?
 
Titelbild
 
 
  Suche   

 
   
 
Startseite / Artikel Aktuell Detailansicht
 

Waldemar Marciniak - Polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej

 

O II Rzeczpospolitej niewiele można napisać dobrego. Główną jej zaletą było to, że istniała. W 1918 roku udało się Polakom wykorzystać niezwykle pomyślną koniunkturę międzynarodową, którą stworzyła jednoczesna klęska w Wielkiej Wojnie wszystkich trzech zaborców. Dzięki działalności wybitnych jednostek (Ignacy Jan Paderewski, Józef Piłsudski, Roman Dmowski), a przede wszystkim rzesz zwykłych Polaków w ojczyźnie i na emigracji, możliwe było odrodzenie się niepodległego państwa polskiego. Konfrontacja marzeń z rzeczywistością okazał się jednak bolesna. I to dość szybko. Gdy minęło bolszewickie zagrożenie, odżyły niestety najgorsze tradycje Polaków. Parlament stał się areną gorszących kłótni i partyjnego partykularyzmu, rządy zmieniały się jak w kalejdoskopie, a pierwszy prezydent Gabriel Narutowicz zginął od kuli przedstawiciela skrajnej prawicy. Aby położyć kres tej degrengoladzie, Piłsudski zdecydował się na dokonanie zamachu stanu w 1926 roku. Odtąd zaczął się okres rządów autorytarnych z procesami politycznymi, obozami dla dysydentów, ograniczeniem wolności słowa i nacjonalistyczną ideologią. Sytuacja kraju niewiele się jednak poprawiła.

Wbrew obiegowym sądom Polska międzywojenna miała dość mierne elity, zwłaszcza polityczne. Gdyby nie to, że później wielu ich przedstawicieli (część uciekła za granicę) zostało zamordowanych przez hitlerowskich i stalinowskich siepaczy, ocenialibyśmy ich pewnie podobnie jak elity po 1989 roku. Było wprawdzie znakomite szkolnictwo średnie, jednak dostępne dla nielicznych, a i klasyczny program nauczania trącił już wówczas anachronizmem. Do głów młodzieży wtłaczano tyle patriotyzmu, że często brakowało już miejsca na rozum polityczny (ci młodzi ludzie dali się później łatwo poprowadzić na rzeź w powstaniu warszawskim, pociągając za sobą ludność cywilną i doprowadzając w efekcie do zagłady stolicy).

Nad życiem społecznym II Rzeczpospolitej rozciągał się ponury cień Kościoła katolickiego. Rządzący postanowili uczynić z katolicyzmu ostoję polskości w wielonarodowym państwie (prawie 40 procent jego mieszkańców stanowiły mniejszości narodowe), nie oglądając się przy tym na niebywały prymitywizm, obskurantyzm i antysemityzm, jaki reprezentowała wówczas ta religia. Kontrola Kościoła rozciągała się zwłaszcza nad szkolnictwem i sferą obyczajową. „Przemoc Świętoszka w odrodzonej Polsce zaczyna być zastraszająca" pisał na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku Tadeusz Boy-Żeleński, który znakomicie odmalowywał w swych felietonach obraz klerykalnego rozwydrzenia, pazerności, zakłamania i obłudy obyczajowej.

Nieciekawej sytuacji II RP dopełniały permanentne trudności gospodarcze, a co za tym idzie rozpaczliwa bieda dużej części społeczeństwa. „Szklane domy" okazywały się zbyt często obskurnymi suterenami lub kurnymi chatami. Strzelanie do zdesperowanych robotników to też bynajmniej nie wynalazek PRL-u. Reforma walutowa Grabskiego, budowa Gdyni czy Centralny Okręg Przemysłowy stanowiły jaśniejsze punkty, ale nie były w stanie nadrobić wielowiekowego zapóźnienia gospodarczego Polski.

Problemom wewnętrznym towarzyszyła na domiar złego fatalna sytuacja międzynarodowa II Rzeczpospolitej. Geopolityka w XX-leciu międzywojennym była bezlitosna. Mocarstwa rozbiorowe ani myślały o pogodzeniu się z utratą polskich ziem. Z jednej strony zagrażała nam Scylla bolszewickiej Rosji, z drugiej Charybda nacjonalistycznych, a później nazistowskich Niemiec. Jedynie zmurszałe imperium Habsburgów nie podniosło się już po katastrofie Wielkiej Wojny. W tak trudnym położeniu polityka zagraniczna wymagała wręcz ekwilibrystycznych zdolności.

