Prof. Jan Drabina - Pomnik powojennego terroru w Bytomiu
16 października 2008 na poczesnym miejscu przed Urzędem Miejskim w Bytomiu odsłonięto pomnik, który przez dziesięć lat cierpliwie czekał na ekspozycję.
Mimo próśb składanych do władz miasta, mimo reportaży telewizyjnych i artykułów prasowych nie znaleziono bowiem dlań miejsca w mieście, bo upamiętnić miał ofiary komunistycznego terroru w powojennych latach.
Owszem, nie brakowało też głosów zwyczajnych obywateli, dochodzących do Towarzystwa Miłośników Bytomia, które pomnik rękami artysty rzeźbiarza Stanisława Pietrusy sporządziło, że w dniach tak trudnych dla wielu biednych i bezrobotnych, dla rozszerzającego się niedostatku, nie czas na stawianie pomników. Chciałoby się im odpowiedzieć, że chociaż włodarze państwa i miast nie dla wszystkich mają otwarte serca i kieszenie, nie wolno zapominać, że dziesiątki tysięcy bytomian w 1945 r. i w latach następnych potraktowanych zostało jako przestępcy i skazańcy, niemogący liczyć na uratowanie nie tylko wolności, ale i swego życia.
Wszystko zaczyło się z końcem stycznia 1945 r. Mieszkańcy Bytomia, słysząc kanonadę radzieckich katiusz, mieli świadomość, że w tej wojnie ludność cywilna jest gorzej nawet traktowana niż pokonani żołnierze. Nie wiedzieli jednak, że po wejściu krasnoarmiejców rozpocznie się terror gorszy niż mogli się spodziewać. Doświadczyli tego w pierwszej kolejności mieszkańcy Miechowic, gdy radość z ucieczki niemieckich żołnierzy szybko zgasiły poczynania radzieckich zdobywców. Oblicza się, że na ulicach, w domach i piwnicach zastrzelono wtedy kilkaset osób. Udało się zidentyfikować nazwiska 230 zastrzelonych. Wielu z nich po ustąpieniu ostrych mrozów złożono do wielkiej wspólnej mogiły, wykopanej przy ul. Warszawskiej. Gdy zabrakło trumien, zwłoki chowano owinięte w koce i prześcieradła.
Drugą daninę krwi oddali mieszkańcy miasta. W księdze zgonów parafii św. Barbary odnotowano nazwiska 10 zastrzelonych, w parafii św. Jacka - 17, w parafii św. Małgorzaty - 15, Podwyższenia Krzyża Świętego - 9, Serca Jezusowego przy ul. Puławskiego - 10, Trójcy Świętej - 18, Wniebowzięcia Maryi Panny - 4, w tym ks. Lerch, na cmentarzu komunalnym - 11 pochówków w grobie masowym w polu nr 4, w parafii św. Józefa w Dąbrowie Miejskiej - 33.
Trzecią, jeszcze liczniejszą grupę ofiar stanowią więźniowie obozów pracy, które ulokowano, co szokujące, w barakach hitlerowskich podobozów KL Auschwitz. Więźniowie ci zatrudnieni byli głównie w kopalniach. Na terenie sześciu Zjednoczeń Przemysłu Węglowego funkcjonowały 23 takie obozy. W sześciu kopalniach w Bytomiu i okolicy pracowało aż 16 tysięcy skazańców. Wielu z nich dostarczano tu z obozu w Świętochłowicach-Zgodzie. Tu w ciągu niespełna dziesięciu miesięcy, od końca lutego 1945 r. przebywało w okropnych warunkach blisko 6 tysięcy osób, z których zidentyfikowano aż 1855 zamęczonych na śmierć przez osławionego Salomona Morela i jego bezkarnych, sadystycznych kompanów. Jak wielu było wśród nich bytomian, świadczy fakt, że w księgach zmarłych parafii Trójcy Świętej odnotowano 56 nazwisk ofiar tej niewolniczej katorgi, w parafii mariackiej - 37, w parafii ewangelickiej - 132, wśród nich Fedor Heidenreich ewangelicki ksiądz Bytomia.
Ostatnią, najliczniejszą grupę ofiar zebrała akcja wywózki Górnoślązaków do Związku Radzieckiego. Zaczęła się ona w niedzielę 15 lutego 1945 r,. Gdy i w Bytomiu pojawiły się ogłoszenia nakazujące zgłoszenie się do pracy wszystkich mężczyzn od 17 do 50 roku życia. W swych zakładach stawiło się wielu, nie wyczuwając podstępu rosyjskiej komendantury, która rządziła miastem. W myśl łamliwego i podstępnego rozporządzenia mieli pracować jedynie od 10-14 dni, lecz już po kilku dniach zostali przeprowadzeni pod silną eskortą żołnierzy radzieckich do obozu w rejonie Łabęd, a stamtąd bydlęcymi pociągami, w nieludzkich warunkach, przewiezieni do Zagłębia Donieckiego w ZSSR i skoszarowani przy wielu tamtejszych kopalniach.
Ciężka praca wydzierania węgla ziemi przy pomocy najprymitywniejszych narzędzi, brak żywności, nieludzkie traktowanie przyczyniły się do wysokiej śmiertelności wśród skazańców, zwanych przez władze eufemistycznie internowanymi. Ośmieliły się nawet informować, że stanowią niemiecką siłę roboczą. Z zachowanych, niepełnych niestety i niedokładnych, imiennych wykazów wywiezionych wnosić można, że z miasta Bytomia wywieziono około 3 tysiące osób, a z gmin dookoła leżących, które potem zostały włączone do miasta - aż 9 tysięcy. Przeżył tylko co piąty, a więc 20 proc. Pozostali nie wrócili do domu i spoczywają we wspólnych dołach, na których na pewno nie ma ani krzyży, ani napisów, lecz rosną już wysokie, celowo zasadzone w tym miejscu drzewa, bo władze radzieckie nie pozostawiały śladów swych zbrodni.
Mam pewność, że w dzień Wszystkich Świętych pomnik ogrzeją migocące światła. I nasza pamięć o tych tysiącach bytomian, którym odmówiono godziwego pochówku.
(ZYCIE BYTOMSKIE - 20.10.08)