?
 
Titelbild
 
 
  Suche   

 
   
 
Startseite / Artikel Aktuell Detailansicht
 

Wojciech Pięciak - Sprawa Eriki Steinbach. Krajobraz po wojnie atomowej

 

Wycofanie się Eriki Steinbach z rady „Widocznego znaku” jest dla Polski najwyżej sukcesem taktycznym. W perspektywie strategicznej to porażka – pisze publicysta „Tygodnika Powszechnego”

Broń atomowa to oręż, którego, jak wiadomo, można użyć tylko raz; swoją rolę najlepiej spełnia nieużyta. Podobnie jest w polityce międzynarodowej z szantażem: można po niego sięgnąć w ostateczności, ale trzeba mieć świadomość, iż raz użyty – nawet jeśli będzie skuteczny – pozostawi po sobie poważne skutki uboczne. Podobnie jak w relacjach między ludźmi. Gdy wobec drugiego człowieka użyjemy szantażu, nawet gdy wygramy, nic nie będzie potem takie jak wcześniej – trudno wówczas o zaufanie, dobrą wolę, empatię itd.

Tymczasem to właśnie szantażem rząd Donalda Tuska osiągnął to, że Erika Steinbach została nakłoniona przez swych partyjnych kolegów i koleżanki z CDU do rezygnacji z ubiegania się o miejsce w radzie fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie (fundacja ma, jak wiadomo, stworzyć w Berlinie miejsce pamięci o wygnaniu kilkunastu milionów Niemców z Europy Wschodniej po 1945 r.). Tak twierdzą osoby po stronie niemieckiej, znające kulisy ostatnich wydarzeń na linii Warszawa – Berlin.

Politycy w Polsce wolą widzieć w rezygnacji Eriki Steinbach sukces, który – jak stwierdził marszałek Sejmu Bronisław Komorowski w TVN 24 – jest dowodem, iż w Niemczech panuje „głębokie zrozumienie” dla polskiego stanowiska.

A więc: sukces Polski, wygrana w bitwie o pamięć, koniec kariery Eriki Steinbach i tak dalej? Gdybyż to było takie proste. I gdybyż to było prawdziwe.

Analizując to, co działo się w Niemczech w ostatnich dniach – gdzie natężenie dyskusji o sprawie Steinbach i relacjach polsko-niemieckich nabrało rozmiarów niespotykanych może nawet od 1989 – 1990 r. (trafiając nawet do popularnych talk-show) – a także śledząc cały ten polsko-niemiecki spór trwający już od dekady, można postawić tezę następującą: dla Polski to, co wydarzyło się w ostatnich dniach, jeśli w ogóle jest sukcesem, to jedynie taktycznym. I to osiągniętym w sprawie drugo-, o ile nie trzeciorzędnej, mającej znaczenie jedynie prestiżowo-symboliczne.

Natomiast w perspektywie dłuższej, strategicznej – całokształtu relacji polsko-niemieckich – to porażka polskiej polityki wobec Niemiec, której rozmiary trudno dziś jeszcze oszacować, jako że polityka wyraża się nie tylko w aktualiach, ale także w tzw. procesach długiego trwania.

Jakiż to bowiem sukces osiągnęła Polska? Osiągnięto tyle, że Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV), nie zasiądzie (może na razie, a może raczej w ogóle) w 13-osobowej radzie fundacji, która ma zrealizować projekt zgłoszony przez Steinbach dokładnie dziesięć lat temu, w marcu 1999 r. Wtedy, początkowo pod nazwą Centrum Piętnastu Milionów (chodzi o

15 mln wygnanych Niemców), potem jako Centrum przeciw Wypędzeniu, dalej Centrum przeciw Wypędzeniom, a dziś Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie.

Do rady tejże fundacji (której skład zatwierdza rząd kanclerz Angeli Merkel, czyli partie chadeków i socjaldemokratów) Związek Wypędzonych miał prawo nominować trzy osoby (powtórzmy: trzy na 13 miejsc). Pozostałe miejsca obsadzone miały być wedle takiego klucza, że nawet gdyby przedstawiciele Związku Wypędzonych chcieli forsować jakiś swój koncept (nazwijmy go w skrócie niepoprawnym politycznie w kontekście relacji polsko-niemieckich), nie mieliby większości.

Zastrzeżenie „nawet gdyby” jest istotne: zmieniające się nazwy projektu szły bowiem w parze ze zmianami jego koncepcji. Nie miejsce tu na przypominanie kolejnych jego etapów i nie miejsce także na ocenianie, na ile zmiany te były wymuszone naciskiem politycznym i debatą trwającą (intensywniej) w Polsce oraz (do dziś mniej intensywnie) w Niemczech, a na ile wynikały z przekonania Eriki Steinbach.

Podsumowując: konstrukcja fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie, jej umocowanie i sposób powoływania jej władz gwarantowały, że takie muzeum – czy też raczej: muzeum i zarazem miejsce pamięci (bo taką treść niesie używane potocznie słowo „Gedenkstätte”) – być może nie wzbudzi sympatii większości Polaków, ale nie będzie mieć charakteru rewizjonistycznego ani historia nie będzie tam pisana na nowo.

A skoro tak, to ostatni spór polsko-niemiecki (a także niemiecko-niemiecki, choć ten motywowany był głównie kampanią wyborczą i nie odegrał kluczowej roli dla finalnego rozstrzygnięcia) o udział Steinbach w radzie berlińskiej fundacji był sporem prestiżowo-symbolicznym. Poszło o to, by utrącić osobę Steinbach: nie dopuścić jej do gremium mającego zarządzać instytucją, którą kiedyś wymyśliła.