Pierwszym ważnym celem polskich władz stało się wywalczenie międzynarodowego uznania dla powstałego państwa i zapewnienie mu jak najbardziej korzystnych granic. Działania w tym kierunku prowadzono używając zarówno środków militarnych, jak i metod dyplomatycznych. Połowicznym sukcesem polskiej dyplomacji zakończyła się konferencja pokojowa w Paryżu (styczeń 1919-czerwiec 1920). Potwierdzona została państwowość Polski, której przyznano Wielkopolskę (po zwycięskim powstaniu wielkopolskim już praktycznie włączoną do Polski) i Pomorze Gdańskie, jednak bez tak ważnego ośrodka jak Gdańsk (otrzymał on status Wolnego Miasta pod patronatem Ligi Narodów) i z bardzo wąskim dostępem do morza. O przynależności niektórych spornych z Niemcami obszarów jak Górny Śląsk, Powiśle, Warmia i Mazury miały zadecydować plebiscyty wśród miejscowej ludności. Ostatecznie do Polski została przyłączona jedynie część Górnego Śląska.

Dramatyczniejszy przebieg miała walka o granice wschodnie. W zakresie polityki wschodniej ścierały się wtedy dwie koncepcje: Piłsudskiego i Dmowskiego. Pierwsza z nich miała charakter federalistyczny. Zakładała poparcie powstania na wschodzie suwerennych państw: Litwy, Białorusi i Ukrainy i powiązanie ich z Polską w ramach federacji (lub konfederacji). Stanowiłyby one naturalną osłonę przed rosyjską ekspansją. Druga, inkorporacyjna, przewidywała włączenie do Polski obszarów litewskich, białoruskich i ukraińskich z przewagą ludności polskiej. Zamieszkujące tam mniejszości narodowe miały być poddane polonizacji.

Wydaje się, że koncepcja federacyjna mogła przynieść Polsce większe korzyści, jednak rozwój wydarzeń sprzyjał realizacji wizji Dmowskiego. Walki z Ukraińcami i Litwinami pogłębiły tylko i tak znaczne narodowe antagonizmy. Wyprawa kijowska Piłsudskiego (kwiecień-czerwiec 1920), mająca wspomóc powstanie niepodległej Ukrainy, zakończyła się ostatecznie porażką, prowokując najazd bolszewicki na Polskę. Został on wprawdzie odparty, jednak pogrzebał marzenia o wschodniej federacji. Zdominowana przez endeków delegacja polska na konferencję pokojową w Rydze (październik 1920-marzec 1921) przeforsowała rozwiązania bliższe koncepcji Dmowskiego, dzieląc się wschodnimi terenami z bolszewicką Rosją. Kończący konferencję traktat ryski z 18 marca 1921 roku ustalił wreszcie zasięg państwa polskiego na wschodzie. (Państwa zachodnie uznały polskie granice wschodnie dopiero w 1923 roku).

Ukształtowane w tak dramatycznych okolicznościach granice Polski międzywojennej miały bardzo niekorzystny układ. Rozciągały się na przestrzeni ponad 5,5 tysiąca kilometrów i nie miały w większości oparcia o czynniki naturalne, co czyniło je niezwykle trudnymi do obrony.

Dogmatem polskiej polityki zagranicznej okresu międzywojennego był strategiczny sojusz z Francją. Wycofanie się z Europy Stanów Zjednoczonych oraz niechętna postawa Wielkiej Brytanii powodowały, że właśnie we Francji upatrywano głównego gwaranta korzystnego dla Polski porządku wersalskiego. Francja już w czerwcu 1917 roku zgodziła się na utworzenie na jej terytorium ochotniczej armii polskiej (zwanej Błękitną Armią), a we wrześniu tegoż roku uznała jako pierwsza działający w jej stolicy Komitet Narodowy Polski — quasi-rząd z Romanem Dmowskim na czele. Najsilniej też popierała polskie postulaty podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Podobnie w okresie późniejszym: w czasie najazdu bolszewickiego i gdy ważyły się losy przynależności Górnego Śląska. Rzeczą oczywistą jest, że Francja nie czyniła tego bezinteresownie. Miała przede wszystkim na uwadze własną rację stanu: poparcie dla Polski służyć miało jak największemu osłabieniu pozycji jej głównego wroga — Niemiec w powojennej Europie. Niemniej współpraca mogła przynieść korzyści obu stronom.

