osoby dobrze poinformowane ze strony niemieckiej, Angela Merkel otrzymała z Warszawy jasny przekaz: albo ona, albo my. Rozwijając tę alternatywę: jeśli „ona”, czyli Steinbach, zasiądzie w radzie fundacji, wtedy relacje polsko-niemieckie zostaną zamrożone....sygnalizowano z Warszawy: na pewno nie będzie mowy o dalszej „pragmatycznej współpracy” z Berlinem...Warszawa zagroziła też, że Polska wycofa się z planów wspólnego upamiętnienia rocznic – a w tym roku jest ich mnóstwo, na czele z 70 rocznicą wybuchu II wojny światowej i 20. rocznicą upadku komunizmu w Europie Środkowej.” Polska poniosła szkodę wizerunkową w oczach nie tylko Merkel i chadecji, lecz także sporej części niemieckiego społeczeństwa...trudno się oprzeć wrażeniu, że strona polska, domagając się od Niemców zrozumienia dla swych racji, nie miała specjalnej ochoty na zrozumienie niemieckiej wrażliwości i emocji”.
Dobrze byłoby gdyby strona polska myślowo weszła w wiek XXI i rozpoczęła współpracę z innymi i by widziano historię europejską taką, jaka ona była, a nie taką, jaką by ją w Polsce chciano widzieć.