Metoda szantażu. Ta się udała. Jednak mało kto w Polsce zadaje sobie pytania: czy – po pierwsze – należało o to walczyć oraz – po drugie – czy cena takiego sukcesu nie okaże się w przyszłości za wysoka?

Tym bardziej że ów taktyczny sukces strony polskiej możliwy był tylko dlatego, że sięgnęła ona po szantaż. Jak twierdzą osoby dobrze poinformowane ze strony niemieckiej, Angela Merkel otrzymała z Warszawy jasny przekaz: albo ona, albo my. Rozwijając tę alternatywę: jeśli „ona”, czyli Steinbach, zasiądzie w radzie fundacji, wtedy relacje polsko-niemieckie zostaną zamrożone.

No, może takie słowa nie padły – w końcu nie da się zamrozić relacji między dwoma krajami w sercu Europy, należącymi do UE i NATO i związanymi tysiącami naczyń połączonych wszelakiej natury. Ale, sygnalizowano z Warszawy, na pewno nie będzie mowy o dalszej „pragmatycznej współpracy” z Berlinem, do której rząd PO – PSL wrócił po dwóch latach „współpracy konfliktowej” za rządów PiS. Podobno Warszawa zagroziła też, że Polska wycofa się z planów wspólnego upamiętniania rocznic – a w tym roku jest ich mnóstwo, na czele z 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej i 20. rocznicą upadku komunizmu w Europie Środkowej.

Wobec takiego przesłania Merkel ustąpiła i Erika Steinbach została nakłoniona do rezygnacji. Co przyszło jej o tyle łatwiej, że może argumentować, iż gdyby nie ustąpiła wobec „polskiej nagonki”, mogłoby dojść do zablokowania całego projektu.

Efekt? W krótkiej perspektywie zadowoleni mogą być Angela Merkel i Donald Tusk, bo oboje byli w tej kwestii poddani naciskowi w swych krajach. Merkel – lewicowej opozycji, Tusk – opozycji prawicowej. Dzięki decyzji Eriki Steinbach pozbyli się kłopotu politycznego. Dla Merkel jest to w roku wyborczym sytuacja optymalna: relacje z Polską są wyciszone, a chadecja zachowuje polityczne poparcie środowisk wysiedleńczych.

Ale zadowolona może być także Erika Steinbach. Po rezygnacji jej pozycja w Niemczech bardzo wzrasta: nie tylko w BdV, ale też w jej partii, CDU, a także w tej części społeczeństwa, która (interesując się tematem) nie rozumiała bądź nie akceptowała argumentów strony polskiej. W ocenach niemieckich komentatorów nie tylko życzliwych Erice Steinbach, ale także tych dotąd neutralnych bądź nawet do niej zdystansowanych, pokazała klasę, rezygnując w imię relacji polsko-niemieckich, w imię pojednania.

Postawiła „pojednanie między Polakami a Niemcami ponad własne pragnienia i nadzieje”, a „dzieło jej życia – czyli pojednanie z Polską oraz zachowanie pamięci o wypędzeniach – są dla niej ważniejsze niż jej osobiste interesy” (to sekretarz generalny CDU Ronald Pofalla). Dlatego Steinbach należy się „wielki szacunek” (to wiceprzewodnicząca CDU Anette Schavan, związana ze środowiskami katolickimi).

Co więcej, po „atomowym wybuchu” pozostaje wrażenie, iż wina za tę najnowszą awanturę w relacjach polsko-niemieckich ponosi strona polska (uparta, rozemocjonowana, neurotyczna itd.), a strona niemiecka zachowała się racjonalnie. Albo przynajmniej racjonalniej. Można zatem oczekiwać, że sytuacja ta zwiększy nacisk na szybką realizację berlińskiego muzeum. Może się też okazać, że – paradoksalnie – głos Eriki Steinbach jako osoby pozostającej poza radą berlińskiej fundacji będzie mieć większą wagę, niż gdyby była jednym z 13 członków tejże rady.

Akurat liberalny dziennik „Süddeutsche Zeitung” komentował (i to nie głosem swego warszawskiego korespondenta Thomasa Urbana), że rezygnacja Steinbach to „dowód wielkości”, konstatując, że inaczej trwałby impas i miejsce pamięci wypędzonych pozostałoby niezrealizowane, gdyż politycy SPD w wielkiej koalicji nie zaakceptowaliby składu rady fundacji z jej udziałem.

Broń atomowa została użyta. A jak wygląda pobojowisko? Czyli – jaka może być dalsza cena tego rzekomego sukcesu i jak może się to odbić, gdy przyjdzie zabiegać wobec Niemiec o sprawy – wolno sądzić – o znaczeniu dla Polski bardziej fundamentalnym?

Zostawmy na boku dyskusję trwającą w Polsce i przyjrzyjmy się temu, co mówi się w Niemczech. A mówi się wiele.

W Niemczech reakcje na decyzję Eriki Steinbach są podzielone – ale nie zmienia to faktu, iż słowa Bronisława Komorowskiego o „głębokim zrozumieniu” dla polskiego stanowiska są myśleniem życzeniowym. I to także wśród tych, którzy krytykowali Steinbach, a teraz z zadowoleniem przyjęli decyzję w sprawie Steinbach – tj. wśród partii opozycji (Zieloni, FDP) i współrządzącej SPD. Oni „sprawę Steinbach” traktowali instrumentalnie, w kampanii wyborczej jako oręż przeciw chadecji – argumentując, że należy ją poświęcić dla dobra relacji z Polską. Śledząc wypowiedzi polityków z tych formacji, rzadko napotkać można zrozumienie czy też poważne potraktowanie polskich argumentów – widać za to, że ich postawa dyktowana była głównie pragmatyczną Realpolitik.