Dnia 19 lutego 1921 roku goszczący w Paryżu Naczelnik Józef Piłsudski podpisał polsko-francuską deklarację o przyjaźni i układ polityczny wraz z konwencją wojskową, na mocy której strony zobowiązały się do wzajemnej pomocy w przypadku napaści Niemiec na którąś z nich. Układ ten uznano za wielki sukces polskiej dyplomacji. Stał się on fundamentem polskiej polityki zagranicznej w kwestii obronności przez całe dwudziestolecie międzywojenne. (Francuski sojusznik kazał sobie jednak zapłacić za gwarancje bezpieczeństwa: zażądał od Polski specjalnych przywilejów ekonomicznych dla swojego kapitału). Potwierdzeniem przyjaźni było wręczenie w 1923 roku buławy marszałkowskiej francuskiemu bohaterowi wojennemu Ferdynandowi Fochowi.

Sojusz polsko-francuski wystawiony został wkrótce na ciężką próbę. Francja, podpisując wraz z innymi państwami tzw. pakt reński (w Locarno w 1925 roku), który gwarantował jedynie nienaruszalność niemieckich granic zachodnich, volens nolens dała Republice weimarskiej (tak zwano Niemcy w latach 1919-1933, od miejsca uchwalenia ówczesnej konstytucji — Weimaru) zachętę dla prób rewizji jej granic na wschodzie. Ponadto pomoc dla Polski i Czechosłowacji, w wypadku agresji niemieckiej, uzależniła od stanowiska Ligi Narodów. O chwiejności francuskich gwarancji świadczyć mógł też fakt przyjęcia przez Francję obronnej doktryny wojennej symbolizowanej przez Linię Maginota. Państwo szykujące się do obrony jedynie własnego terytorium traciło wiarygodność jako gwarant granic polskich, stąd też rozluźnienie sojuszu po Locarno i dojściu do władzy w Polsce obozu sanacyjnego.

Traumatyczne przeżycia I wojny światowej spowodowały we Francji dominację nastrojów pacyfistycznych. Z brakiem odzewu spotkały się polskie sugestie wojny prewencyjnej przeciwko Hitlerowi w 1933 roku. Militaryzacja Niemiec i kolejne agresywne posunięcia Hitlera nie wywoływały ze strony Francji żywszej reakcji, a prawdziwą kompromitacją okazała się konferencja monachijska z września 1938 roku, podczas której Francja (i Wielka Brytania) zgodziła się sprzedać swojego sojusznika — Czechosłowację, w zamian za papierową gwarancję pokoju. Musiało to wzbudzić w polskich sferach rządowych znaczne zaniepokojenie, co do wartości sojuszu z Francją. Dopiero pogwałcenie przez III Rzeszę układu monachijskiego (zajęcie całych Czech w marcu 1939 roku) oraz agresywne żądania wobec Polski zmobilizowały rząd francuski do zdecydowanej postawy.

Dnia 19 marca 1939 roku podpisano polsko-francuski protokół przewidujący pomoc wojskową Francji w przypadku ataku Niemiec na Polskę: lotniczą natychmiast, sił lądowych w piętnastym dniu wojny. Zobowiązanie to zostało zrealizowane we wrześniu tego samego roku tylko w sferze formalnej. Francja 3 września wypowiedziała Niemcom wojnę, nie podejmując jednak znaczących działań militarnych (określono to później jako drôle de guerre - dziwną wojnęlub Sitzkrieg — siedzącą wojnę), do których zresztą — z własnej winy — nie była przygotowana. Niemniej jednak przystąpienie Francji do wojny z Niemcami nadało konfliktowi charakter ogólnoeuropejski. Na jej terenie zaczęło formować się wojsko polskie (z żołnierzy, którzy przedostali się z ojczyzny), a od października 1939 roku funkcjonował emigracyjny rząd polski generała Władysława Sikorskiego.

Bardziej skomplikowane stosunki II RP posiadała z Wielką Brytanią. Rząd brytyjski na czele z Davidem Lloydem George'em reprezentował na konferencji pokojowej w Paryżu stanowisko wobec Polski nieprzychylne. Było to podyktowane obawą przed zbyt wielkim wzrostem znaczenia Francji na kontynencie, w przypadku osłabienia Niemiec kosztem Polski. Lloyd George miał się nawet wyrazić, że prędzej odda małpie zegarek, niż Polsce Śląsk. Wielka Brytania chciała mieć również, przede wszystkim ze względów gospodarczych, dobre kontakty z Rosją, dla których bez oporu poświęcała interesy Polski.

W czasie najazdu bolszewickiego w 1920 roku, Brytyjczycy próbowali narzucić Polsce przyjęcie jako granicy wschodniej tzw. linii Curzona (Bug — Kuźnica — Pińsk). W obliczu śmiertelnego zagrożenia Polska zgodziła się przyjąć te warunki, jednak pewni zwycięstwa bolszewicy dążyli do rozstrzygnięcia militarnego. W następnym okresie Anglia uznawała Polskę za kraj niestabilny i wykazujący zaborcze skłonności wobec sąsiadów. Polska miała zresztą bardzo złą prasę na Zachodzie. Patrzono na nią przez pryzmat awanturniczych przedsięwzięć Piłsudskiego (odsiecz Lwowa, wyprawa kijowska, zagarnięcie Wileńszczyzny, zamach stanu) i antysemicko-nacjonalistycznych haseł Dmowskiego. Wyłaniał się z tego obraz kraju agresywnego i mało cywilizowanego.

Dojście do władzy obozu sanacyjnego poprawiło trochę relacje polsko-brytyjskie. Wielka Brytania uważała, że „silny człowiek" — Józef Piłsudski, doprowadzi do unormowania stosunków z ZSRR, Niemcami i Litwą. Przełom w obustronnych kontaktach jednak nie nastąpił. Dopiero kompromitacja brytyjskiej polityki zagranicznej związana z pogwałceniem przez Hitlera postanowień układu monachijskiego spowodowała zasadniczą zmianę. Rząd brytyjski zaproponował Polsce w marcu 1939 roku współpracę, wraz z Francją i Związkiem Radzieckim, przeciwko hitlerowskim Niemcom, a ambasador brytyjski w Warszawie wręczył ministrowi spraw zagranicznych Józefowi Beckowi gwarancje brytyjskie na wypadek agresji niemieckiej. W dniu 25 sierpnia 1939 roku Polska podpisała z Wielką Brytanią układ o wzajemnej pomocy na wypadek agresji „jednego z mocarstw europejskich" (w tajnym protokole sprecyzowano, że chodzi o Niemcy). Nie zapobiegło to wprawdzie wybuchowi wojny, jednak przystąpienie do niej Wielkiej Brytanii (i Francji) nadawało konfliktowi zupełnie inną perspektywę.

Kommentare zu diesem Artikel - Komentarze do artykułu



Anzeige: 1 - 3 von 3.

Struppi
Mittwoch, 01-04-09 23:39

Aż się spociłem od czytania artykułu Marciniaka.

Wpierw jednak gratulacje dla =Witta= za błyskotliwą dystylację rdzenia myśli przewodniej tego artykułu. Bez jego wnikliwej analizy zgubiłbym się sromotnie. Ile okowity (aqua vitae) wymagał jego wysiłek wiedzą jedynie on sam i ekspedient z pobliskiego sklepu monopolowego.

Nie bez uznania pozostawiam również herkulesowy wkład Heartsa reprezentowany przez minimalnej wartości i nie na temat plagiat jego ręki. Autorstwo nie jego i wpis nie na temat - trudno więc zrozumieć intencje podpisanego.

Jeśli chodzi o wojującego ateistę Marciniaka, pisał on kiedyś między innymi takie bzdury jak: „I komunizm, i chrześcijaństwo starały się zaszczepić społeczeństwom swój jedynie słuszny światopogląd" i „Obie zasadzały się na [...] kłamstwie i manipulacji. W ramach ideologicznej tresury obowiązujący model prezentowano jako jedynie prawdziwy i bezalternatywny, a przeciwników odsądzano od czci i wiary."

Szkoda czasu przytaczać więcej żenujących tez i hiperboli tego pseudo naukowca, którego Ewald Stefan Pollok (Diese Seite wird betrieben von ihm) podaje jako autorytet warty popularyzowania. Pollok jest też podobno jak Marciniak doktorem historii. Nikt jednak nie wie skąd pochodzi jego tytuł naukowy. Marciniak specjalizuje się w zakresie politologii i europeistyki; Pollok jest specjalistą od legend. Ja natomiast mam stopień Dr mniemanologii stosowanej. Ukończyłem eksternistyczne studia radiowe u profesora Jana Tadeusza Stanisławskiego.