Fatalne, by nie powiedzieć katastrofalne skutki ów polski sukces ma za to dla pozycji Polski wśród rządzącej (dziś, a zapewne także w kolejnych czterech latach) chadecji.

Wybory do Bundestagu są we wrześniu i najpewniej wygra je chadecja. Wszystko wskazuje, że Merkel pozostanie kanclerzem, stojąc na czele koalicji chadeków i liberałów z FDP, a SPD przejdzie do opozycji. Ale nawet gdyby wielka koalicja miała trwać dalej, i tak w układzie rządzącym dominować będzie chadecja i Merkel – czyli obóz, który dziś postrzega się jako obiekt politycznego szantażu Warszawy.

A to oznacza, że chyba możemy pożegnać się z jakimś „nowym początkiem” – jakkolwiek miałby on wyglądać – w relacjach polsko-niemieckich przez kolejne lata. Ale trudniejsze może być szukanie porozumienia czy poparcia także w sprawach bieżących: niekoniecznie od razu mających walor wielkich idei, lecz wysoko postawionych na agendzie politycznej czy gospodarczej, dwustronnej czy unijnej. W najlepszym razie Merkel i jej otoczenie będą zachowywać dystans wobec Warszawy.

Ale Polska poniosła szkodę wizerunkową w oczach nie tylko Merkel i chadecji, lecz także sporej części niemieckiego społeczeństwa, które polskich argumentów nie rozumiało. Warto odnotować, że po stronie Steinbach opowiedział się otwarcie przewodniczący katolickiego episkopatu abp Robert Zollitsch; jego poprzednik kard. Karl Lehmann już wcześniej dawał wyraz sympatii dla idei upamiętnienia ofiar wypędzeń (np. biorąc udział w organizowanej w 2004 r. przez Steinbach w Berlinie uroczystości 60. rocznicy powstania warszawskiego).

Można nad tym wszystkim ubolewać, że jesteśmy niezrozumiani; można szukać tego przyczyn, doraźnych i głębszych (a zebrałoby się ich sporo, po obu stronach).

Politycznym faktem pozostaje jednak, że stronie polskiej nie udało się przekonać strony niemieckiej do swych racji w kwestii udziału Eriki Steinbach w radzie berlińskiej fundacji. Również tych ludzi z obozu chadeckiego, którzy od dawna angażowali się w sprawy polsko-niemieckie.

Nie udało się przekonać do tych racji także niemieckiej opinii publicznej. A z kompletnym już niezrozumieniem, o ile nie osłupieniem, odnotowano w Niemczech porównanie Eriki Steinbach do negacjonisty biskupa Richarda Williamsona. „Dlaczego Polacy świrują?” – pytała w popularnym talk-show prowadząca dziennikarka, której wiedza o Polsce jest pewnie typowa dla niemieckiej przeciętnej.

Inna sprawa, że wiele z tego, co w ostatnich dniach napisano o Polsce w niemieckich mediach, zwłaszcza w konserwatywnym dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i liberalnym „Süddeutsche Zeitung”, trąciło protekcjonalnością, czasem po prostu chamstwem – pojawiały się tam m.in. enuncjacje na temat stanu emocjonalnego Władysława Bartoszewskiego. Część niemieckich dziennikarzy i publicystów – tych znających się na sprawach polskich i spełniających wobec niemieckiej opinii rolę multiplikatorów – albo przekazywała swoim odbiorcom nieuczciwy obraz polskich argumentów, albo zadowalała się tłumaczeniem polskich reakcji naszymi narodowymi neurozami, emocjami itd.

Polska poniosła strategiczną porażkę także dlatego, że nie udało się doprowadzić do tego, o co od lat zabiegali ludzie z różnych obozów: znalezienia takiej publicznej wspólnej pamięci o II wojnie światowej i jej ofiarach, w którą włączone byłyby także niewinne ofiary niemieckie. Tymczasem w Niemczech od mniej więcej dekady coraz mocniej zakorzenione jest przekonanie, iż upamiętnienie milionów niewinnych niemieckich ofiar – alianckich nalotów, gwałtów Armii Czerwonej, wygnania zza Odry i Nysy itd. – jest uprawnione.

Skoro polskiej dyplomacji nie udało się doprowadzić do takiej oto sytuacji: upamiętnienie cierpień niewinnych Niemców tak, ale bez Eriki Steinbach, to może – zamiast stawiać, jak widzieliśmy w ostatnich dniach, na eskalację konfliktu, należało zastosować to, co po niemiecku nazywa się „Umarmungstaktik”, „taktykę obejmowania”, czyli ignorowania jej osoby? Tym bardziej że – powtórzmy – w radzie fundacji niewiele mogłaby sama zdziałać.

Gdyby chciała... Tu wracamy do osoby Eriki Steinbach i jej poglądów. Jest to temat tylko pozornie opisany już ze wszystkich stron. Przeciwnie: im silniej Steinbach funkcjonuje w Polsce jako ikona (personifikacja „złego Niemca”), tym mniej pisze się o jej poglądach.