Przez cały ciąg artykułu Marciniak szamoce się pomiędzy swoimi antypolskimi tezami i niektórymi faktami historii. Pomimo swoich uprzedzeń do Polski i do katolicyzmu musi jednak przyznać, że odrodzenie Polskiej państwowości wymagało nie lada wysiłku: „W tak trudnym położeniu polityka zagraniczna wymagała wręcz ekwilibrystycznych zdolności."

O II RP można znaleźć mnóstwo nieprzychylnych opinii. Mołotow: „potworny bękart Wersalu"; Stalin: „pardon wyrażenie, państwo?"; Lloyd George: „historyczna porażka, która wywalczyła wolność dzięki wysiłkowi i krwi innych" a w 1939 stwierdził że „zasłużyła swojego losu"; Adolf Hitler: „państwo które wyrosło z krwi niezliczonych pułków niemieckich" i „tzw. państwo nie posiadające narodowego, historycznego, kulturowego i moralnego podłoża"; Maynard Keynes: „ekonomiczna niewykonalność, której jedynym przemysłem jest antysemityzm"; itd. itp.

Jednak prawda jest inna. Polska w 1918 powstała przez dzieworództwo - stworzyła się sama z próżni pozostawionej przez zapaść trzech mocarstw rozbiorowych. Wbrew opinii Mołotowa, Polska nie została stworzona przez pokój Wersalski, który jedynie potwierdził fakt jej powstania wcześniej dokonany i zajął się jedynie określeniem jej granic z Niemcami. To nie był kraj wymyślony i stworzony przez aliantów Ententy, albo przez Bolszewików jako ich rewolucyjny przyczółek. Francuzi co prawda postrzegli Polskę dość szybko jako przeciwwagę dla Niemców i zainwestowali w jej zaistniałe już odrodzenie ku niezadowoleniu wrogo im nastawionych Brytyjczyków. II RP nie była krajem marionetkowym proponowanym niezliczoną ilość razy przez Rosję, Niemcy i Austrię w toku Wielkiej Wojny. II RP nie zawdzięcza nikomu swojej wolności tylko sobie. Powstała z chaosu wojny i z woli tych którzy ją chcieli odrodzić. Powstała wbrew Niemcom, Rosji i Austrii ale również wbrew Anglikom i partykularnym interesom lokalnym, w tym również wbrew życzeniu niektórych mniejszości narodowych mieszkających na jej terenie. Czy można więc się dziwić konfliktów mniejszościowych i nieprzychylności tym którym w pędzie ku wolności Polska nastąpiła na odcisk?

Polska II RP miała bardzo ograniczone pole manewrów w polityce zagranicznej lecz mimo popełnianych błędów położyła solidne podwaliny pod dzisiejszą wolność i niezależność państwową. Marciniak, a już na pewno =Witt= woleliby zapewne być dzisiaj częścią Niemiec, Austrii albo Rosji (haha) ale dzięki II RP tak się na szczęście nie stało. Dzięki wkładowi Polski w obalenie komunizmu powyżsi malkontenci mogą bez problemu uzyskać paszporty i z Polski wybyć, lub alternatywnie pracować dla zmian w kraju. Pollok już skorzystał z pierwszej opcji.

=Witt=, Marciniak i Pollok (bo Hearts sam nie wie o co mu chodzi) mogą się wypinać na osiągnięcia II RP jak kiedyś to robił uroczy, błyskotliwy i emocjonalny geniusz - Lloyd George - bez serca i intelektu, jak o nim napisała żona jego poprzednika. Przez swoje szaleńcze krasomówstwo wzniecił on rozgoryczenie i niechęć w Indiach, Egipcie, Polsce, Rosji, Ameryce i Francji. Co lepsze, żadna z jego tez i żaden z ważniejszych kursów polityki zagranicznej się nie sprawdziły.

Hearts
Freitag, 27-03-09 11:59

Polskie obozy koncentracyjne istniały naprawdę. Mało kto dziś pamięta, że Polacy po wojnie trzymali w Auschwitz Niemców, a warunki w nadzorowanych przez nich obozach na Śląsku nie różniły się zbytnio od tych panujących w łagrach na Syberii.