Tymczasem, spierając się w minionej dekadzie z Eriką Steinbach, chyba coś przeoczyliśmy. Zabrzmi to może obrazoburczo, ale trudno, trzeba to powiedzieć: Erika Steinbach z roku 2009 nie jest Eriką Steinbach z roku 1998 czy 1990. Nie miejsce tu na szczegółowe analizowanie jej przemiany. Dość powiedzieć, że Steinbach się zmieniła – niezależnie, czy zmiana była efektem własnej refleksji, podpowiedzi mądrych ludzi czy nacisków i dynamiki debaty, do której, zabiegając o swój projekt, musiała się dostosować. Nie wchodząc zatem w szczegóły, powiedzmy tylko, że wydaje się, iż zmiana ta datuje się mniej więcej na rok 2004.

W tamtym roku Polska weszła do Unii. W tym też roku pojawiło się Powiernictwo Pruskie, co zmusiło Steinbach do zajęcia jasnego stanowiska (odcinając się od Powiernictwa, odcięła się ostatecznie od pomysłu wysuwania roszczeń wobec Polski). W tym też roku Steinbach stoczyła procesową walkę z niemiecką dziennikarką Gabrielą Lesser, gdzie po stronie Lesser opowiedziało się kilkadziesiąt osobistości z Polski z różnych obozów i środowisk (co, być może, uświadomiło pani Steinbach, iż eskalacją niewiele zyska, a tylko mnoży sobie wrogów).

W każdym razie w lipcu 2004 r. Steinbach zorganizowała w Berlinie uroczystość z okazji 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Wyszło, jak wyszło: z polskiej strony imprezę zbojkotowano. I choć sama uroczystość była bez zarzutu, a wygłoszone referaty jak najbardziej na miejscu, w Polsce odebrano to raczej jako kolejny afront. Nie dostrzegając, że była to jedyna w tamtym roku w Niemczech uroczystość dotycząca rocznicy powstania warszawskiego.

Dziś Erika Steinbach nie kwestionuje granicy z Polską, nie formułuje roszczeń wobec Polski. Przeprowadziła także reformę wizji historii prezentowaną przez w BdV: to nie jest już ta sama organizacja, której działacze w 1990 r. wygwizdywali kanclerza Kohla, gdy powiedział, że granica na Odrze jest ostateczna. Typ polityka BdV, który musi być dopiero przymuszany do publicznego uznania, że Niemcy zaczęły wojnę – taki gatunek jest na wymarciu.

Nie wszystko w tej wizji musi się dziś podobać, ale trudno nie dostrzec, że działaczom BdV – i szerzej: także ludziom młodszym, mającym związki rodzinne z dawnymi wygnańcami – chodzi obecnie przede wszystkim (pomijając margines, jak Rudi Pawelka) o jedno: o uznanie i upamiętnienie ich cierpień w przestrzeni publicznej.

W ciągu ostatnich lat można więc Erice Steinbach zarzucać mniejsze czy większe lapsusy czy niezręczności, ale nie można zarzucać, że chce relatywizować niemiecką winę. Także dlatego zabieg retoryczny, jakiego używał niedawno premier Donald Tusk – ofensywnie przyznając w wywiadach udzielonych kilku niemieckim mediom, że owszem, Polacy mają obsesję na tle prawdy o II wojnie światowej – trafiał trochę w próżnię.

Pozostaje zarzut, że Erika Steinbach to fałszywa wypędzona. Trafny. Niemniej: czy dyskusja z minionej dekady toczyłaby się w Polsce inaczej, gdyby na miejscu Steinbach w roli szefa BdV znalazł się ktoś z bardziej wiarygodną biografią wygnańca? Pytanie jest o tyle istotne, gdyż byłoby dobrze, abyśmy – zanim zajmiemy stanowisko wobec Niemiec – najpierw powiedzieli sobie w Polsce raz jeszcze, co sądzimy o powojennych wysiedleniach/wypędzeniach. A także, czy i jaką formę ich upamiętnienia jesteśmy w stanie zaakceptować.

"Spierając się o Erikę Steinbach, chyba coś przeoczyliśmy. Szefowa Związku Wypędzonych się zmieniła. Nie jest już tą groźną Steinbach z lat 90."Tymczasem warto być świadomym, że dziś większość niemieckiego społeczeństwa i niemieckiej polityki nie widzi w takim upamiętnieniu nic złego (pod warunkiem, rzecz jasna, że nie jest wyrywane z kontekstu historycznego). Bo też w niemieckim społeczeństwie los wypędzonych – a także ofiar nalotów czy kilku milionów kobiet, zgwałconych przez żołnierzy radzieckich – postrzegany jest inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Ta zmiana jest wynikiem zmian w paradygmatach pamięci zbiorowej Niemców w ogóle.

Efekt: w społeczeństwie Niemiec jako oczywistość postrzegane jest dziś zarówno to, że milionom wygnańców wyrządzono krzywdę – choć krzywdy tej nie powinno się porównywać z krzywdami wyrządzonymi przez Niemców innym narodom – jak i to, że należy im się jakaś forma upamiętnienia (opowiadają już o tym takie produkty kultury masowej, jak megaprodukcje niemieckiej telewizji publicznej: „Drezno”, „Ucieczka”, „Gustloff” itd.).

Jeśli z polskiego punktu widzenia można coś zarzucić tej nowej niemieckiej pamięci zbiorowej i nowej narracji o historii, to dwie rzeczy.