Raz na jakiś czas zagraniczne gazety nieświadomie określają nazistowskie obozy mianem „polskich obozów koncentracyjnych”. Za każdym razem wybucha burza w szklance wody, polska ambasada jest zbulwersowana, politycy w kraju również. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że polskie obozy koncentracyjne... naprawdę istniały. O dziwo, ten argument jeszcze nigdy nie przeniknął do publicznej debaty. O pewnych wstydliwych kartach historii łatwo w Polsce nie pamiętać.
Polski obóz w Auschwitz

Pisząc to nie mam bynajmniej na myśli znanego przypadku Berezy Kartuskiej. Chodzi mi o obozy znacznie brutalniejsze i w istocie niewiele ustępujące niemieckim Konzentrationslager. Wszyscy pamiętamy, że w styczniu 1945 roku rosyjskie wojska wyzwoliły Auschwitz. Później powstało tam muzeum, rzadko jednak przypomina się, że zaraz po wyswobodzeniu więźniów Rosjanie na nowo uruchomili Auschwitz. A dokładniej: Rosjanie i Polacy (NKWD i polskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego). Tyle tylko że teraz przebywali w nim Niemcy. Podobną praktykę stosowali wszyscy alianci. Amerykanie w Dachau trzymali byłych SS-manów, Brytyjczycy woleli wywozić Niemców na roboty przymusowe do swojego kraju. Część byłych żołnierzy (ale także cywili) zmuszali do pracy w obozach w Niemczech, np. w kopalniach. Innych wykorzystywali u siebie do odbudowy zniszczeń.

Rosjanie na nowo uruchomili Auschwitz —
Zagłodzić, zamordować i zapomnieć

O los schwytanych Niemców najmniej troszczyli się Rosjanie. Pod Stalingradem wzięli do niewoli 90 000 osób. Pobyt w rosyjskich więzieniach i łagrach przeżyło 5000. To nieco ponad 5%! Wbrew pozorom Amerykanie zaraz po wojnie nie byli o wiele lepsi. W wyzwalanych obozach koncentracyjnych pozwalali jeńcom znęcać się nad ich katami, torturować ich, po czym zabijać takimi samymi metodami, jakich wcześniej używali naziści. Następnie do baraków wprowadzali schwytanych Niemców. W nadreńskich obozach, w których Amerykanie trzymali Niemców, zginęło oficjalnie 8000 osób. Odnalezione groby wskazują, że zabitych i zagłodzonych było co najmniej 32 000. Szacunki pozwalają przypuszczać, że rzeczywista liczba może być znacznie wyższa – nawet ponad 40 000. To kilka razy więcej niż zginęło w Katyniu.

Jeszcze swobodniej poczynali sobie Francuzi. Po zdobyciu Stuttgartu postanowili nawiązać do średniowiecznej tradycji i pozwolili żołnierzom przez trzy dni grabić, gwałcić i mordować. Bez żadnej kontroli i konsekwencji.

Wszystkie mocarstwa alianckie karały nie tylko jeńców, ale też cywili. Przydziały żywności były zbyt niskie, by przeżyć. We francuskiej strefie okupacyjnej nie sięgały nawet 1000 kalorii, umożliwiały więc co najwyżej wegetację. Gdyby nie czarny rynek, sytuacja żywieniowa Niemców po 1945 roku nie odbiegałaby od tej panującej w sowieckich łagrach. Była to w istocie planowa polityka karania przez głód.
80 tysięcy Niemców na robotach w Polsce

Zaraz po wojnie każde z państw alianckich dostało swój przydział robotników przymusowych. Kwestia ta została ustalona już w 1943 roku na konferencji w Teheranie. Dokładna liczba robotników jest trudna do oszacowania – może chodzić nawet o 1,5 miliona. Największe potęgi nie tylko wykorzystywały ich same, ale także wypożyczały jeńców innym krajom. Belgowie dostali w prezencie od Amerykanów 30 000 więźniów, drugie tyle od Brytyjczyków. Na tej samej zasadzie Polacy otrzymali od Sowietów 80 000 robotników przymusowych, których ochoczo przyjęli.