Po pierwsze, że bardzo silnie koncentrują się one na dwóch elementach (Holokaust i własne ofiary), a dzieje innych narodów, ich walka i cierpienia, schodzą na plan dalszy (to w ogóle temat zasługujący na osobny, obszerny tekst).

Po drugie, że kreując w minionych latach swoją narrację historyczną, Niemcy, mający w swym ogóle kiepską wiedzę nie tylko o polskiej historii, ale także współczesności (pomijając wyjątki, tj. znawców spraw polskich), nie dostrzegli tego wszystkiego, co w Polsce, począwszy już od lat 80., a potem w latach 90. powiedziano, napisano i wydrukowano na temat także powojennych wysiedleń. A był czas, np. właśnie w połowie lat 90., gdy dyskutowano o tym więcej w Polsce niż w Niemczech.

Z tego też wynika rozczarowanie, czasem może nawet rozgoryczenie tych Polaków, którzy w latach 90. poczęli odkrywać takie tematy jak wypędzenie. Bo gdy około roku 1999 temat ten ożył w Niemczech w debacie publicznej, dyskutowano o nim tak, jakby w poprzedniej dekadzie w Polsce nic się nie dokonało (początkowo zachowywała się tak także Steinbach; potem się douczyła, ale było już za późno).

Mówiąc inaczej: Polacy zaangażowani w proces pojednania mieli prawo do poczucia, że w Niemczech nie tylko nie zauważono ich wysiłków z poprzednich lat (poza wąskimi środowiskami zainteresowanymi tym, co się dzieje w Polsce), ale też gdy temat wypędzeń stał się tematem na powrót politycznym (także za sprawą m.in. Eriki Steinbach). W efekcie ich działania obróciły się przeciw nim, gdy w Polsce krytycy zaczęli twierdzić, że paradygmat pojednania w relacjach polsko-niemieckich był przejawem naiwności. Ale to także temat na osobną opowieść.

W zaczynający się „rok rocznic” (w Polsce i w Niemczech) wkraczamy z bagażem złych emocji i niezrozumienia motywów po obu stronach. Trochę zabrakło empatii, po obu stronach. Choć trudno się oprzeć wrażeniu, że strona polska, domagając się od Niemców zrozumienia dla swych racji, nie miała specjalnej ochoty na zrozumienie niemieckiej wrażliwości i emocji.

Jest więc rok rocznic. Przy takim stanie wzajemnych emocji (a one są w polityce ważne; ton określa muzykę) można się obawiać, że rocznicowe spotkania sprowadzą się do pragmatycznych gestów, bez emocji. I że odmienianie w tym kontekście słowa „pojednanie” sprowadzi się do obowiązkowego rytuału. Czy tego chcieliśmy? Ale też: czy mogło być inaczej?

Ani politycy z PiS, ani z PO, ani z SLD – te trzy siły w minionych latach najwięcej miały do powiedzenia w relacjach z Niemcami – nie potrafili sformułować nowej i spójnej polityki wobec Niemiec. Nowej – po tym, jak Polska weszła do UE i NATO i wyczerpały się stare wzory. Spójnej – to znaczy nie tylko mającej jakieś cele, ale też konsekwentnie je realizującej, także poprzez szukanie sojuszników w Niemczech. Teraz, po użyciu „broni atomowej”, będzie to trudniejsze. Ale to i tak kwestia, którą najpierw musimy rozstrzygnąć sami: czego właściwie od Niemców chcemy?

Autor jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”, opublikował wiele książek o Niemczech i relacjach polsko-niemieckich. Rzeczpospolita 6.03.09.

Kommentare zu diesem Artikel - Komentarze do artykułu



Anzeige: 1 - 13 von 13.

Jochen-Konrad Fromme przewodniczący grupy roboczej CDU/CSU Wypędzeni, Uciekinierzy i Przesiedleńcy
Dienstag, 07-04-09 18:21

http://www.rp.pl/artykul/2,287115_Fromme__Niemcow_wypedzili_komunisci.html

3Maj
Samstag, 14-03-09 23:52

Tak artykuł Jendroszczyka w RP rzeczywiście pokazuje, że ataki Bartoszewskiego wzmocniły pozycję Steinbach w Niemczech. Co jednak zwróciło moją uwagę to że jego ton tego nie jest tak fatalistyczny jak Pięciaka. Z oboma artykułami w zasadzie się zgadzam w prawie całej rozciągłości oprócz widzenia całego zajścia jako opcji atomowej i końca politycznych opcji dla Polski.
Czytałem też w Tygodniku Powszechnym przedruk z „Die Tagespost” na ten sam temat ale bez analizy wypowiedzi Bartoszewskiego (http://tygodnik.onet.pl/31,0,22935,wzakletym_kregu,artykul.html).

Samstag, 14-03-09 21:46

Link do Rzezczpospolitej był dobry, tylko nie dać całego, tylko początek i później szukać autora. Tak ja znalazłem.

Historyk
Samstag, 14-03-09 20:49

Panie 3Maj, chciałem obejrzeć obydwa artykuły do których Pan podaje linki - jeden o Steinbach drugi Jędruszczaka, ale te linki widocznie nie byly w porządku bo nic mi sie nie ukazało.

GA(XXX)
Freitag, 13-03-09 18:40

Dla niepoznaki zmieniłem pseudonim, bo pojawił sie "właściciel " Gästebuchu - AG i mnie obraża. Chyba się w ogóle wycofam z dyskusji w Silesii, co najwyżej popatrzę od czas do czasu, czy pomyje dalej są wylewane lub udam się tam, gdzie dyskusja odbywa się w obcych językach.

AG(n+2)
Freitag, 13-03-09 18:29

Artykuł w RZ pokazuje,że ataki Bartoszewskiego tylko wzmocniły jej poycję w Niemczech, czyli grzyb atomowy "verpuffnął" daremnie, tak jak autor twierdzi.

AG(n+1)
Freitag, 13-03-09 18:10

Cieszę się, że moje uprzedzenia rasowe (do westische Rasse) były nieopozbawione racji - artykuł o szumnej blondynce zaraz przecytam.

3Maj
Freitag, 13-03-09 13:39

Panie AG(n), dziękuję za pozytywną ocenę moich uwag. Arbitralne, 98% jest dla mnie bardzo dobrą oceną i skrzętnie ją odnotowuję w moim indeksie.
Gwoli wyjaśnienia, „westische rasse" jest moim wymysłem, obliczonym na humor w opisie zewnętrznego wyglądu, skąd inąnd bardzo eleganckiej i dobrze trzymającej się pani Steinbach. Wycofałem się z tego całego zdania bo obraża ono uczucia dyskutanta (p. Karla).
Jeżeli chodzi o mój optymizm wyrażony przez słowo „większość" to rzeczywiście staram się być optymistyczny i z braku innych dowodów uważam że większość Polaków chce pojednania i rachunku sumienia. Pamiętam ileś lat temu czytałem że CBOS robił badania z których wynikało, że prawie 3/4 obywateli RP było za i uważało że to pojednanie jest możliwe. 3/4 jest dobrym początkiem ale to znaczy że 1/4 jest przeciw lub w to nie wieży. Nie wiem jak te procenty rozkładają się regionalnie.
A propos, wczoraj Rzeczpospolita (rp.pl) miała kolejny ciekawy artykuł autorstwa Piotra Jendroszczyka analizujący Erikę (http://www.rp.pl/artykul/9133,275642_Jendroszczyk__Zmienila_sie_Steinbach_czy_Niemcy.html). Tytuł artykułu: „Kto się zmienił: Steinbach czy Niemcy?".

Na koniec uwaga na temat ilości zjadliwych podrobień wpisów i ich autorów. Wydaje się, że w przeważającej większości to są ludzie atakujący wszystko co podejrzane o Polskość lub co Polskością pachnie.

AG(II)
Donnerstag, 12-03-09 18:11

Bardzo mi się podoba, że zaczęła się dyskusja nad dobrym artykułem i to w kulturalnej formie.
Wypowiedzi 3maja uznałem za dobre w 98%. Liczba ta jest arbitralna, choć arbitralność w matematyce to dziwoląg - powiedzmy, że patrzyłem na sufit i już. Dlaczego odjałem 2 %? Za nadmierny optymizm zawarty w zdaniu:

"Polacy (większość ale nie wszyscy) chcą rachunku sumienia".
Nie mam pretensji do określeń postaci pani Eryki, sam ją nazwałem "szumną" blondynką (pewnie fałszywą !?)
Nie zgadzam się tylko na "westische Rasse". Z mojego dzieciństwa pamiętam "ostische" (u mnie) a dla blondynów (braci) "nordische" o "westische" nie słyszałem, ale sie nie upieram.

3Maj
Donnerstag, 12-03-09 16:01

Zgoda Karl, nie powinienem użyć tych słów o Steinbach „atrakcyjnie wyglądająca blondynka, wzór westische rasse". Były one obliczone na efekt humorystyczny - komplement z dodatkiem ironii - ale z perspektywy czasu i z powodu reakcji na nie innych wycofuję je i przepraszam za niezamierzoną obrazę uczuć. Nie myślałem o implikacjach i o PR (piar).
Większość moich refleksji na temat Steinbach jest oparta o niedawne relacje prasowe (niemieckie i polskie), o artykuł Wojciech Pięciaka i o wywiad z Eriką w Spiegel (7 marzec). Dodałem też moje i nie moje, ale według mnie słuszne, analizy opcji politycznych państw środkowo europejskich.

Czego nie rozważałem to logika i psychika myślenia obu stron o sprawach wojny i wypędzeń. Może warto by na to spojrzeć. Jest to bardzo obszerny temat i nie mam tu ambicji jego rozwijać. Chcę jedynie zasygnalizować parę myśli:

1. Niemcy myślą słusznie, że zbrodnie są zbrodniami i nieprawościami niezależnie od strony je popełniającej. Oni czują, że zrobili rachunek sumienia za swoje zbrodnie i że je odpokutowali. Teraz czas na innych.
2. Polacy myślą, my wojny nie chcieliśmy; została nam narzucona przez hitlerowskie Niemcy. Oni (Niemcy) zaczęli łańcuch zdarzeń i eskalację brutalności. Oni byli świadomi tej eskalacji i nienawistnej reakcji ofiar do narodu postrzeganego jako naród katów oraz niepohamowanej chęci zemsty tych ofiar na narodzie winnym ich cierpień.
3. Niemcy po 1945 roku były krajem przegranym militarnie i moralnie i zmuszonym siłą alianckiego przymusu do denazyfikacji i rachunku sumienia. Rachunek ten i jego konsekwencje były w kolektywnej świadomości Niemców pierwszoplanowe i trwały przez wiele lat. W większości zakończyło się to sukcesem, choć nadal istnieje NPD i inne neo- partie (ok. 9% społeczeństwa, o ile się nie mylę, z nimi sympatyzuje w tym niektórzy z BdV, przynajmniej w przeszłości).
4. Polacy (większość ale nie wszyscy) chcą rachunku sumienia wobec Niemców ale on się odbywa zupełnie inaczej niż w Niemczech po wojnie i inne są jego pobudki i napęd. Nie ma przymusu okupanta, nie ma wstydu za rozpętanie spirali przemocy, jest dużo okoliczności łagodzących w oczach Polaków i jest obawa o roszczenia ofiar. Rachunek sumienia odbywa się powoli. Naciski z Niemiec mają niekiedy odwrotny od zamierzonego skutek. Myślę, że polski rachunek sumienia jest znacznie trudniejszy od niemieckiego i zaczął się on nie odgórnie jak w Niemczech ale oddolnie co jest według mnie znacznie trudniejsze do realizacji ale też bardziej szczere (iloraz ilości do jakości).