Na lekcjach historii uczono nas, jak to warszawiacy wspólnym trudem odbudowywali zniszczone miasto. W rzeczywistości, tak stolicę, jak i wiele innych miast w dużej części rekonstruowali Niemcy. O warunki pracy i wyżywienie nikt nie dbał, stąd bardzo wysoka śmiertelność. Polacy traktowali ich z pogardą i brutalnością, podobnie jak kilka lat wcześniej naziści swych poddanych.
Polskie łagry na Śląsku

Część Niemców pracowała w zamkniętych obozach, niewiele różniących się od nazistowskich obozów pracy czy rosyjskich łagrów. W obozie w Świętoszowie (Neuhammer) na Śląsku śmiertelność wśród Niemców sięgała 15%. Oficjalnie zmarło ich tam 5400, liczba ta wydaje się jednak znacznie zaniżona. To rząd wielkości porównywalny z niektórymi obozami sowieckimi na Syberii. We wspomnianym już Auschwitz sytuacja była niewiele lepsza. Polskie władze umieszczały tam Niemców podejrzanych o członkostwo w NSDAP, Hitlerjugend i BDM, oraz niemieckich cywilów i Volksdeutschów. Oficjalnie od 1945 do 1946 zanotowano około 150 zgonów. Realna liczba jest nieznana.

Polacy nie tylko wykorzystywali Niemców do pracy, ale też nie spieszyli się z odesłaniem ich do domów. Zachodni alianci program wykorzystywania jeńców do pracy przymusowej zakończyli do 1948 roku. W Polsce wtedy było wciąż około 40 000 niemieckich pracowników przymusowych. Ponad 5000 wykorzystywano nadal w latach 50.

Oczywiście, o ile Polacy nie spieszyli się z uwolnieniem jeńców, o tyle bezwzględnie oczyszczali tak zwane ziemie wyzwolone z dotychczasowych mieszkańców. Ten drażliwy temat jest dobrze znany ze względu na ciągłe spory wokół niemieckiego Związku Wypędzonych. Dla bezstronnego historyka nie ulega wątpliwości, że przynajmniej przez kilka pierwszych miesięcy metody transportu Niemców niczym nie różniły się od tych stosowanych przez nazistów wobec Żydów.


Niemców wywożono towarowymi wagonami w potwornym ścisku, bez jedzenia i ogrzewania, często długimi dniami. Byli okradani, nawet z ubrań, bici, poniżani i brutalnie przeszukiwani. Nie dość, że za wywóz do Niemiec żądano od nich opłaty, to następnie rekwirowano wszystkie posiadane pieniądze i kosztowności. Sposób traktowania był dla każdego taki sam – niezależnie od tego, czy chodziło o zagorzałego nazistę, czy zdecydowanego przeciwnika poprzedniego ustroju. Część, w liczbie niemożliwej do dokładnego ustalenia, nie przeżyła.
Po co o tym pamiętać?

Można argumentować, że po wszystkich niemieckich okrucieństwach Polacy i inni alianci mieli prawo do zemsty. Można mówić, że mieli prawo zakładać obozy koncentracyjne, planowo głodzić Niemców, wykorzystywać ich do ciężkiej pracy i wywozić z kraju niczym bydło. Można też przypomnieć, że w Polsce stały za tym posłuszne Moskwie władze komunistyczne. Tylko dlaczego te epizody powojennej historii całkowicie zniknęły z naszej pamięci? Dlaczego nie ma ich w książkach i filmach? I dlaczego nikt nie ma odwagi powiedzieć, że polskie obozy koncentracyjne naprawdę istniały?

=Witt=
Donnerstag, 05-03-09 12:51

Polska nigdy nie miała sprzymierzeńca i raczej na USA nie mają co liczyć.

U.S.A - Za Warszawę nie będziemy umierać, dopiero gdy Japończycy atakują bazę Pearl Harbor, USA włącza się do walki.

To samo Francja, Wielka Brytania, Rosja każdy
ma w czterech literach Polskę, ale temu nie trudno się dziwić.

Kommentar schreiben - napisać komentarz



Vorname
Nachname
E-Mail *
Nachricht *
Antwort
Bitte geben Sie hier das Wort ein, das im Bild angezeigt wird. Dies dient der Spamvermeidung Wenn Sie das Wort nicht lesen können, bitte hier klicken.
CAPTCHA Bild zum Spamschutz
 

Kommentare



 
redakcja@silesia-schlesien.com | redaktion@silesia-schlesien.com | Impressum
© copyright 2004-2005 by silesia-schlesien.com

Besuchen Sie auch:
[Weinfässer als Regentonnen, Springbrunnen und Gartendekorationen]