Karl Mosler
Mittwoch, 11-03-09 22:32   E-Mail

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł p. Pięciaka, gdyż pokrywa się w większości z moim spojrzeniem na sprawę.
Także w materii "strategicznej" porażki polskich interesów za cenę "zwycięstwa" w sprawie kandydatury p. Steinbach. Polska, polscy politycy mają szczególny dar "gryzienia ręki, która ich karmi". To ostatnie stwierdzenie należy oczywiście nie zrozumieć tak absolutnie - tylko realistycznie przypomnieć sobie dziesiątki lat starań niemieckich rządów i ludności wynagrodzenie Polakom choć w części doznanej krzywdy.
I twierdzę, że wiele z obecnego, względnego dobrobytu Polska zawdzięcza niemieckiej polityce pojednania. NATO, UE, wspólne działania gospodarcze i nie na końcu duży wkład setek tysięcy byłych mieszkańców obecnej Polski na to się złożyły.

Stąd z wciąż nowym zdziwieniem czytam i słucham o kolejnych nacjonalistycznych wynurzeniach ludzi, których i 18 lat wolnej Polski nie nauczyło myślenia kategoriami XXI wieku. Ale to są chyba ci, którzy bronili się swego czasu rękami i nogami przed UE.
(Tak się siebie pytam: za co kupiliby dzisiaj przestarzałe samoloty wojskowe w Stanach Zjednoczonych?).

Ale to na marginesie. Tu chciałbym podkreślić, że każdy rozsądny polski głos jest balsamem na moją duszę, pragnącą pojednania i dobrosąsiedzkich stosunków między krajami, oraz przyznaniu Śląskowi tej roli, jaka mu przysługuje z racji ludzi tam mieszkających.

Stąd nie bardzo zgadzam się z tenorem wypowiedzi 3Maja. Nie tylko z powodów merytorycznych, ale przede wszystkim z powodu takich sformułowań: "atrakcyjnie wyglądająca blondynka" oraz "westische rasse".
Czyżby te sformułowania, cuchnące naukami 12 lat ubiegłego wieku lub seksizmem (tylko "wyglądająca?") miały znaczenie polityczne?
Argumenty 3Maja są cieniutkie - bo jak np. uwierzyć w takie stwierdzenie o niepamiętaniu:"...nieudanych wybrykach Eryki (blokownie uznania granic)..." - wobec stwierdzenia doradcy premiera (nawiasem mówiąc nie scharakteryzowanego przez 3Maja kryteriami użytymi przy p. Steinbach) : "Pani Steinbach głosuje w Bundestagu przeciwko ratyfikacji traktatu z Polską" - wypowiedzianymi bardzo niedawno?
Itd. - jeśli chodzi o argumenty, które mają podważyć lub relatywować wypowiedź światlejszego przedstawiciela narodu.
KM

3Maj
Montag, 09-03-09 17:16

Autor pisze w bardzo apodyktyczny sposób i z dużą dozą pewności siebie, że jego analiza zdarzeń wokół Eriki Steinbach jest definitywnie niepomyślnym rezultatem dla Polski, że nie wróży dobrze dla długoterminowych stosunków Polsko-Niemieckich i że pozycja pani Eriki będzie się w przyszłości cementować i umacniać atomowej opcji Bartoszewskiego (nazywanej również według mnie niesłusznie „szantażem") aby odsunąć ją od jej biologicznego płodu - Centrum Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie - i oddania go siłą pod opiekę zastępczą. Nie twierdzę, że autor całkowicie nie ma racji ale jego konkluzje są dla mnie przedwczesne i zbyt deterministyczne.

Pani Steinbach, energiczna i atrakcyjnie wyglądająca blondynka, wzór westische rasse, po krótkich przepychankach wzięła według mnie jedyne możliwe wyjście które miała w zaistniałej sytuacji. Sądząc po wyrywkowo znanym mi jej życiorysie i manewrach, Erika jest inteligentna i wiedziała że przedłużanie sporu jej nie pomoże a szanse na postawienie na swoim były małe. Poza tym spór opóźniłby realizację projektu. Upór i przeciąganie sprawy nie było dobre dla jej kariery politycznej zrobionej na plecach BdV i obecnych manewrów w celu wysunięcia się na szerszą arenę o skali narodowej.

O ile rozumiem, pani Steinbach nie jest bardzo rozpoznawalnym politykiem w Niemczech - czytałem, że w telewizji ARD spytano niedawno przechodniów, kim jest osoba pokazana na zdjęciu; tylko jeden zagadnięty rozpoznał Steinbach. Erika próbuje przesunąć się bardziej do centrum aby mieć szanse na dalszą karierę w skali narodowej.

Tyle o Erice. Teraz o perspektywie widzianej z Polski i z tej mniejszej, słabszej części Europy, tzw. Europy Centralnej. Europa ta żyła podług maksymy: silni robią co mogą a słabi cierpią co muszą. Powyższa formuła (Tukidydesa z jego dialogu melijskiego) przez ostatnich parę wieków trafnie się odnosiła do Mitteleuropa, t.z.n. do krajów Europy Centralnej, wskrzeszonej jako pojęcie geopolityczne po zakończeniu zimnej wojny. Mitteleuropa to grupa małych i średnich państw położonych pomiędzy Bałtykiem i Morzem Czarnym. Jak większość dyskutantów i czytelników tej strony powinna się orientować, region ten jest wciśnięty pomiędzy potęgi wschodu i zachodu i ma długą historię strategicznej zależności i agresywnych ataków w niego skierowanych przez okalające go wielkie potęgi. Dla Polski to były trzy sąsiadujące mocarstwa z domieszką interesów Francji i W. Brytanii.

Czytając lub słuchając wiadomości nawet dzisiaj, mogłoby się wydawać że nie dużo się zmieniło od końca XIX wieku. Jak w przeszłości kraje Europy Centralnej, dziś członkowie Unii Europejskiej, nadal leżą na przecięciu często konkurujących orbit geopolitycznych. Tak jak w przeszłości kraje te spędzają zbyt dużo czasu i energii reagując na manewry sąsiadów: rosyjskie intrygi energetyczne, europejskie deficyty budżetowe czy też amerykańskie plany obronne. W przypadku Polski i Czech dochodzi element rekryminacji z Niemiec ze strony przesiedlonych i do niedawna niezakończona prawnie i ostatecznie sprawa granic zachodnich. (Wschodnie granice choć też spowite mgłą niejasności, nie są problemem bo zostały w świadomości ludzi zaakceptowane jako fait accompli.) Wielu więc widzi te kraje jako pasywne elementy polityki Europejskiej, które szarpane są w jedną lub w drugą stronę.

Jednak od stosunkowo niedawna kraje te zaczynają odkrywać, że posiadają znacznie więcej opcji do manewru w polityce zewnętrznej niż mieli ich historyczni przodkowie, dzieleni i często poniewierani przez Prusy, Austrię i Rosję albo przez Nazistów i Stalina, albo później Roosevelta i Stalina. Europa Centralna odkrywa, że ma obecnie więcej opcji niż „tak" lub „nie" w odpowiedzi jak np. na ultimatum Hitlera co do eksterytorialnego połączenia Prus Zachodnich z Gdańskiem lub ultimatum Eryki i BdV. W przeszłości „tak" lub „nie" było ekskluzywną i jedyną alternatywą dla maluczkich, bo ignorowanie potężnego oponenta albo próby przeciwstawiania go innym potentatom nie wchodziły w rachubę. Dzisiaj kraje takie jak Polska nie czują się fizycznie zagrożone i korzystając ze swojego położenia, które nagle z obciążenia stało się korzystną zaletą, wybierają z menu wielu opcji. Sprawa Eryki, BdV i Centrum to jedna z opcji a nie jedyna. Postawienie sprawy na ostrzu noża, mimo że zużyło część kapitału politycznego polski, nie roztrwoniło go doszczętnie, szczególnie gdy polityczny kapitał Tuska relatywnie wzrósł w Polsce i teraz może on sobie pozwolić na większy wachlarz opcji (w tym kompromisów) z Niemcami.

W polityce nic nie jest ostateczne i tak jak Niemiecka prasa (i Polska również) jakoś nie pamięta teraz o niektórych nieudanych wybrykach Eryki (blokownie uznania granic) tak też za parę lat nie musi pamiętać o ukręceniu jej nosa. Dlatego też nie zgadzam się z myślą przewodnią artykułu, że teraz już nigdy krajobraz polityczny po użyciu opcji atomowej nie będzie przyjazny dla Polski.

Jeżeli chodzi o argument, że „Erika Steinbach z roku 2009 nie jest Eriką Steinbach z roku 1998 czy 1990" to jest to prawda ale jak stwierdziłem poprzednio nie jest to kompromis, lecz według mnie polityczna kalkulacja. Ten argument odwrócony może zabrzmieć, Polska i Niemiecka polityka nie są dzisiaj tą samą polityką co dawniej i nie będą te same w przyszłości. Autor słusznie zauważa że Polska potrzebuje sformułowania długofalowej, nowej i spójnej polityki wobec Niemiec ale jego teza że po użyciu „broni atomowej" to będzie trudniejsze (w podtekście ZNACZNIE trudniejsze) jest przesadą i panikarstwem.

Montag, 09-03-09 00:17

Przedruki w Silesia mają zezwolenie właścicieli praw autorskich.

Kommentar schreiben - napisać komentarz



Vorname
Nachname
E-Mail *
Nachricht *
Antwort
Bitte geben Sie hier das Wort ein, das im Bild angezeigt wird. Dies dient der Spamvermeidung Wenn Sie das Wort nicht lesen können, bitte hier klicken.
CAPTCHA Bild zum Spamschutz
 

Kommentare



 
redakcja@silesia-schlesien.com | redaktion@silesia-schlesien.com | Impressum
© copyright 2004-2005 by silesia-schlesien.com

Besuchen Sie auch:
[Weinfässer als Regentonnen, Springbrunnen und Gartendekorationen]